
|
ANTHONY STARK
|
WANDA MAXIMOFF
|
( ⎊ ) Syberia,
lokalizacja nieznana.
Było jasno. Puchaty śnieg spoczywał na czubkach gór, łącząc się z horyzontem. Stark wzniósł wzrok, dostrzegając zaledwie nieprzerwaną, niekończącą się, biel. Jedynie słońce dumnie prężyło się nad ich głowami, lecz leniwe promienie, nie ogrzewały zziębniętych ciał. Zimowe buty wyznaczały szlak; wydeptana linia, powolnie ginęła wśród zamieci. Miał wrażenie, jakby znajdowali się na krańcu świata i wszak rzeczywiście tak było.
— Po drugie nie chcę być potężna, nie zauważyłeś jeszcze, że nie potrafię tego unieść?! Przerasta mnie to. Nie wiesz, co mówisz, bo ciebie nigdy nie wytykano palcami, ani nie uznawano za wybryk natury. Zresztą... powiedziałeś wystarczająco, nie zważając nawet na to, ile siły włożyłam w twój powrót. Jesteś taki sam jak reszta, więc nie rozumiem, dlaczego... jesteś tutaj.
Wysłuchał jej, nie wtrącając się. Poniekąd miała rację; przywykł do pochopnego oceniania cudzych poczynań. Sporządzenie osądu przychodziło mu nader łatwo, zwłaszcza teraz, gdy tymczasowo miał wgląd do wielu linii czasowych.
Westchnął, ocierając wilgotny nos. Ogrzewał go palcami, niemal nie czując ich opuszków. Mógłby założyć pancerz, jednak ryzykowałby wcześniejszym namierzeniem.
— Jesteś jeszcze bardzo młoda, nie zrozum mnie źle... To, co przeżyłaś, to zaledwie krótka chwila. Straciłaś wiele, właściwie jak każdy z nas. Jeszcze kilka dni temu nie wiedziałem, dlaczego postanowiłem się poświęcić i czemu nie wymyśliłem żadnego innego rozwiązania. Nie było takiego. Strach pomyśleć, że cały ten heroizm i tak poszedł na marne. Nie dlatego, że teraz tutaj jestem, ale w przyszłości... nie mogę powiedzieć, aby nie namieszać. Czeka Was naprawdę mało przyjemności i odpoczynku — stwierdził, ostrożnie dobierając słowa. Nie uwzględnił nawet swojej obecności, niby przypadkowo, lecz wyczuwał, iż "zmartwychwstanie" może nie okazać się permanentne.
— Wiem, że chciałaś dobrze — dodał, kiedy już oddaliła się na kilka kroków. Starał się podtrzymać tempo rudowłosej, lecz oddychało mu się coraz ciężej. Kłuło go w płucach. Rozmowa w samym środku Syberii należała do tych bardziej wycieńczających.
— I póki tu jestem, pomogę Ci. Nie możesz skupiać się tylko na jednej rzeczy, czyniąc z niej priorytet. Pamiętaj o konsekwencjach, bo kiedyś mogą Cię przygnieść — zawyrokował, doskonale zdając sobie sprawę, do czego pił, lecz nie mógł zdradzić szczegółów. Widział urywek z czasów House of Magnus. Uszczęśliwianie wszystkich na siłę... nigdy nie skończy się dobrze.
Otworzył szeroko usta, obserwując uchodzącą z nich parę. Jasna smuga tańczyła przed jego twarzą. Zaczął myśleć o tym, co zrobił Rhodey. Oznajmił całemu światu powrót Iron Mana, na który nikt nie był gotowy, nawet on sam. Wybuch paniki zdawał się nieunikniony. Ludzie zaczną pytać, zastanawiać się. Może nawet zakwestionują jego ofiarność, uważając to za grę, próbę oczyszczenia się? Maximoff dostrzegała same pozytywy jego jestestwa, uważała, że wcale nie miał pod górkę. Tak naprawdę nie przejmował się większością spraw, a te w końcu ucichły. Czy ktokolwiek pamiętał, że stał za masową produkcją broni, mogącą nawet zakończyć istnienie świata? Pewnego dnia, wedle własnego widzimisię, miał możliwość wciśnięcia tylko jednego guzika, aby zakończyć wszelkie życie.
Moc. Posiadał ją nawet wtedy, gdy nie nosił jeszcze zbroi. Opinia publiczna zmieniała się jak w kalejdoskopie. Sprzyjała mu lub ganiła, nieraz sam zapominał, kim się jawił, nim nie otworzył oczu, dostrzegając wówczas smutną prawdę. Chciał odkupienia.
Zakończenia odwiecznej walki samego ze sobą, nieprzerwanego niezadowolenia, udowadniania, że jest tym d o b r y m.
Wycie wilków przypomniało Tonemu, w jak wielkim niebezpieczeństwie się znajdowali. Nie chodziło o dzikie zwierzęta; Kamień trafił w niepowołane ręce. Strucker otrzymał to, o czym od zawsze marzył. Choćby miał umrzeć, spełniłby swoje chore wyobrażenia o świecie, chylącym mu się do stóp.
Hydra w jednym się nie myliła. Zetniesz jedną głowę, to na jej miejscu pojawią się dwie kolejne. Ich ideały przemawiały do większości, choć niewielu mówiło o tym głośno. Wystarczyło lekkie zwątpienie, aby przejść na stronę antagonistów; nie chodziło przecież o uzyskanie aprobaty, a zwiększenie sił. Możliwość zgniecenia innych, jak zwykłego robaka.
— Czujesz coś? — zapytał, chwytając ją za ramię, gdy zdołał dogonić jasnooką. — Powinniśmy być niedaleko. Znowu mam dostęp do nieswoich wspomnień. Nie wiem, czy tym razem zdołam zachować trzeźwość umysłu. Gdybym postradał zmysły, wiesz, co robić. — Spojrzał na nią wymownie, prosząc o to, aby zapobiegła tragedii. Jego umysł przeszedł wiele. Zbyt wiele. Określając się mianem Superiora, skrzywdził ludzkość bardziej niż kiedykolwiek. Dał im to, czego pragnęli, aby następnie wszystko odebrać bez mrugnięcia okiem. Potężny czarodziej skrzywił jego jaźń, a ta już nigdy miała nie powrócić do dawnej świetności. Nawet on sam nie mógł sobie pomóc. Podejrzewał, iż kiedyś oszaleje, dlatego wykonał kopię swojej świadomości, aby odkręcić własne błędy. Okazał się zbyt słaby. Pewnych rzeczy po prostu nie dało się cofnąć.
Pragnął, aby w tej rzeczywistości nie spełniły się podobne, mroczne wyrokowania.
Szary zwierz zagrodził im drogę. Długie kły połyskiwały na tle jednolitego krajobrazu. Stał nieruchomo, wyszukując pod kurtką znajomego przycisku. Ku jego zdziwieniu, agresja ustała, gdy wilk obrócił pysk w stronę Wandy. Paszcza zamknęła się, jakby niemal mu to nakazała, choć nie posiadała takich zdolności. Zbliżył się do kobiety, siadając nieopodal jej stóp. Stark przekręcił głowę na bok, obserwując niecodzienną scenę.
— Nie atakuje — stwierdził, choć ciężko było o większą oczywistość. Gotowy skręcić mu kark, tymczasem przyglądał się niebieskim tęczówkom, jakby te chciały mu coś przekazać. Dopiero wtedy zauważył, że był ranny. Jucha przestała się już lać, lecz poszarpany bok zdawał się przemrożony. Cierpiał.
— Biedny, Ty też zostałeś skrzywdzony, co? — zapytał, choć nie oczekiwał odpowiedzi. Niemal dostrzegał w nim siebie; żył, ale jedną łapą był już w grobie. Zmarnowany i styrany. Samotny, gdzieś pośrodku niczego.
— W naturze wszystko przemija, nieprawdaż? Coś się rodzi, by coś mogło zginąć. Umrze, aby padliną posiliły się inne zwierzęta. Czyż to nie piękne? — Usłyszeli za sobą, na co Stark zacisnął zęby. Czy był gotowy, aby ujrzeć przed sobą szkaradę koloru krwi, z odsłoniętymi nozdrzami? Nie przybyli tu po nic innego.
Śnieg zatańczył między nimi, skutecznie utrudniając widoczność. Nie wiedział, czy Strucker stoi, czy może się przemieszcza.
— Nawet nie wiem, ile czasu minęło. Vormir doprawdy stał się moim domem. Pułapką, skrywającą najcenniejszy klejnot. Marzyłem o nim, dbałem o niego, a Wy, głupcy, śmieliście go zabrać. Tak niegodni — wysyczał, dokładnie akcentując ostatnie słowo. — Przeznaczenie się dopełniło. Rzesza powstanie, naprawi to, co zepsuliście. Życie i śmierć przestaną się wzajemnie wykluczać, odtąd bowiem to ja zdecyduję, kto okaże się zdolny, by spoglądać na dzieło stworzenia.
Nie przerywał mu. Zastanawiał się, gdzie znajdowała się jego kryjówka, lecz niewiele dostrzegał wśród rozpoczynającej się burzy. W jego monologu doszukiwał się wszelkich wskazówek. Czegokolwiek pomocnego.
— Ta moc Cię zniszczy, oddaj Kamień. Musimy zamknąć portal, inaczej nic nie pozostanie z Twojej ukochanej Ziemi. Nie możesz tak po prostu naginać wszelkich praw, wszystko spotyka się z konsekwencjami---
— GŁUPCZE! Ja jestem prawem. Nie chcesz odzyskać brata? — zwrócił się w stronę wiedźmy — A Ty, co powiesz na zjednoczenie z rodzicami? Prawdziwymi rodzicami? — podkreślił, spoglądając również na władczynię chaosu. Skąd Baron posiadał jakąkolwiek wiedzę na ich temat? Czy Johann posiadł ją na dobre, gdy pełnił rolę strażnika?
Podczas gdy wrzeszczał, drapieżnik zaskomlał, powolnie oddalając się w tylko sobie znanym kierunku. Zawieja przysłaniała upiorną twarz; całun zimy zniekształcał jego sylwetkę. Pokiwał na swoją towarzyszkę. Nie mieli innego wyboru, Schmidt nie pozwoli przekonać się w żaden inny sposób, jak tylko poprzez walkę. Nie mogli przegrać.
Nanocząsteczki wnet pokryły jego ciało, a szkarłatne kule czekały w gotowości, aby wystrzelić w stronę nazisty.
— Postradałeś zmysły. Nie jesteś w stanie zapanować nad taką energią, a nawet jeśli, to umrzesz, gdy już użyjesz Kamienia — tłumaczył, równocześnie obserwując go przez soczewkę powiększającą. — Thanos zniszczy to, co Ty stworzysz. Oddaj artefakt, a rozejdziemy się w zgodzie — ponaglił, a drony umieszczone na plecach, właśnie szybowały w stronę Czerwonej Czaszki. Pragnął uniknąć rozlewu krwi, ale wszystko wskazywało na to, że była to jedyna karta przetargowa.
— Musicie uwierzyć. A wierzyć, to znaczy zobaczyć — oznajmił. Ostra amunicja zmierzała prosto w jego stronę, lecz ten niefrasobliwie wzniósł dłoń, by później obszar dookoła zalała fioletowa łuna.
lokalizacja nieznana.
Było jasno. Puchaty śnieg spoczywał na czubkach gór, łącząc się z horyzontem. Stark wzniósł wzrok, dostrzegając zaledwie nieprzerwaną, niekończącą się, biel. Jedynie słońce dumnie prężyło się nad ich głowami, lecz leniwe promienie, nie ogrzewały zziębniętych ciał. Zimowe buty wyznaczały szlak; wydeptana linia, powolnie ginęła wśród zamieci. Miał wrażenie, jakby znajdowali się na krańcu świata i wszak rzeczywiście tak było.
— Po drugie nie chcę być potężna, nie zauważyłeś jeszcze, że nie potrafię tego unieść?! Przerasta mnie to. Nie wiesz, co mówisz, bo ciebie nigdy nie wytykano palcami, ani nie uznawano za wybryk natury. Zresztą... powiedziałeś wystarczająco, nie zważając nawet na to, ile siły włożyłam w twój powrót. Jesteś taki sam jak reszta, więc nie rozumiem, dlaczego... jesteś tutaj.
Wysłuchał jej, nie wtrącając się. Poniekąd miała rację; przywykł do pochopnego oceniania cudzych poczynań. Sporządzenie osądu przychodziło mu nader łatwo, zwłaszcza teraz, gdy tymczasowo miał wgląd do wielu linii czasowych.
Westchnął, ocierając wilgotny nos. Ogrzewał go palcami, niemal nie czując ich opuszków. Mógłby założyć pancerz, jednak ryzykowałby wcześniejszym namierzeniem.
— Jesteś jeszcze bardzo młoda, nie zrozum mnie źle... To, co przeżyłaś, to zaledwie krótka chwila. Straciłaś wiele, właściwie jak każdy z nas. Jeszcze kilka dni temu nie wiedziałem, dlaczego postanowiłem się poświęcić i czemu nie wymyśliłem żadnego innego rozwiązania. Nie było takiego. Strach pomyśleć, że cały ten heroizm i tak poszedł na marne. Nie dlatego, że teraz tutaj jestem, ale w przyszłości... nie mogę powiedzieć, aby nie namieszać. Czeka Was naprawdę mało przyjemności i odpoczynku — stwierdził, ostrożnie dobierając słowa. Nie uwzględnił nawet swojej obecności, niby przypadkowo, lecz wyczuwał, iż "zmartwychwstanie" może nie okazać się permanentne.
— Wiem, że chciałaś dobrze — dodał, kiedy już oddaliła się na kilka kroków. Starał się podtrzymać tempo rudowłosej, lecz oddychało mu się coraz ciężej. Kłuło go w płucach. Rozmowa w samym środku Syberii należała do tych bardziej wycieńczających.
— I póki tu jestem, pomogę Ci. Nie możesz skupiać się tylko na jednej rzeczy, czyniąc z niej priorytet. Pamiętaj o konsekwencjach, bo kiedyś mogą Cię przygnieść — zawyrokował, doskonale zdając sobie sprawę, do czego pił, lecz nie mógł zdradzić szczegółów. Widział urywek z czasów House of Magnus. Uszczęśliwianie wszystkich na siłę... nigdy nie skończy się dobrze.
Otworzył szeroko usta, obserwując uchodzącą z nich parę. Jasna smuga tańczyła przed jego twarzą. Zaczął myśleć o tym, co zrobił Rhodey. Oznajmił całemu światu powrót Iron Mana, na który nikt nie był gotowy, nawet on sam. Wybuch paniki zdawał się nieunikniony. Ludzie zaczną pytać, zastanawiać się. Może nawet zakwestionują jego ofiarność, uważając to za grę, próbę oczyszczenia się? Maximoff dostrzegała same pozytywy jego jestestwa, uważała, że wcale nie miał pod górkę. Tak naprawdę nie przejmował się większością spraw, a te w końcu ucichły. Czy ktokolwiek pamiętał, że stał za masową produkcją broni, mogącą nawet zakończyć istnienie świata? Pewnego dnia, wedle własnego widzimisię, miał możliwość wciśnięcia tylko jednego guzika, aby zakończyć wszelkie życie.
Moc. Posiadał ją nawet wtedy, gdy nie nosił jeszcze zbroi. Opinia publiczna zmieniała się jak w kalejdoskopie. Sprzyjała mu lub ganiła, nieraz sam zapominał, kim się jawił, nim nie otworzył oczu, dostrzegając wówczas smutną prawdę. Chciał odkupienia.
Zakończenia odwiecznej walki samego ze sobą, nieprzerwanego niezadowolenia, udowadniania, że jest tym d o b r y m.
Wycie wilków przypomniało Tonemu, w jak wielkim niebezpieczeństwie się znajdowali. Nie chodziło o dzikie zwierzęta; Kamień trafił w niepowołane ręce. Strucker otrzymał to, o czym od zawsze marzył. Choćby miał umrzeć, spełniłby swoje chore wyobrażenia o świecie, chylącym mu się do stóp.
Hydra w jednym się nie myliła. Zetniesz jedną głowę, to na jej miejscu pojawią się dwie kolejne. Ich ideały przemawiały do większości, choć niewielu mówiło o tym głośno. Wystarczyło lekkie zwątpienie, aby przejść na stronę antagonistów; nie chodziło przecież o uzyskanie aprobaty, a zwiększenie sił. Możliwość zgniecenia innych, jak zwykłego robaka.
— Czujesz coś? — zapytał, chwytając ją za ramię, gdy zdołał dogonić jasnooką. — Powinniśmy być niedaleko. Znowu mam dostęp do nieswoich wspomnień. Nie wiem, czy tym razem zdołam zachować trzeźwość umysłu. Gdybym postradał zmysły, wiesz, co robić. — Spojrzał na nią wymownie, prosząc o to, aby zapobiegła tragedii. Jego umysł przeszedł wiele. Zbyt wiele. Określając się mianem Superiora, skrzywdził ludzkość bardziej niż kiedykolwiek. Dał im to, czego pragnęli, aby następnie wszystko odebrać bez mrugnięcia okiem. Potężny czarodziej skrzywił jego jaźń, a ta już nigdy miała nie powrócić do dawnej świetności. Nawet on sam nie mógł sobie pomóc. Podejrzewał, iż kiedyś oszaleje, dlatego wykonał kopię swojej świadomości, aby odkręcić własne błędy. Okazał się zbyt słaby. Pewnych rzeczy po prostu nie dało się cofnąć.
Pragnął, aby w tej rzeczywistości nie spełniły się podobne, mroczne wyrokowania.
Szary zwierz zagrodził im drogę. Długie kły połyskiwały na tle jednolitego krajobrazu. Stał nieruchomo, wyszukując pod kurtką znajomego przycisku. Ku jego zdziwieniu, agresja ustała, gdy wilk obrócił pysk w stronę Wandy. Paszcza zamknęła się, jakby niemal mu to nakazała, choć nie posiadała takich zdolności. Zbliżył się do kobiety, siadając nieopodal jej stóp. Stark przekręcił głowę na bok, obserwując niecodzienną scenę.
— Nie atakuje — stwierdził, choć ciężko było o większą oczywistość. Gotowy skręcić mu kark, tymczasem przyglądał się niebieskim tęczówkom, jakby te chciały mu coś przekazać. Dopiero wtedy zauważył, że był ranny. Jucha przestała się już lać, lecz poszarpany bok zdawał się przemrożony. Cierpiał.
— Biedny, Ty też zostałeś skrzywdzony, co? — zapytał, choć nie oczekiwał odpowiedzi. Niemal dostrzegał w nim siebie; żył, ale jedną łapą był już w grobie. Zmarnowany i styrany. Samotny, gdzieś pośrodku niczego.
— W naturze wszystko przemija, nieprawdaż? Coś się rodzi, by coś mogło zginąć. Umrze, aby padliną posiliły się inne zwierzęta. Czyż to nie piękne? — Usłyszeli za sobą, na co Stark zacisnął zęby. Czy był gotowy, aby ujrzeć przed sobą szkaradę koloru krwi, z odsłoniętymi nozdrzami? Nie przybyli tu po nic innego.
Śnieg zatańczył między nimi, skutecznie utrudniając widoczność. Nie wiedział, czy Strucker stoi, czy może się przemieszcza.
— Nawet nie wiem, ile czasu minęło. Vormir doprawdy stał się moim domem. Pułapką, skrywającą najcenniejszy klejnot. Marzyłem o nim, dbałem o niego, a Wy, głupcy, śmieliście go zabrać. Tak niegodni — wysyczał, dokładnie akcentując ostatnie słowo. — Przeznaczenie się dopełniło. Rzesza powstanie, naprawi to, co zepsuliście. Życie i śmierć przestaną się wzajemnie wykluczać, odtąd bowiem to ja zdecyduję, kto okaże się zdolny, by spoglądać na dzieło stworzenia.
Nie przerywał mu. Zastanawiał się, gdzie znajdowała się jego kryjówka, lecz niewiele dostrzegał wśród rozpoczynającej się burzy. W jego monologu doszukiwał się wszelkich wskazówek. Czegokolwiek pomocnego.
— Ta moc Cię zniszczy, oddaj Kamień. Musimy zamknąć portal, inaczej nic nie pozostanie z Twojej ukochanej Ziemi. Nie możesz tak po prostu naginać wszelkich praw, wszystko spotyka się z konsekwencjami---
— GŁUPCZE! Ja jestem prawem. Nie chcesz odzyskać brata? — zwrócił się w stronę wiedźmy — A Ty, co powiesz na zjednoczenie z rodzicami? Prawdziwymi rodzicami? — podkreślił, spoglądając również na władczynię chaosu. Skąd Baron posiadał jakąkolwiek wiedzę na ich temat? Czy Johann posiadł ją na dobre, gdy pełnił rolę strażnika?
Podczas gdy wrzeszczał, drapieżnik zaskomlał, powolnie oddalając się w tylko sobie znanym kierunku. Zawieja przysłaniała upiorną twarz; całun zimy zniekształcał jego sylwetkę. Pokiwał na swoją towarzyszkę. Nie mieli innego wyboru, Schmidt nie pozwoli przekonać się w żaden inny sposób, jak tylko poprzez walkę. Nie mogli przegrać.
Nanocząsteczki wnet pokryły jego ciało, a szkarłatne kule czekały w gotowości, aby wystrzelić w stronę nazisty.
— Postradałeś zmysły. Nie jesteś w stanie zapanować nad taką energią, a nawet jeśli, to umrzesz, gdy już użyjesz Kamienia — tłumaczył, równocześnie obserwując go przez soczewkę powiększającą. — Thanos zniszczy to, co Ty stworzysz. Oddaj artefakt, a rozejdziemy się w zgodzie — ponaglił, a drony umieszczone na plecach, właśnie szybowały w stronę Czerwonej Czaszki. Pragnął uniknąć rozlewu krwi, ale wszystko wskazywało na to, że była to jedyna karta przetargowa.
— Musicie uwierzyć. A wierzyć, to znaczy zobaczyć — oznajmił. Ostra amunicja zmierzała prosto w jego stronę, lecz ten niefrasobliwie wzniósł dłoń, by później obszar dookoła zalała fioletowa łuna.
( ⎊ ) soul
w o r l d
Ocknął się nagle, w samym środku delikatnej, miękkiej pościeli. Jakaś poduszka spoczywała na jego czole, a ten od razu cisnął ją w stronę dalszej części łóżka.
Pachniało cynamonem. Nie była to przyjemna woń. Przywodziła na myśl truciznę; dosypana do herbaty, wyczuwalna jako miły dodatek. Uczucie to szybko minęło, jakby w ogóle nie istniało.
Wyjrzał przez okno, dostrzegając czerwone flagi ze swastyką na białym tle. Powiewały na wietrze, idealnie wpasowując się w krajobraz. Ten był szary, brudny, a budynki wyglądały tak marnie, jakby zaraz miały się rozlecieć.
Ten skurczybyk! Pomyślał w końcu, ocucony z działania ułudy. Znał to miejsce, kojarzył tę toksyczną słodycz. Świat wewnątrz do znudzenia przypominał ten prawdziwy; Tony długo walczył o odpowiedzi, nim uświadomił sobie, że zginął. Wtedy, na polu bitwy.
Obrazy nie przywodziły na myśl tych dawnych; żył we własnym Piekle, aby teraz spocząć w rajskim wyobrażeniu Struckera.
Wanda. Znowu zostali rozdzieleni.
Zbiegł po schodach, orientując się, że jego mieszkanie jest całkowicie puste. Przedmioty dopiero zaczynały się pojawiać, powolnie, zapewne dlatego, iż mężczyzna wciąż nie opanował potęgi antycznego przedmiotu.
— Zabierz nas stąd! — wrzeszczał, chodząc od drzwi do drzwi. W jednym z pokoi w końcu trafił na rudowłosą, lecz ta spoglądała ze zdziwieniem na swoje dłonie.
— Wanda? — zapytał, stając przed nią. Niemożliwe. Jej twarz odmłodniała, a wszystkie wspomnienia ze Szkarłatną Wiedźmą zaczęły stopniowo znikać. Stworzył świat, w którym kobieta nigdy nie poddała się jego eksperymentom. Zorganizował dla niej dom idealny.
— Nie wierz w to, co widzisz i słyszysz, ta rzeczywistość nie powinna wpłynąć na nasze umysły, bo teoretycznie oboje żyjemy. To wszystko kłamstwo. Spójrz na mnie — polecił, chwytając ją za brodę, aby wzniosła wzrok.
— On chce, żebyś zakwestionowała słuszne wybory. Nie możemy tu zostać, Ziemia jest w ogromnym niebezpieczeństwie!
w o r l d
Ocknął się nagle, w samym środku delikatnej, miękkiej pościeli. Jakaś poduszka spoczywała na jego czole, a ten od razu cisnął ją w stronę dalszej części łóżka.
Pachniało cynamonem. Nie była to przyjemna woń. Przywodziła na myśl truciznę; dosypana do herbaty, wyczuwalna jako miły dodatek. Uczucie to szybko minęło, jakby w ogóle nie istniało.
Wyjrzał przez okno, dostrzegając czerwone flagi ze swastyką na białym tle. Powiewały na wietrze, idealnie wpasowując się w krajobraz. Ten był szary, brudny, a budynki wyglądały tak marnie, jakby zaraz miały się rozlecieć.
Ten skurczybyk! Pomyślał w końcu, ocucony z działania ułudy. Znał to miejsce, kojarzył tę toksyczną słodycz. Świat wewnątrz do znudzenia przypominał ten prawdziwy; Tony długo walczył o odpowiedzi, nim uświadomił sobie, że zginął. Wtedy, na polu bitwy.
Obrazy nie przywodziły na myśl tych dawnych; żył we własnym Piekle, aby teraz spocząć w rajskim wyobrażeniu Struckera.
Wanda. Znowu zostali rozdzieleni.
Zbiegł po schodach, orientując się, że jego mieszkanie jest całkowicie puste. Przedmioty dopiero zaczynały się pojawiać, powolnie, zapewne dlatego, iż mężczyzna wciąż nie opanował potęgi antycznego przedmiotu.
— Zabierz nas stąd! — wrzeszczał, chodząc od drzwi do drzwi. W jednym z pokoi w końcu trafił na rudowłosą, lecz ta spoglądała ze zdziwieniem na swoje dłonie.
— Wanda? — zapytał, stając przed nią. Niemożliwe. Jej twarz odmłodniała, a wszystkie wspomnienia ze Szkarłatną Wiedźmą zaczęły stopniowo znikać. Stworzył świat, w którym kobieta nigdy nie poddała się jego eksperymentom. Zorganizował dla niej dom idealny.
— Nie wierz w to, co widzisz i słyszysz, ta rzeczywistość nie powinna wpłynąć na nasze umysły, bo teoretycznie oboje żyjemy. To wszystko kłamstwo. Spójrz na mnie — polecił, chwytając ją za brodę, aby wzniosła wzrok.
— On chce, żebyś zakwestionowała słuszne wybory. Nie możemy tu zostać, Ziemia jest w ogromnym niebezpieczeństwie!