Złodziejskie mienie Kościoła

   Sporo ostatnio wrzawy słychać wokół komisji majątkowej, czyli: komisji do spraw zwrotu lub przekazania w zamian kościołom majątku odebranego w PRL z naruszeniem ówczesnego prawa. A to za sprawą afery korupcyjnej związanej z obrotem dóbr „odzyskanych” przez Kościół.

   Nóż mi się w kieszeni otwiera, kiedy słyszę w mediach od komentatorów różnych i znawców, w tym nawet od ludzi, którzy lata temu dostrzegli i wykryli działania korupcyjne w komisji majątkowej, że chodzi o dobra (ziemię najczęściej) niesłusznie zagrabioną Kościołowi w okresie PRL-u. Co prawda tak „uczciwie” to ona Kościołowi zabierana nie była ta ziemia i te budynki, ale z drugiej strony… „majątek” jakim dysponował Kościół w tamtym czasie, czy w II RP, czy w wiekach wcześniejszych przyprawia o zawrót głowy. I moje pytanie brzmi nie: „Ile tego było?”, tylko: „Skąd i po co było tego aż tyle?”. Tak więc zamiast skupić się na tych prawie 500-set nieruchomościach wartych ponad 24 miliardy złotych i 160 tysiącach hektarów gruntów(!!!) „odzyskanych” przez Kościół dzięki tej komisji, postanowiłem liznąć jedynie, prześlizgnąć się przez genezę kościelnego majątku. Jedynie tyle, bo temat wart jest książki i to niejednej.

Komisja Fot. JASIEK PAINTOWSKI

   Skąd wzięła się taka siła chrześcijaństwa w Europie i to już przed X wiekiem grubo? Z bardo prostego powodu, chrześcijaństwo ułatwiało organizację, w tym organizację państwa, czy tam księstwa itp. Państwa zorganizowane (na wzór Kościoła chrześcijańskiego) były sprawniejsze i silniejsze, podbijały więc inne terytoria, narzucając im nową wiarę. Z czasem stało się to zresztą usankcjonowaną regułą – czymś w rodzaju dziś rozumianej konwencji: podbite terytorium automatycznie przejmuje wiarę nowego Pana. Inne kraje same, widząc korzyści płynące ze zorganizowania, przyjmują chrześcijaństwo i budują nowe struktury swoich terenów. Oczywistym jest, że chrześcijańscy dostojnicy odgrywają w organizowaniu nowoczesnych struktur, oraz ich pilnowaniu i przestrzeganiu, pierwsze skrzypce. Ale nie ma nic za darmo na tym świecie.

   Kościół, jako współorganizator organizmów państwowych nie omieszkał wykorzystywać tego faktu tak samo jak korzyści wyciągali „właściciele” tychże. Było to tym łatwiejsze, że lud traktował chrześcijaństwo tak, jak każdą inną, niezrozumiałą czarną magię, dokładnie tak jak w starożytnym Egipcie np. Prędzej „człowiek” przestraszył się kapłana odprawiającego modły w jakimś niezrozumiałym „dostępnym jedynie Bogu i jego pomazańcom” języku, niż króla czy swojego feudalnego właściciela.

   W Polsce było tak samo. Już w XII wieku duchowni byłi zwolnieni od świadczeń na rzecz państwa. W wieku XIII podlegali jedynie sądom kościelnym, to znaczy, byli praktycznie bezkarni. Wszelkie „kontrowersyjne” decyzje, władca, tj. król czy właściciel ziemski mógł „kupić” od Kościoła za odpowiednią cenę. Kościół więc bogacił się niemiłosiernie otrzymując nadania królewskie za swoje „usługi”. Szlachta mogła kupić, jak w sklepie, „łaskę bożą”, czyli miejsce w niebie, a owa szlachta i chłopi płacili kościołowi niezwykle uciążliwe dziesięciny. W wieku XIV powołana zostaje do życia Rada Królewska, w skład której wchodzą najbogatsi przedstawiciele rodów i przedstawiciele duchowieństwa, a jest to o tyle istotne, że król, bez zgody Rady nie mógł podejmować ważnych dla kraju decyzji (to prawie jak dzisiaj, jak Boga kocham). Dość przytoczyć, że w XVI wieku, Kościół Katolicki był największym, poza królem, posiadaczem ziemskim w Polsce.

   Już w tamtych czasach pażerność i wszechwładza Kościoła budziła sprzeciw szlachty, np. w czasach reformacji. Jednakże wielość tych ruchów i niepokoje z nimi związane pozwoliły zwalczyć innowierców i po niewielkich modyfikacjach Kościół dalej mógł trzymać ludność na krótkiej smyczy i współrządzić krajem. I taki stan rzeczy, korygowany pewnymi modyfikacjami wymuszonymi kolejnymi wstrząsami społecznymi na zachodzie Europy trwał aż do czasów PRL-u. Nic, dosłownie nic nie mogło obyć się bez aprobaty Kościoła Katolickiego.

   I to tyle historii. Potem rok 89. i komisja majątkowa. Któryś z duchownych, chyba biskup Pieronek stwierdził, że nie ma nic dziwnego w jednoinstancyjności komisji majątkowej, „bo w tamtych czasach jednoinstancyjność nie była czymś niezwykłym”. Tylko, że ja, proszę księdza nie przypominam sobie, żeby w tamtych czasach jednoinstancyjne było jakieś ciało tak „grubego kalibru” i mające w gestii tak potencjalnie potężne pieniądze. Może mam sklerozę, ale coś mi się zdaje.. A potem był Konkordat zrobiony tak samo „pod Kościół” jak komisja, a jeszcze później Konstytucja RP, w której Kościół bronił pominięcia wpisu o świeckości państwa jak przysłowiowej niepodległości, tym bardziej, że miał w zanadrzu Konkordat, działał więc w dużej mierze jako „cenzor” w tym temacie.

   Dziś wylewane są krokodyle łzy na nadużyciami komisji majątkowej, ale również nad tym, że najwięcej na tych nadużyciach stracił Kościół, niesłusznie ogołocony ze swojego majątku przez PRL. Ludzie! Trzymajcie mnie! Organizacja, która przez całą swoją dziesięciowiekową działalność w tym kraju dusiła ten naród, bez skrupułów wyciskając z niego wszystkie soki aby się wzbogacić, została niesprawiedliwie ogołocona przez PRL!!!  Przypomina mi to trochę scenę z filmu „Gang Olsena”, kiedy to Yvona, żona Kjelda - członka gangu, składa skargę na posterunku policji dotyczącą „kradzieży uczciwie ukradzionych” przez gang pieniędzy. I byłoby to śmieszne, jak na filmie, pod warunkiem, że nie byłoby „oparte na faktach”.