Życie jest piękne…

Od najmłodszych lat miałem marzenia, których ewentualna realizacja wydawała mi się być przepustką do osiągnięcia szczęścia.

 

Kilka lat temu, gdy po wyjściu ze szkoły średniej drogi moich znajomych z klasy zaczęły się rozchodzić, zauważyłem, że stoję w miejscu, kiedy dla mojego pokolenia nadchodzi czas. Czas na stworzenie swojego świata na podwalinach tego, co przygotowali nam nasi poprzednicy. I tak część moich znajomych udała się na studia, inni od razu rzucili się w wir pracy, a jeszcze inni wyjechali za granicę lub korzystali z ,,wolności”. Wyglądało to na ogół tak, że żyjąc na garnuszku rodziców imprezowali i cieszyli się z życia. Nie miałem wówczas jakiś konkretnych planów na przyszłość, nie wiedziałem nawet w jakim kierunku mógłbym iść. Z braku owych pomysłów zacząłem zaocznie studiować historię, a na co dzień pracowałem w firmie ogólnobudowlanej…

Powoli zaczęło dojrzewać we mnie przekonanie, żeby zacząć robić coś konkretnego – rzuciłem się na szeroką wodę, i wraz ze znajomym otworzyliśmy własną firmę…  Kierował nami w dużej mierze młodzieńczy optymizm, ponieważ zwolniliśmy się z pracy, wzięliśmy kilkadziesiąt tysięcy dotacji (którą w razie niepowodzenia trzeba zwrócić ze sporą nawiązką…), w sytuacji, gdy mieliśmy ,,roboty” na góra dwa tygodnie… Gdy patrzę na to, co wtedy zrobiliśmy, widzę nic innego, jak dwóch nieokrzesanych kamikadze…

Co chwilę pojawiają się nowe wyzwania, co rusz spotykam się z różnymi ludźmi, którzy mają większy lub mniejszy wpływ na moje życie… Moje pokolenie ( pierwsza połowa lat `80) jest obecnie w takim wieku, w którym determinuje się nasza przyszłość – jeszcze nie zepsuci przez okrutną machinę tego świata, a w wielu sprawach już na tyle z ową machiną obyci, żeby umieć się w miarę sprawnie poruszać w jej trybach i nie zostać zgniecionym…

Gdy miałem lat <10, bardzo dużo czasu spędzałem z moim dziadkiem, który dzisiaj ma 78 lat. Przyglądam mu się. Jego pokoleniu. Ich czas minął już dawno. Choć są jeszcze z nami, żyją gdzie indziej. Inny jest ich świat. Czy mają marzenia ? Czy do czegoś dążą ? Nie mam na myśli marzeń dziadka na temat swojego wnuka, żeby mu się życie ułożyło. Chodzi mi o ich marzenia, o ich dążenia… Takie osobiste. Czym tak naprawdę żyją ludzie urodzeni w latach `20 czy `30 ubiegłego wieku ? Jaki ogromny kontrast – my, młodzi, pełni zapału, wiary we własne siły, budujemy własny świat, oni – patrzą, jak świat, który budowali, rozumieli, znika na rzecz czegoś, co nijak do nich nie przemawia… Często przyglądam się mojemu dziadkowi, podobnie jak przyglądam się ojcu mojego wspólnika, który jest w tym samym wieku, co mój dziadek. Patrzę, jak snują się po działce, po ogródku, jak oglądają przeróżne rzeczy w TV… Czasem spotykam dziadka wędrującego po mieście, jadącego gdzieś rowerem… Kiedy w człowieku zaczyna znikać młodzieńczy zapał? Kiedy burzą się pomniki dawnych ideałów? Są przecież ,,żywi” osiemdziesięciolatkowie (vide prof. Bartoszewski) i ,,martwi” czterdziestolatkowie… Jak wygląda moment, kiedy z pełnego werwy, marzeń i życia człowieka ktoś staje się osobą, która po prostu budzi się i ,,żyje”… Tak jak świat dwudziestolatka jest abstrakcją dla pięciolatka, tak też rzeczywistość starców jest niepojęta dla młodych…

Jeśli zdarzyło się, że marzenie takie spełniło się, to nagle okazało się, że to nie koniec, że szczęście jest gdzie indziej...

Przez pewien czas pokutowało we mnie przekonanie, że starsi ludzie, którzy już na wszystko zapracowali, wszędzie, gdzie mieli być, to już byli, żyją tylko po to i dlatego, że… żyją. Budzą się po prostu rano i robią cokolwiek, bo jako takiego celu w życiu już nie mają – dzieci wychowane, niejednokrotnie wnuki też, emerytura zapewnia jakiś tam względny spokój o spawy materialne, największym zmartwieniem takich ludzi są chyba choroby, które z wiekiem coraz bardziej dają znać o zbliżającym się nieuchronnie końcu ziemskiej wędrówki…

Nie tak dawno mój dziadek miał udar. Widziałem go w szpitalu. W jego oczach, choć zmorzonych przez chorobę, widziałem wolę życia. Widziałem że walczy ze słabością ciała i że chce żyć, bo ma po co. Wtedy zrozumiałem, że o ile dla mnie marzeniem jest mieć dom, kilka starych samochodów, które stały się ostatnio moją pasją, gromadkę dzieci i moją ukochaną żonę u boku, to dla niego większość z tych rzeczy i im podobnych to marność. On nie musi żyć po to, aby osiągać kolejne cele, aby realizować kolejne marzenia… Zamiast za czymkolwiek gonić, taki człowiek ma w końcu czas, żeby czymkolwiek się nacieszyć… Swoją działką, która tak naprawdę do niczego nie jest potrzebna, staje się swego rodzaju azylem… Swoimi skarbami zgromadzonymi w piwnicy, które z mojej perspektywy są stertą śmieci, a dla niego zawsze będą czymś, co ,,może się przydać”…

Mojego wspólnika ojciec przeszedł ostatnio wylew. Z trudem wraca do zdrowia, a może inaczej – nie wraca, bo choć motorycznie radzi sobie całkiem znośnie, co chwila pojawiają się nowe dolegliwości, z których każde kolejne zaczyna budzić strach o jego zdrowie i życie. Z dziarskiego starszego pana, jakim był jeszcze kilka lat temu, stał się bezsilnym, schorowanym człowiekiem zdanym na łaskę swoich dzieci… Walczy o każdy kolejny miesiąc, ostatnio o każdy kolejny dzień… Bywają dni, że się poddaje, są i takie, że ma dość siły, aby stoczyć batalię i wyrwać światu kolejny dzień… Kurczowo wręcz trzyma się życia, widać to tym bardziej, im bardziej przegrywa z coraz poważniejszymi ,,awariami” starego ciała…

Ogarniamy teraz świat, poznajemy go, uczymy się go… Z wielką pasją realizujemy się w przeróżnych przedsięwzięciach, mając przed oczami mniej lub bardziej sprecyzowane miejsce naszej szczęśliwości… Życzę wszystkim Eiobowiczom, aby po latach wędrówek i poszukiwań, odnaleźli swoją małą działeczkę, na której wszystkie warzywa i rośliny będą dokładnie tam, gdzie mają być.  Stamtąd będzie nam najbliżej do krainy naszej szczęśliwości, która ciągle jest gdzieś przed nami…