Zima jest od tego, żeby było zimno

Najpierw o „moich zimach”, a potem o obecnej zimie i społeczeństwie.

 

Nie cierpię zimy. A właściwie nie tyle zimy ile zimna. Dlatego, że namarzłem się w swoim życiu całkiem sporo. I kiedy dzisiaj słyszę narzekania tak wielu ludzi (często nawet wiekowych) na wszystkich właściwie: drogowców, rząd, samorządy i kogo tam jeszcze, nie mogę wyjść z podziwu. Zupełnie jakby wszyscy oni przybyli z innej planety. A przecież bywa tak w naszym kraju dość często. Choćby dlatego, że mieszkamy tu gdzie mieszkamy, a nie np. na lazurowym wybrzeżu.

Niebardzo pamiętam zimę 78 roku. Z prostego powodu: w domu były piece, w piwnicy węgiel, a w pracy niewielka, ciepła hala produkcyjna. Pamiętam jedynie najpierw niespodziewane, później planowe braki w dostawie energii elektrycznej, co było dość uciążliwe, szczególnie w pracy gdzie musiano przerywać produkcję.

Zimno było tez w okresie początku stanu wojennego. Wtedy jednak, choć już w innym miejscu i wykonując inną pracę i często musiałem przebywać na mrozie, większość czasu spędzałem w cieple. Później było jednak inaczej.

Choć nie pamiętam, czy był to sam początek 83 czy 84 roku, to tej zimy nigdy nie zapomnę. Zaczęło się w noc sylwestrową. Do Sylwestra temperatura oscylowała, w okolicach zera. Nocami spadała o parę stopni. I w sylwestrową noc spadła do minus 20. i poniżej. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie brak jakiegokolwiek ostrzeżenia. Służby meteorologiczne kraju kompletnie zawaliły sprawę i prognozy były zupełnie „zwyczajne”. Znów pracowałem w innym miejscu. Unieruchomionych wtedy zostało wiele samochodów. Kierowcy w zakładach pracy, po powrocie do pracy zastawali porozrywane „bloki” w samochodach dostawczych i ciężarowych, a uruchomienie tych „ocalałych” aut graniczyło z cudem i trwało… i trwało. Moje miejsce pracy sąsiadowało z przedsiębiorstwem transportowym „Transbud”. Kiedy już pouruchamiano wszystkie możliwe Kamazy, Iveko, Steyr’y i inne Jelcze, pozostawiano je na chodzie przez kilkanaście nocy. Ich garażem był bowiem plac manewrowy i było to konieczne. Temperatura sięgała nocą minus 27., 29. Stopni.

Tym razem mój kontakt z mrozem i śniegiem w czasie pracy stanowił spory kawał „szychty”. Kompletnie ekstremalne warunki pracy: z gorącego piekła „przeskok” na siarczysty mróz i odwrotnie. Praca na mrozie polegała na mocowaniu się, za pomocą kilofa z czymś, co nie tak dawno było fajnymi, bo lekkimi i sypkimi kawałami koksu a tu będącym ogromną, twardą bryłą zmarzliny. W zwykłych roboczych rękawicach palce rąk marzły niemiłosiernie a palce stóp zdawały się nie istnieć. Zacisnąwszy zęby wytrzymywało się najwyżej kilkanaście minut. Trzeba było się ogrzać. A trzeba było tego koksu całkiem sporo. Natychmiast po zwiezieniu odpowiedniej ilości, wracało się do rzędu kilku długich na ponad 3 metry kotłów, zmagać się z piekłem gorącego ich wnętrza i wywalanego z nich równie gorącego żużla. I kompletnie spocony i gorący znów wychodziłem na mróz, aby przejść do kanciapy, usiąść chociaż na chwilę. Bo za chwilę spowrotem, jak w kieracie. I choć mróz nieco zelżał, uciążliwy był przez cały niemal styczeń i luty. Już później, po raz pierwszy w życiu, choć byłem człowiekiem bardzo szczupłym i nie uważanym za osiłka, mogłem sam do siebie powiedzieć: „No, chłopie! Jesteś jednak twardzielem!” Byłem wtedy z siebie naprawdę dumny.

Późniejsze zimy były lżejsze, choć niemal co roku zdarzało się kilka, kilkanaście dni siarczystych mrozów. Pod koniec lat 80-tych, znów w innym miejscu, idąc do pracy musiałem przejść spory kawałek przez las. I pamiętam dni (wieczory) tak mroźne, że po wejściu na halę moje okulary stawały się natychmiast kompletnie oblodzonymi kawałkami szkła. Ale wtedy, zimy i nie tylko, to była absolutnie wyższa szkoła jazdy, jeśli chodzi o szkołę życia – pracę.

Zupełnie ciepłe były zimy w latach 90-tych i później. I myślę, że dlatego ludziom wydaje się wszystko takie niezwykłe. A że drogowcy nie odśnieżają, że rząd nic nie robi, że samorządy, elektrownie i w ogóle wszyscy dookoła mają to gdzieś. Tymczasem nawet u nas takie mrozy, a przedtem śnieg, jak w tegorocznym styczniu, choć się zdarzają to ich skala jest wyjątkowa. Jak wszędzie w Europie i w USA.

I mają prawo łamać się drzewa, których leśnicy nie ścinają zwalając na energetyków, co powoduje pozostawanie bez prądu tysięcy ludzi. Mają prawo zdarzać się awarie takie jak ta w „Dolnej Odrze”. Mają prawo pękać torowiska kolejowe, całymi latami niewymieniane, mają prawo zamarzać bezdomni, którzy w obliczu zniewolenia przez nałóg odmawiają umieszczenia ich w ciepłym miejscu. Mają prawo drogi pozostawać nieodśnieżone, skoro pługi i piaskarki tkwią w korkach.

T o jest natura a z naturą się nie wygra, jeśli ona tak postanowi. A naturze pomaga jakże często głupota i nieodpowiedzialność ludzi. Ludzi, którzy dziś narzekają a wczoraj…

ae7c6eee546c3ed0306937de58062261.jpg

Oto po noworocznym weekendzie, na zakopiance utworzył się kilkudziesięciokilometrowy korek z powodu… jazdy na letnich oponach jakiegoś sylwestrowego kierowcy – debila. Łamiące się drzewa pozbawiają prądu tysiące ludzi, bo nie wiadomo kto miał je ściąć, leśnicy, czy energetycy. Tory pękają, bo kolej, to… kolej właśnie (jaka jest, każdy widzi). Elektrownie ulegają awarii, bo trzeba pracować w ekstremalnych warunkach na ekstremalnych parametrach, to zawsze jest ryzykowne (wiem coś o tym),Itd., itp. To jest życie i nie jest to wina ani jakiegoś samorządu, ani rządu, ani energetyka, ani drogowców. Najwyżej, i to nie zawsze, ludzi.

Najbardziej mnie dziwi roszczeniowa postawa wielu (tak wielu) obywateli w stosunku do państwa. A bywa, że to biedne państwo nic nie może zrobić w danej sytuacji. Jak ściąć drzewa, jeśli nie można tam dojechać. Jak rozładować korek, gdy na drodze kupa jest idiotów. Oczywiście państwa (najlepiej rządu) wina jest taka, że dróg jest mało i są złe, a drzewa powinien ściąć minister (tylko który?) Sople z rynny powinna ściągnąć gmina, albo prezes spółdzielni itd., itp.

Ciekawy jestem co by było, gdyby sople zdjął lokator, otwierając wieczorem okno i kiedy nikt nie idzie na dole, po prostu trącić je ręką, albo sztylem od miotły. Co by było, gdyby górale nie bronili swoich paru metrów ziemi jak niepodległości, umożliwiając rozbudowę drogi. Co by było, gdyby na kolei, dyrekcja zastosowała zdrowe zasady gospodarowania, nie niepokojona przez związki zawodowe?

Przypominają mi się czasy komuny. Ciężko było, ludzie nie kochali władzy. Ale po prostu sami, dla siebie, robili wszystko, aby żyło im się łatwiej, nie oglądając się na państwo.

Dziś ludzie są na tyle „wolni” i niepodlegli, że do sądu trafiają sprawy o połamane wiaderko i szczekanie psa.