Zły Szaman próba nr.2

Witam wszystkich Eiobowiczów tych starych i tych mlodych.

To juz druga proba zamieszczenia moich wypocin tutaj.

W wielkim skrucie cierpie sobie na Pograniczne Zaburzenia Osobowości ,

cierpie albo cierpiałem, bo odkąd skończyłem 40-stke jest w regresji.

Dość mocno, może za mocno, otarłem się o narkotyki.

A że jestem grafomanem, i miałem ciekawe życie, więc terapeuta poradził mi

abym napisał książke/ pamiętnik.

takie moje Katharsis

To jest próbka dla oceny przez szanowne grono tu zebrane:)

Jak ktos to bedzie sobie czytal to sukcesywnie bede umieszczal ciag dalszy:)

P.s. prosze o opinie... dlaczego? no bo kogo mam poprosic?... mame?:)

                                            XXXXXXXXXXXXXXXX

Kurwa naprawdę mnie mdli. Pierwszy raz od... nie pamiętam od kiedy, ale to już
czwarta godzina lotu, zbiorniki delikatnie dają znać ze trzeba dolać im paliwa. A kiedy
one proszą to nie pozostaje wiele czasu są... no niecierpliwe są, zresztą jak wszystko w
tym starym wysłużonym Piperze Apache. Nasz Piper to dwusilnikowy sześciomiejscowy
samolocik, samolocik którym wybraliśmy się z Sinim, na nocny lot w poprzek jeziora
Michigan.
Przelatujemy właśnie linie brzegowa w Wisconsin. Jeszcze tylko kilkanaście minut i
lądujemy w Madison KMSN wg kodu ICAO. Musimy uzupełnić to cholerne paliwo i
odsapnąć. Nasz lot to nie był zwykły lot ale tez takim nie miał być.
Jeszcze godzinę temu byliśmy gdzieś na środku jeziora które wielkością bardziej
przypomina Bałtyk niż jak nazwa by na to wskazywała - jezioro. Na środku bezkresnej
wody bez punktu odniesienia chociażby do linii brzegowe,. widok zapierał nam dech w
piersi. W te piękna,, pogodna, czerwcowa noc gwiazdy cudownie odbijały się od lustra
wody nie zmąconego ani jednym podmuchem wiatru. Stwarzało to iluzje ze dookoła nas
są tylko one gdziekolwiek nie spojrzeć.
Po kilkunastu minutach pełnego napięcia lotu, posługując się tylko przyrządami
pokładowymi w celu określenia naszego położenia w przestrzeni, ulęgliśmy oboje
wrażeniu iż lecimy w jakimś surrealistycznym świecie cos tak jakby w przestrzeni
kosmicznej. Dookoła nas tylko gwiazdy. Wrażenie nie zapomniane.
W całej mojej karierze pilota a spędziłem już 2000h za sterami , widziałem tylko raz
równie piękny widok.
Było to podczas powrotu z Pensylwanii gdzie wraz z Andrzejem kupiliśmy właśnie tego
Pipera.
W pewnym momencie naszego nocnego lotu, gdzieś w Ohio ukazała nam się na
widnokręgu wspaniała zorza polarna. Co na tych szerokościach geograficznych jest
pewnego rodzaju fenomenem. Był to pierwszy raz kiedy miałem okazje zobaczyć na
własne oczy tak wspaniałą Iluminacje, taka bajkowa grę świateł.
Nierówno pracujący silnik naszego „ptaka” wyrwał mnie z zadumy nad pięknem tego
świata. Na szczęście kilka sekund może 3-4 sekundy później wszystko wróciło do normy.
Ok. to musiała być jakąś drobna nie strawność naszego staruszka. Samolot był
wyprodukowany w 1956r wiec może się zdarzyć. Prawda? Przynajmniej tak na spółkę z
Sinim próbowaliśmy sobie to wytłumaczyć. Choć perspektywa braku paliwa jeżyła nam
resztki włosów.


- Madison Control tu Piper Apache 3139P
- Piper 39PMadison Control go ahead


Łączność z kontrola lotów w Madison nawiązana teraz pozostaje nam się odprężyć i
zaczerpnąć oddech przed lądowaniem. Jeszcze trzeba przedrzeć się przez gąszcz
samolotów startujących i lądujących na tym lotnisku i czeka nas ciepła kawka i papieros.
Ohhh... jak ja maże o dobrym camelku w moich ustach, ehhh... jeszcze trochę.
Z tym przedzieraniem się przez gąszcz samolotów to możliwe ze troszkę przesadziłem, tym
się zajmuje przemiła pani z Air Traffic Control. Choc lotnisko jest duże naprawdę duże, z
natężeniem ruchu o wiele większym niż na polskim Okęciu jednakże lądowanie i ruch w
jego przestrzeni nie nastręcza wielu problemów. A to za sprawa kontrolerów lotu tutaj w
Stanach naprawdę znają się oni na swojej robocie.
- Skręć w lewo na kurs 320 i przechwyć Localiser
Usłyszałem glos w swoich słuchawkach. Zostało już tylko kilka minut i nasze Kola
potoczą się po pasie startowym nr.30
Lądowanie jak tez kilka tysięcy innych , no nie licząc paru wyjątków nie nastręczyło
problemów.
Po mdłościach już od jakiegoś czasu niema śladu musiała być to jakaś chwilowa
nieregularność. Której nie lubiłem. Tak jak nie lubiłem tu w USA poirytowanych i
sfrustrowanych życiem kontrolerów ruchu naziemnego. Nie ważne jak dobrze znasz
lotnisko, albo tez jak perfekcyjnie się do tego przygotowałeś , oni znajda sposób żeby cię
wyprowadzić z równowagi. Poprowadzą cię takimi drogami kołowania , ze na świat
będziesz patrzył przez łzy, Twój mózg będzie pracował ze zdwojona prędkością a i tak
udowodnią ci żeś baran.
Dzisiejszej nocy daliśmy sobie rade i z nimi, właśnie stoimy na miejscu wyznaczonym
nam przez śmiesznego typa z latarkami machającym nimi jakby stado os go
zaatakowało..
Jeszcze tylko zamówić paliwo i do pokoju pilotów, gdzie zapadniemy się w wielkich
fotelach z kawa w ręku i papierosem w ustach, pozwalając naszym ciałom na odrobinę
relaksu.
Lubiłem z Sinim latać. Specjalnie wybieraliśmy długie trasy aby potrzebne było nam
miedzy lądowanie i przerwa która mijała nam na rozmowie. Oboje bardzo się lubiliśmy
I na to aby spokojnie porozmawiać czekaliśmy cały lot.
Sini był Serbem którego poznałem tu w Stanach. Podobnie jak ja był byłym pilotem
wojskowym z tym ze on łatał na Migach-21. Łatał w siłach powietrznych Jugoslawi
jeszcze przed jej rozpadem.
W momencie gdy wojna domowa była nie unikniona, porzucił armie i to nie z
tchórzostwa tylko dlatego iż w jego pułku latali Serbowie, Chorwaci, wszystkie nacje
składające się na społeczeństwo jego ojczyzny. A on nie wyobrażał sobie jak ma walczyć
ze swoimi przyjaciółmi.
Tego wieczoru dziwnym trafem nasza rozmowa zeszła na temat wypadków i przyjaciół
którzy oddali swoje życie za to co przecież i oni i my tak bardzo kochamy. Jedna opowieść
Siniego szczególnie utkwiła mi w pamięci.
Były to czasy kiedy latał on w pułku bojowym. Trafił po lotach ze swoim najlepszym
przyjacielem na piwo. Co biorąc pod uwagę ze tylko dwóch pilotów nie pije czyli
automatyczny i ten na pomniku. Było tak oczywiste jak to ze woda jest mokra a niebo
niebieskie.
Połączenie munduru pilota, pubu i alkoholu równa się kobiety, no może ewentualnie
kłopoty ale tym razem były to kobiety a właściwie jedna kobieta. Kobieta w której jego
przyjaciel kochał się do szaleństwa. Oczywiście cala rozmowa w dalszym ciągu toczyła
się w okuł lotnictwa. W pewnym momencie zapytała się ona czy jej adorator nie boi się
latać przecież to takie niebezpieczne można się zderzyć z innym samolotem. Niestety jej
obawy nie spotkały się ze zrozumieniem a raczej w odpowiedzi usłyszała gromki śmiech.
Przez łzy radości próbowali wytłumaczyć jej ze szansa na zderzenie w powietrzu jest
jakaś taka jak jeden do miliona.
Tej nocy wyprosiła jeszcze od zakochanego po uszy pilota jego „talizman” z którym się
nigdy nie rozstawał bo jak twierdził przynosił mu on szczęście. Ale ofiarował jej go
mówiąc ze on przyniósł mu już dostatecznie dużo tego szczęścia i póki co wystarczy, teraz
może dla niej okaże się równie łaskawy. Sini nie omieszkał opierdolić go za, to jak
również za to iż kocha się w tej kobiecie dobre sześc. miesięcy a nie zrobił nic aby jej to
powiedzieć.
I to by było na tyle z tej opowieści. Gdyby nie fakt ze następnego dnia właściciel a
dokładniej były właściciel talizmanu zderzył się z drugim Migiem co wg pieprzonego
rachunku prawdopodobieństwa miało się zdarzyć raz na cholerny milion. I poniósł
śmierć na miejscu.
Los jest myśliwym a my niestety czasami tylko zwierzyna łowną i nie unikniemy
nieuniknionego. Ani się tez na spotkanie z nim nie jesteśmy w stanie przygotować.
Nie brońmy się przed miłością jakakolwiek cenę przyjdzie nam zapłacić, nie żałujmy
niczego. Bo jutro może nie nadejść.
Szlag zasłuchałem się i tlący się papieros wylądował pomiędzy moim butem a stopa.
Trzeba było cos z tym szybko zrobić. Szaleńczy rytualny taniec jaki w tym momencie
wykonałem nie pomógł wiele ale też nie zaszkodził, bo po chwili wszystko wróciło do
normy.
Jedynie lekkie pieczenie stopy przypominało mi o tym fakcie.
Wyrwało to nas z kontekstu naszych dywagacji nad życiem albo nad jego końcem. Po
dopiciu resztek kawy i spaleniu jeszcze jednego papierosa postanowiliśmy wracać do
domu. Do Chicago tam gdzie mieściła się baza mojej szkoły latania składającej się z tego
wysłużonego Pipera, cesny-150, i dorywczo z Pipera Arrow.
Pomimo ze była to pogodna czerwcowa noc przywitała nas ona przenikliwym chłodem.
Szybka pobieżna inspekcja naszego staruszka bardziej z przyzwyczajenia pozostałego po
pracy jako instruktor samolotowy, niż z potrzeby. Trzask zamykanych drzwi i moment
później silniki swoim miarowym pomrukiem informują nas ze jesteśmy gotowi. Jeszcze
pogadulic z panem kontrolerem.
Tym razem o dziwo kontrola naziemna wykazała się zrozumieniem i bez przeszkód
dotarliśmy na próg pasa startowego. Zgoda na start z wieży. Dzwignie mocy i obrotów
śmigieł pchnięte do maximum obudziły życie w naszych silnikach.
Zaczęliśmy się toczyć po pasie najpierw wolno i majestatycznie , następnie szybciej,
coraz szybciej V1 prędkość decyzji startujemy / czy przerywamy start już za nami. 90
węzłów i w gore. Uwielbiam ten moment kiedy koła tracą kontakt z pasem czuje się wtedy
przez ułamek chwili jak pan życia i śmierci.
Kurwa znowu silnik zaczyna nieregularnie pracować. Nie teraz... jesteśmy za nisko.
Szlag , szlag ale zaraz mu przejdzie, no Kurwa musi przejść! Tak? Cholera za nisko będą
kłopoty, Kurwa będą wielkie kłopoty! No stary zaskocz! Minął pełen napięcia moment i
kolejny... ile to już sekund się dławi? Za długo cholera za długo! Trzeba podjąć decyzje
odstawiamy silnik czy nie. Ale co kurwa dalej? przed nami miasto. Amerykańskie miasto!
nie wylądujemy na wprost trzeba wracać na lotnisko.
Ale tu jest mały kłopot Piper Apache jest jednym z niewielu dwusilnikowych samolotów
które się nie wznoszą po utracie jednego silnika Nasz Piperek ma tylko po 150 km na
silnik. No kurwa! Dzisiaj będzie musiał, się wznieść bo ja nie mam zamiaru zabić się tej
nocy. Jeszcze nie dziś. Odstawiamy silnik, przestawiamy śmigło w chorągiewkę dla
zmniejszenia oporów aerodynamicznych.
W Tym samym momencie melduje na wieże o sytuacji i proszę ich o zgodę na lądowanie
na tym samym pasie tylko z wiatrem czyli z przeciwnego kierunku do kierunku startu. Na
pasie już czeka na start Embrarer 170 Dość duży odrzutowy pasażer, no to sobie będzie
musiał poczekać.
No ewentualnie jak się rozpierdolimy to się nie doczeka. Ale spokojnie nie mam
zamiaru złożyć swojego ścierwa na tym pasie o nie!
Nie chce się stary gnój wznosić... nie chce! Ale pomału stopa za stopa, metr za metrem
daje jakoś rade.
Jeszcze zakręt o 180 stopni. Kurwa w zakręcie to się nie wzniesiemy ani o centymetr.
Spada nam prędkość ale cos za cos albo zakręcamy bez utraty wysokości a tracimy
prędkość albo na odwrót. Tylko nie przeciągnij szlag . Prędkość! Nie stracić prędkości
bo to był by finał „legendy” naszego życia.
Ok. jesteśmy na prostej do lądowania ale cholernie nisko. Wypuszczamy podwozie.
Kurwa nie zdarzy się wysunąć! Ten stary pieprzony wrak nie jest zbyt żwawy. Mogą
być problemy jesteśmy zatankowani po korki. No to będzie ognisko i to jakie! Lepiej żeby
te pieprzone koła wyszły. Szlag nie wyjdą. Z a n i s k o!
Trzy zielone drze się Sini. Ok. Podwozie wypuszczone i zablokowane!!
Krótką chwile później uderzają one o asfalt pasa startowego. Ale fart. Żyjemy
wylądowaliśmy.
Wróciliśmy się z bardzo dalekiej podroży.
Jeszcze kilka minut temu było mi zimno a teraz czuje jak moja koszulka cala mokra od
potu klei się do grzbietu. Jestem cały mokry ale żywy, to poprawiło mi nastrój.
O tak Czułem się świetnie. Patrząc na minę Siniego tez odczuwał te pozytywne wibracje
jakie człowiek posiada gdy zagrał na nosie przeznaczeniu.
Po dotknięciu kołami pasa, staraliśmy się delikatnie wytrącić prędkość. Przestrzeni
mięliśmy aż za nadto gdyż pas ten miał ponad 2,5 km długości.
Wreszcie przy prędkości minimalnej opuszczamy ten skrawek betonu który w pewnym
sensie uratował nam życie i zgłaszamy się do kontroli naziemnej.
Po wysłuchaniu instrukcji jakimi drogami kołowania dotrzemy do celu, zabraliśmy
naszego „wraczka” w drogę.
I tu pojawił się nieoczekiwany problem. Wiele razy czy to w trakcie szkolenia czy tez dla
treningu lataliśmy z Sinim na jednym silniku. Oczywiście działo się to o wiele wyżej wg
przepisów 1000m nad poziomem ziemi. Ale nikt do cholery nie nauczył nas kołować
wielosilnikowym samolotem tylko na jednym motorze.. A to okazało się nie takie proste.
Albo staliśmy w miejscu albo kręciliśmy się w kolko. Szlag dajemy ciała panowie takie
zuchy a kołować to nie potrafią.
Po chwili odezwał się glos zgryźliwego kontrolera.
-Co panowie bohaterowie przysłać po was holownik? He?
Facet się z nas nabija. Z NAS!!! Ok. chwila skupienia i bingo zaczynamy się toczyć i to
dla odmiany w kierunku w którym chcemy. Hehe no to jesteśmy w domu.
Zakołowalismy w to samo miejsce co poprzednio z pomocą tego samego człowieczka
wraz z jego rojem os. Nareszcie stop! Wyłączyć silnik i... Tak zasłużyliśmy na kawę no i
oczywiście papierosa.
Na pewno.
Pozostał do rozwiązania jeszcze jeden problem. Jak wrócić 150 km do domu? Hymmm...
Od czego są żony. Telefon, kilka słów wyjaśnienia i po dwóch godzinach siedzimy
wygodnym GMC Savanna.
Zmęczenie i stres dały o sobie znać, po kilku zdaniach zamienionych bardziej z kultury niż
potrzeby , zapadłem się w fotel. Kołysany przez pracujące zawieszenie, słysząc miły
pomruk 300 konnego silnika oddałem się w objęcia Morfeusza. Zasnąłem..