JustPaste.it

Siedzę za zabójstwo. Wkrótce koniec kary, a ja boję się wyjść. W życiu przez komórkę nie rozmawiałem i jeszcze jest jakiś Fejsbuk

Paweł Piotr Reszka | 27 stycznia 2020, 04:58

 

Taką łyżeczkę w żołądku czuć, ale bez przesady. Po prostu jak się człowiek przekręca, to wie, że jest, bo ukłuje czasem. Da się wytrzymać. Nie da się połknąć łyżki ot tak. Nie przejdzie. Staje się na fikoł, taboret znaczy, głowa w górę, łyżeczkę w gardło cieńszym końcem i wtedy się skacze. I pyk. Łyżka sama przechodzi. To mi taki recydywista podpowiedział. Zgłosiłem do oddziałowego połyk, zrobili mi prześwietlenie, samouszkodzenie jest? Jest. I wtedy już straż więzienna nie mogła mnie uderzyć, bo jeszcze, nie daj Boże, coś by mi pękło. Ten recydywista poradził mi, żebym świrował. „Na eskę cię wezmą – powiedział – za psychicznego uznają, wyjdziesz wcześniej".

I tak się stało. Ale to były inne czasy dla więzień, inne czasy dla mnie. Dziś już osadzonych się nie bije. Funkcjonariusz mówi: „dzień dobry", „do widzenia", „dziękuję", ja też mu odpowiadam: „dzień dobry", „do widzenia", „proszę".

Tu u nas kiedyś pociął się chłopak, tętnice sobie otworzył, nie zdążyli nic zrobić. Ale kłopotu narobił tym wychowkom, znaczy wychowawcom. I myślałem potem: co gdybym i ja się powiesił? Ile to problemów by było z tego powodu? A czemu, a jak, a dlaczego? Oddziałowy to by włosy z głowy rwał, dlaczego akurat na jego zmianie. Ja pierdolę! I tak mnie to myślenie o tym jakoś przejęło. No bo ja sobie robię dobrze, ale ile kłopotów zostawiam? Teraz to by mi szkoda było tych ludzi.

Nie powiem, mam jeszcze czasem trochę żalu do ojca, gdzieś tam to dzieciństwo we mnie siedzi. Gospodarstwo mieliśmy małe, ale dawało radę z tego wyżyć. To wieś pod Kielcami. Pięć hektarów, krowy, świnie – biednie było, ale głodni nie chodziliśmy. Ojciec pił. A jak się napił, lał za wszystko. Matka ugotowała, posprzątała, a on się jej czepiał. Popychał, szarpał, bił w twarz, włosy wyrywał. Wiele razy to widziałem, zresztą starsi bracia i siostra też. Kiedyś taka sytuacja: ojciec do matki skakał, to my we trzech z braćmi do ojca. Ja miałem siedem lat, najmłodszy z całego rodzeństwa, na nogi mu siadłem, a starsi, wtedy jedenaście i dwanaście lat, na plecy. Związaliśmy go sznurkami i leżał tak. Darł się: „Kurwa, zabiję was!". Ale potem się uspokoił.

Albo kiedyś zimą niesamowity mróz był, zrobiliśmy z braćmi ślizgawkę pod domem. Wylaliśmy wodę, zamarzła. Ojciec wracał. Przewrócił się raz, drugi. Złapał za jakiś kabel i już do nas. Matka w krzyk: „To dzieci przecież tylko! Bawić się chciały!". To ojciec do niej. Mały wtedy byłem, matka wzięła mnie na ręce i z domu. Schowaliśmy się w piwnicy w stodole. Ojciec szalał, szyby bił, wiadrami rzucał. Bracia nam ukradkiem smalcu i chleba przynosili. Potem matka zadzwoniła od gajowego na policję i ojca zabrali do szpitala psychiatrycznego. Pamiętam to jak dziś. Dwie noce w tej piwnicy siedzieliśmy. My w tym zimnie, w ciemności. Ja w jakiejś kurtce, matka w tej swojej chustce na głowie w czerwono-niebieską kratę.

Mgiełki zrobiłem sobie, jak pierwszy raz poszedłem siedzieć. Tak, to te wytatuowane powieki. Tusz, igła i się dziabie. Niektórzy nawet po tym wzrok tracą. Mgiełki oznaczają, że ten, kto je ma, dużo widzi, a mało mówi. No że wie, o co chodzi, ale nie donosi. Pewny gość.

Namówili mnie: od razu będzie wiadomo, kto idzie, że nie konfident. No i jeszcze, że małolatki lecą na mgiełki. I faktycznie, podobałem się dziewczynom.

Ten pierwszy raz to siedziałem za silniki, co żeśmy je z bratem ukradli z fermy lisów. Jak skończyłem podstawówkę, poszedłem do OHP, tam nauczyłem się pić, palić i kraść. Kradliśmy, co się dało, jakieś kioski, alkohol, papierosy. Wyrzucili mnie z hufca, wróciłem na wieś. Brat miał kupca na te silniki, ale ludzie ze wsi nas widzieli, jak żeśmy je na wózku ciągnęli. Dostałem rok i dwa miesiące.

Wcześniej jako młodociany miałem wyrok w zawiasach, kilka miesięcy. Chodziłem w takich starych kozakach, kumple mieli ładne buty, nocą wywaliłem kamieniem szybę na wystawie i ukradłem sofiksy czarno-białe. No ale ktoś mnie zobaczył, po kilku dniach policja w domu. Wstydziłem się biedy po prostu i chciałem wszystko od razu.

Jak szedłem siedzieć za te silniki, to stuknęła mi osiemnastka. Zakład karny Wojkowice. Osiemdziesiąty dziewiąty rok. Klawisze tłukli za wszystko. Krzywo stanąłem na korytarzu i już pałą. Na baczność tylko, nic się odezwać nie można było, przerwać oddziałowemu.

A w więzieniu przyjęte było, że małolat nie może dygać. Bo jak ty sam dajesz sobą pomiatać, to jesteś ofiara, frajer, nikt za tobą nie stanie, nikt ci nie pomoże, nikt kawy z tobą nie wypije. Nie grypsowałem nigdy, ale stosowałem się do zasad. Chciałem pokazać recydywie, że jestem wartościowy gość, że nie dygam. I pyskowałem klawiszom, jak mnie który pałą, to ja do niego: „Ty chuju!". Siedziałem po izolatkach. Jak mnie na dźwięki chcieli zholować, czyli do takiej sali dźwiękoszczelnej bez klamek, to się żyletką ciąłem, wtedy odpuszczali, nie bili tylko do ambulatorium.

Szybko wyszedłem, poznałem dziewczynę w Kielcach. Rodzice Basi pili. Kiedyś szedłem z nią przez miasto, patrzę, a jej z butów palce wystają. Bieda u nich była, bo na wódkę wszystko szło. Na wystawie zobaczyłem białe kozaczki. Dziewczynie prezent zrobię, pomyślałem, no i z jej bratem jebliśmy ten sklep. Nabrałem ze 30 par butów, wszystkie rodzaje. Schowałem towar na działkach, zaprosiłem Basię i mówię: „Patrz, kochanie!".

Szczęśliwa była, ja też. Trochę sprzedaliśmy tych butów na wódkę. No a potem okradliśmy drugi sklep, trzeci, czwarty i w piątym nas złapali na gorącym z towarem. Z bloków ktoś nas przyciął, że w nocy po sklepie chodzimy.

Dostałem pięć lat.

 

Zakład karny w Tarnowie to już wyższa szkoła jazdy. Ja już nie byłem petka, czyli że pierwszy raz karany, no wtedy to jednak każdy inaczej patrzy. Tarnów był wtedy słynny na całą Polskę, nie wiem, czy pan słyszał, non stop awantury. Jak tam zajechałem, to akurat złodzieje się zbuntowali o warunki bytowe, jedzenie. Nie mogłem się wyłamać. Stłukli mnie klawisze gumami, znów na izolatkach byłem, ale powiem szczerze, cieszyło mnie to życie. Nogi sine, cały pobity, ale jak patrzyli na mnie inni skazani: „Dobrze, małolat!". Rosłem w siłę. Lałem się z innymi. Jak był jakiś dym, to ja pierwszy wjeżdżałem. Po całym kryminale głośno o mnie było. „ Dzieciak znów awanturę zrobił". Bo taką ksywę miałem. To jest to, to jest właśnie życie, myślałem.

Wtedy właśnie zrobiłem ten połyk z łyżką. Żeby mnie na „eskę" rzucili, czyli ten oddział dla więźniów z problemami psychicznymi. Udawałem też, że się wieszam. Mówiłem psycholożce, że żyć mi się nie chce, w celi sznurkiem szyję kilka razy objechałem, skóra zdarta, poczekałem, aż oddziałowy kuklował będzie, czy w celi wszystko w porządku, i powiesiłem pętlę na kratach tak, żeby widział, a potem pchnąłem fikoł. Sznurek się zerwał, ja jeb na ziemię.

A innym razem zrobiłem wstrzyk. Wyciągnąłem z fikoła gwoździa, wydłubałem sobie dziurę w ramieniu i przez pusty wkład od długopisu napchałem do rany śliny. Bolało jak cholera, ręka mi spuchła jak bania, cała czerwona, pełno ropy. Chciałem wtedy, żeby mnie przenieśli do innego więzienia. Myślałem, że do Krakowa pojadę do szpitala, a tam powiem, że chcę na Monte trafić, na Montelupich znaczy. Ale mi powiedzieli, że koszty operacji będę musiał zapłacić. No to wziąłem żyletkę i nad umywalką tę rękę sobie rozciąłem i w kilka dni ropę wypłukałem.

Wtedy po tym wieszaniu się trafiłem na „eskę", wyrok mi warunkowo zawiesili i wyszedłem. Do roboty nie chciałem iść, zasiłek był, no i chciałem kraść. Brat mieszkanie upatrzył, dom znaczy, niedaleko, chciał, żebym z nim szedł, nie bardzo miałem ochotę, bo ojciec akurat napity był i mamy nie chciałem z nim samej zostawiać, to brat mówi: „Idę sam". A samemu to, wie pan, jak jest na włamaniu. No to poszedłem z nim, sąsiad przyciął i znów na gorącym nas złapali.

W sumie do odsiedzenia miałem cztery lata. Kielce, wjeżdżałem jak do siebie do domu, bajerę znałem, nic mnie nie mogło zaskoczyć. Ale wtedy sobie postanowiłem: kończę z tym, wychodzę i idę do roboty. Kumple pozakładali rodziny, a ja cały czas tylko siedzę i siedzę. No ileż można?

Jak wyszedłem, przeprowadziłem się do miasta, znalazłem robotę w firmie budowlanej, jakieś ogrodzenia, kostka. Nie kradłem, nie korciło mnie, miałem dziewczynę. Ania pracowała w banku. Rewelacyjnie mi się układało. Aż do tego 9 czerwca.

Wcześniej, jak siedziałem, w więzieniu miałem ksywę „Dzieciak", jak wróciłem do niego po raz kolejny, to już wołali na mnie „Oponka".

To moje pierwsze zabójstwo.

Ojciec nogę złamał, jeden brat siedział, gospodarką zajmował się drugi brat, ale nie dawał rady. A to gnój trzeba było wywieźć, ziemniaki zasadzić, musiałem pomóc.

Adama znałem od dziecka, mieszkał trzy domy dalej, dyskoteka – to z nim, ognisko też, chodziłem z jego siostrą, przyjaciel po prostu. No i kiedyś popiliśmy, pokłóciliśmy się o dziewczynę, przywaliłem mu z głowy i bombę jeszcze, z pięści. Ale napiliśmy się zaraz na zgodę. Tyle że kilka dni później on na mnie kolegów napuścił. Mocno mnie skopali, zęby wybili. Takiej nienawiści po tym do Adama nabrałem. Kilka dni potem dorwałem go na ulicy, szczękę mu złamałem. No ale potem jego koledzy odwet wzięli. I tak przez kilka miesięcy tłukliśmy się i godziliśmy.

I przyszedł ten 9 czerwca. Wziąłem pieniądze za drzewo, co je sprzedałem, pojechałem do sklepu koniem wódki, wina kupić i pech. On tam był. Zaprosiłem go do siebie. Był z nami jeszcze jeden kolega.

Nieźle już mieliśmy w czubach, nagle Adam znów zaczyna coś tam gadać o tych kłótniach, no to ten nasz znajomy bierze nóż do ogórków, zachodzi Adama od tyłu, przykłada mu ostrze do szyi i pyta: „Będziesz dalej skakał?". Na to Adam, że on nam pokaże i że ja to już nie żyję. To ja mu na to: „Tak? To patrz, kto nie żyje!". Biorę nóż do kiełbasy, co leży na stole, i wbijam go Adamowi w brzuch. Impuls, głupota, wódka, nie wiem, co jeszcze. Do dziś nie potrafię tego zrozumieć.

Krew się leje, matka płacze: „Synu, coś ty zrobił?". Wynosimy Adama na podwórko, chcę go na pocztę zawieźć, zadzwonić stamtąd po karetkę, idę konia zaprzęgać, wracam, a on głowa rozwalona. Ten kolega z siekierą w ręku mówi do mnie: „Dobiłem go". Jezus Maria. Jak go teraz pod tę pocztę wieźć? No to nocą wywozimy go do lasu, okładamy starymi oponami i podpalamy.

Na drugi dzień znajduje go gajowy. Szybko mnie namierzają, przyznaję się, bo co tu ukrywać?

Trafiam do aresztu śledczego w Kielcach.

A dwa tygodnie później moje drugie zabójstwo.

Znalazła ją siostra. Drzwi na strych były otwarte, pewnie poszła sobie popłakać, pomyślała. Bo mama często chodziła płakać na strych albo do stodoły. Wtedy nie wracała jednak długo, więc siostra poszła na górę jej szukać. Stał tam taki stary telewizor Rubin. Mamusia weszła na niego i powiesiła się na belce. Pętlę zrobiła z tej swojej chusty w kratkę. Cały czas ją w niej widzę.

To ja ją zabiłem, własną matkę, przeze mnie to zrobiła. Ludzie na wsi jej żyć nie dawali. Krzyczeli za nią: „Mordercę wychowałaś!". Jak tu do kościoła dojechać, gdy wszyscy patrzą wilkiem?

A ona zawsze była dla mnie dobra, chroniła mnie przed ojcem, powtarzała: „Synu, nie kradnij!". No nie mogłem tego zbólić. Runęło mi wszystko.

Dostałem dożywocie. Na sprawie przyznałem się, prosiłem o wybaczenie matkę Adama, ale czy można wybaczyć coś takiego? Nie można. W apelacji zmniejszyli mi wyrok na dwadzieścia pięć lat.

Zadzwoniłem potem do siostry, by powiedzieć, że jest szansa, że jest na co czekać, że może kiedyś wyjdę i pytam: „A jak tam tatuś? Jak się czuje?".

A siostra: „Tata nie żyje, powiesił się".

Na strychu, w tym samym miejscu co mama, na telewizorze, tylko lejcy na pętlę użył.

To moje trzecie zabójstwo. Tata poszedł za mamą. Bił nas strasznie, ale jednak jak był trzeźwy, pomagał, jak miał parę złotych, to dał, w polu przy robocie żeśmy pogadali, w święta zawsze choinka, rodzina była zżyta.

Miałem takie myśli, nie powiem, wiele razy. Tyle zła wyrządziłem. Zabiłem przyjaciela, matkę, ojca. Po co ja mam w ogóle żyć? Dla kogo? Ale siostra kiedyś przyjechała i mówi do mnie: „Ja cię proszę, żebyś ty nam tylko jeszcze kłopotów nie narobił, bo już w ogóle nam ludzie żyć nie dadzą. Będą się śmiali: była rodzina, wszyscy się powiesili".

Zacząłem się głębiej zastanawiać nad sensem. To było w zakładzie w Wiśniczu, na spotkaniach z panią psycholog. „Zobacz – mówiła do mnie – całe życie w więzieniu. I co ty z tego masz? Gdzie tu logika?". Ale ja w tę resocjalizację to nie wierzyłem jeszcze wtedy za bardzo. Po chuj mam się zmieniać? Dla kogo? Dla psycholożki? W Wiśniczu wydziabałem sobie kapitana na piersi, taki stopień, można po pięciu latach odsiadki.

Myślałem, że resocjalizacja, jakieś tam konkursiki, spotkania to frajerstwo i tylko jest po to, żeby w papierach mogli odhaczyć: „Oponka" zresocjalizowany, a tak naprawdę to w dupie mnie mają. No ale ta pani psycholog skierowała mnie do grupy Anonimowych Alkoholików. Tam zacząłem rozmawiać o sobie, o dzieciństwie, o piciu. Zobaczyłem, że w ogóle można mówić. Bo kiedyś to ja taki opryskliwy byłem, narwany, nie chciałem słuchać, co ty tam pierdolisz i tyle. Nauczyli mnie na grupie, że trzeba mimo wszystko patrzeć przed siebie, a nie tylko wstecz. Nie piję już, kiedyś jak miałem imieniny, częstowali mnie bimbrem z ryżu, kawę wolę, potrafię odmówić.

Zaczęły do mnie docierać pewne rzeczy, bo ja widziałem w więzieniu przecież tylko przemoc. Nauczyłem się, że można dawać. Kiedyś, jak ktoś przyszedł, bo kawy nie ma, to: „Weź spierdalaj", a dziś: „Proszę, nie musisz oddawać", poczęstuję, „smacznego" powiem. Nawet sami złodzieje mówią, że „Oponka" się zmienił. I stanę, porozmawiam nawet, jak ktoś źle mówi, to stoję i słucham.

Skończyłem zawodówkę, na ślusarza, potem technikum i liceum dwuletnie. Poszedłem do pracy, najpierw robiłem buty więzienne, potem okapy, a teraz tu, w zakładzie we Włodawie, w magazynie jestem. W sumie mam już przepracowanych piętnaście lat. Większość zabiera mi państwo, wpłacają mi na konto 600 złotych, ale odkładam. I rodzinie pomagam – jak siostrzenica za mąż wychodziła, dołożyłem się do kostki, bo na środku podwórza bajoro stało i wstyd było kogokolwiek zaprosić. Strasznie zadowolony byłem, że mogę. I zauważyłem, że im więcej daję, tym więcej tego do mnie wraca. Dziwne uczucie z początku. Kiedyś to myślałem: czego to mam mówić „dzień dobry" funkcjonariuszowi? Ale zacząłem nad tym myśleć i cóż ten oddziałowy czy wychowek jest winien? Przecież to tylko moja wina, że ja tu siedzę, nikogo innego.

 

W magazynie mam dwóch kierowników, to funkcjonariusze, „cześć, cześć, siema", rozmawiamy o życiu. Pracuję uczciwie. I kiedyś jeden z nich mówi do mnie: „Jakbyś wyszedł i chciał zostać tu, w miasteczku, to ja ci pracę załatwię". Dawniej to bym tego nie pojął, że funkcjonariusz złodziejowi może chcieć pomóc. Zauważyłem, że między ludźmi, obcymi, może być jakaś taka życzliwość.

I widzę, że ja też się zmieniam. Z tym chłopakiem, co sobie tętnice otworzył, rozmawiałem dosłownie godzinę wcześniej: „Cześć, co słychać, kawę wypijemy?". Ale nie chciał, powiedziałem mu, że wpadnę potem. No a potem to już nie żył. Długo to we mnie siedziało. Że nic nie zauważyłem, może mogłem zrobić więcej.

Majora mogłem wydziabać sobie po siedmiu i pół roku więzienia, ale już tego nie zrobiłem. Na co mi to?

Nie będę tu świrował przed panem, boję się trochę. Koniec kary się zbliża. Jak to będzie? Na przykład bariera tego języka. Kumple mi tłumaczą – w więzieniu człowiek jest nauczony tylko takiego języka: „spierdalaj", „odpierdol się", „w dupie", „jebać", ale jak będziesz na wolności, nie możesz takim językiem operować. Ktoś ci uwagę zwróci w autobusie, to co powiesz? Spierdalaj?

Jak tu z panem siedzę, to tysiące takich słów padło, ale na wolności nie da się tak rozmawiać, trzeba się hamować. Kogoś urażę, ubliżę, zrobi mi sprawę i na dzień dobry pół roku.

I że za takie krzyczenie może być wyrok.

Świat się zmienił. A najbardziej ta technika mnie martwi. Jak szedłem siedzieć, to były tylko fiaty i polonezy, a teraz podobno samochody same odpalają i mają opony bezdętkowe. Jak bez dętki w ogóle?! Myjnie samochodowe, które same myją, elektroniczne przejścia dla pieszych, że się rękę przykłada, głośniki w autobusach, co mówią przystanki, i jeszcze podobno, żeby drzwi się otworzyły, to trzeba rękę gdzieś przyłożyć. Jak mi opowiadał znajomy, to wierzyć nie chciałem: „Co ty świrujesz?". Że jest jakiś Fejsbuk z ogłoszeniami, ten internet i że na poczcie to teraz jest wszystko elektronicznie. Co z tego, że ja wiem, co to jest laptop, jak nie wiem, jak do środka się dostać?

Nigdy w życiu przez telefon komórkowy nie rozmawiałem, odbieram takie od osadzonych do magazynu, jak ich przywożą, i widzę czarny ekran, żadnego cyferblatu. Jak to z tego w ogóle dzwonić? Kiedyś to do więzienia pani przyszła z pocztą do mnie, pismo z banku, i podtyka mi taką szybkę, i mówi, żebym podpisał. Ja myślę sobie: kurwa, baba zwariowała, gdzie mam podpisać? A ona, że tu, datę i nazwisko. Dopiero kierownik zaczął się śmiać i tłumaczyć tej pani, że ja od dwudziestu lat siedzę i pierwszy raz tablet widzę.

Konto w banku od kilku lat mam internetowe. Teraz w więzieniu już można. Ale wszystkie operacje wykonuje się przez telefon, taki na korytarzu. Karty kodów się używa. Poprosiłem kumpla z oddziału, żeby mi drugie konto założył, podałem mu dane. Założył i ukradł mi dwanaście tysięcy. Przelał na inne konto. Poblokował mi wszystko. Zadzwoniłem z tego więzienia do pani z banku, ona, że w tej sytuacji na policję trzeba. Zawiadomiłem przez wychowawcę. Przyjechali, przesłuchali mnie, świadka jeszcze jednego i umorzyli. Z powodu braku wykrycia sprawcy. Nawet płyta z banku z nagraniem była i pytali mnie, czy głos poznaję. Ale ten mój kumpel sam nie dzwonił, sam transakcji nie zlecał, tylko sobie do tego telefonu wynajął innego więźnia. Tu pięćset chłopa siedzi, to gdzież ja głos poznam? A tamten się chwalił jeszcze w więzieniu, że jest gość na grubą kasę do wyjebania. Wzięli umorzyli.

Składałem se pieniądze, a tu chuj przyszedł i zabrał mi wszystko. Skopałbym go, połamał. Ale teraz usiadłem, pomyślałem i odpuściłem. Gdybym mu zrobił krzywdę, tobym zmarnował wszystko, na co przez lata pracowałem.

Odpuściłem, bez kary został.

Przeszkadza mi obłuda wokół. Ten fałsz, udawanie. Kiedyś tak nie było. Zaufałem złodziejowi i złodziej złodzieja okradł. Dawniej to by było nie do pomyślenia. Złodziej, który kradnie w więzieniu, to jest najgorszy typ człowieka, jaki może być. Frajer, kurwa, szmaciarz, kiedyś za takie coś by go gonili, poszedłby na inną celę, toby usłyszał: „Wypierdalaj stąd, złodzieju". A teraz tych zasad już nie ma. Chłopak miał zegarek za dwa tysiące, położył na fikoł, odwraca się, zegarek zniknął.

Zanim wydziabałem kapitana, to pytałem grypsujących, czy mogę, siedziałem wtedy cztery lata, powiedzieli, że dopiero za rok, teraz mogę sobie wydziabać sierżanta, „a jak zrobisz kapitana – usłyszałem – to go cegłą wytrzesz, do krwi". Dziś każdy może sobie tatuować, co chce, nawet generała. Kasa się tylko liczy.

Był ład i porządek między więźniami, wiedziałem, co do kogo mogę powiedzieć. A dzisiaj to jest tak, że przychodzi taki do pana na celę, rozmawia normalnie, a potem idzie na celę obok i mówi: „Ty, z tym frajerem rozmawiałem, chuj jeden, kawę od niego wyrwałem".

Kiedyś bez podstaw nie można było drugiemu ubliżyć. Trzymali się więźniowie razem i sami załatwiali takie sprawy. Jakby taki, co kawę wyrwał niby od frajera, poszedł na łaźnię czy spacer, podeszłoby do niego pięciu, w łeb i kopa. A teraz to dziadostwo.

Napatrzyłem się. Żona zostaje sama z dziećmi, przyjeżdża na widzenie, daje takiemu tytoń kupiony za ostatnie pieniądze, a on go potem przehandlowuje, bo na narkotyki musi mieć. Nic szacunku do siebie, do rodziny.

Ale ja już ze złodziejami nie chcę mieć nic wspólnego. Złodzieje są jak wrony, zakraczą człowieka, zakrzyczą, słaby, sierota, nic niewarty gość, ale ja w pewnym momencie przestałem się przejmować tym, co mówią inni ludzie. Nie było łatwo na początku, „Oponce łeb siadł" – mówili. Ale ja mam dziś swoje własne cele.

Kilka rzeczy mnie trzyma. Siostra. Zależy jej na mnie, czuję, że mnie kocha, ja ją też. Napisałem jej nawet kiedyś w liście, bo tak powiedzieć wprost to jednak by nie wypadało. Odwiedza mnie przez te wszystkie lata. Trzyma mnie to, że będę mógł zobaczyć synka siostrzenicy, ma cztery latka, przez telefon mu mówię, że wujek jest w pracy, ale kiedyś przyjedzie. Kumpla tu poznałem, za narkotyki siedział, wyszedł już, pracuje, rodzinę założył, przyjeżdża do mnie często, mówi, że robotę w budowlance mi załatwi i mieszkanie też. Jego matka przysłała mi kartkę na święta. Taki mam zaczep na wolności. Do nich pojadę pierwszego dnia, jak wyjdę, do Lublina. A potem do rodziny, do siostry, no i braci. Ale bracia piją i żeby mnie nie korciło, to będę z tym kumplem i jego żoną. Taki plan. Jest też ta moja grupa AA, część już na wolności.

 

Oni wszyscy we mnie wierzą. I to mnie najbardziej trzyma. Że nie chciałbym tych ludzi zawieść. Że gdybym zaczął pić, to co oni by powiedzieli? Że ja jakiś frajer jestem. Jak wyjdę, będę miał pięćdziesiąt lat, została mi już tylko jedna szansa, żeby nie być „Oponką", ale znów być Andrzejem. Zmarnowałem życie, ale może jeszcze nie całe. Chcę pokazać, że jestem coś wart, żyć spokojnie, bez złodziejstwa, mieć dzieciaka.

Nigdzie nie byłem. Kumple mi mówią, że teraz są takie zoo, że się wchodzi, jest wielkie akwarium i normalnie widzisz, jak rekin cię atakuje. Gór nigdy nie widziałem, morza, zagranicy. Chciałbym zobaczyć cokolwiek.

Dobre rzeczy wracają. I tak, dali mi grupę otwartą. To znaczy, że po czternastu latach mogłem już wyjść z celi, po siedemnastu latach wychowawca wziął mnie na grupę KO, czyli że mogłem na zewnątrz wyjść, jak do parku poszliśmy, to uwierzyć nie mogłem, że takie drzewa wielkie są. Ja pierdolę! Byliśmy nad jeziorem, w kinie, w bibliotece.

Teraz na przykład na Trzech Króli przedstawienie odgrywaliśmy na rynku miasteczka, jasełka. Była to taka walka dobra ze złem. Mnóstwo ludzi oglądało. Bóg zesłał aniołów i nastąpiła jasność, wychowawca nam teksty napisał. Żal mi było, że takie krótkie to było. Przeżycie niesamowite. Dzieciaki podchodziły i robiły sobie ze mną zdjęcia. No nie wierzyłem, że jestem między ludźmi i nikt palcem nie wytyka, nie gardzi, nie boi się, wszyscy się cieszyli, kurczę, pomyślałem sobie, że nie jestem na straconej drodze, wychodzę i normalnie mogę iść do społeczeństwa. Miałem maskę na twarzy, rogi i czerwoną pelerynę, byłem przebrany za diabła.