Zdrada w ujęciu teorii ewolucyjnej

"Tym co zdradza nas najczęściej nie są ani przyjaciele, ani wrogowie ale nasz własny język." >Agnieszka Lisak

 

a3275080ae118b68beb90ba497dda268.jpg

 
Psychologia ewolucyjna, która jest młodą nauką łączącą psychologię i biologię ewolucyjną, analizuje sens ludzkich zachowań, wyjaśnia biologiczne uwarunkowania ludzkich zachowań, myśli i emocji.
Prekursorem myśli ewolucyjnej jest Karol Darwin.
 
Dzięki jego koncepcji doboru płciowego, można tłumaczyć asymetrię w zachowaniach obu płci.
Mężczyźni mogą się rozmnażać setki razy do roku, jeśli namówią do tego odpowiednią liczbę kobiet i jeśli prawo nie zakazuje poligamii.
Kobiety nie mogą rodzić częściej niż raz do roku.
Powodem tej asymetrii jest miedzy innymi wysoki koszt produkcji komórek jajowych - u wszystkich gatunków zwierząt są one większe i mniej liczne niż małe, masowo produkowane plemniki.
Asymetrie tę powiększają jeszcze szczegóły rozmnażania u ssaków - dojrzewanie komórek jajowych, rozwój zarodka i płodu zachodzi w organizmie samicy, nie może ona jednak wykonywać wielu takich zadań naraz.
 
Przyjmując perspektywę Darwina, dla samca ważna jest ilość, a nie jakość, dla samicy odwrotnie. Urodzenie potomstwa łączy się z ogromnym zaangażowaniem energii i czasu. Dla kobiety ma sens (w darwinowskim pojęciu) przemyślany wybór partnera. Zanim dopuści go do tej "inwestycji", powinna go ocenić, zadając pytanie, co on wniesie ze swej strony do wspólnego "projektu".

Jeżeli chodzi o pociąg seksualny, doświadczenie przemawia za tym, że dobór naturalny ustawił jego oddziaływanie za pomocą szeregu emocjonalnych regulatorów, które włączają i wyłączają takie uczucia jak nieokreślone zauroczenie, silna namiętność, zadurzenie.
Kobieta oceniwszy mężczyznę, albo czuje do niego pociąg seksualny albo nie, nie robi tego świadomie, całą "pracę myślową" wykonuje tutaj - nieświadomie i w przenośni - dobór naturalny. Rozpowszechniły się bowiem geny powodujące taki rodzaj zauroczenia, który okazał się pożyteczny dla puli genowej przodków kobiety. Zrozumienie charakteru nieświadomego sterowania przez geny jest pierwszym krokiem ku zdaniu sobie sprawy, że w wielu dziedzinach, nie tylko życia płciowego, wszyscy jesteśmy marionetkami, a rozszyfrowując logikę lalkarza, musimy wiedzieć, że nie ma on na względzie szczęścia poruszanych przez siebie marionetek.

W 1979 roku Donald Symons opublikował The Evolution of Human Sexuality będące przeglądem zachowań seksualnych człowieka, analizowanych z perspektywy neodarwinizmu. Czerpiąc przykłady z kultur Wschodu i Zachodu, krajów przemysłowych i społeczeństw przedpiśmiennych, autor ukazał wiele wzorów zachowań wynikających z teorii inwestycji rodzicielskiej.
Wniosek był jeden: kobiety stosunkowo ostrożniej dobierają partnerów seksualnych, mężczyźni są pod tym względem mniej powściągliwi i na ogół pociąga ich idea uprawniania seksu z wieloma partnerkami.

Jedna z kultur omawiana przez Symonsa nie podlegała zupełnie wpływom Zachodu, chodzi o kulturę tubylców z Wysp Trobrianda w Melanezji.
Gdy wybitny polski antropolog Bronisław Malinowski prowadził badania na tych wyspach w 1915 roku, zauważył, że tubylcy najwyraźniej nie widzieli związku miedzy aktem płciowym, a prokreacją.
Gdy pewien Triobrianczyk, który żeglował po morzach, wrócił do domu po kilkuletniej nieobecności i zastał dwoje malutkich dzieci, nie widział powodu do niepokoju. Malinowski był na tyle taktowny, ze nie powiedział mu o oczywistym dowodzie niewierności jego żony.

Teoria ograniczonych zasobów

Do najbardziej optymistycznych koncepcji, jakie zrodziły się w związku z ewolucyjnym ujęciem spraw płci należy pogląd, że ludzie są gatunkiem łączącym się w pary.
Hipotezę tą spopularyzował Desmond Morris  w wydanej w 1967 roku książce "Naga małpa". Autor próbował wyjaśnić, dlaczego samice ludzkiego gatunku są na ogół wierne swoim parterom. To rzeczywiście ciekawe zagadnienie (jeśli się wierzy, że tak naprawdę jest). Choć samice zwierząt są przeważnie mniej "rozpustne" niż samce, u wielu gatunków nie grzeszą wiernością. Dotyczy to zwłaszcza naszych najbliższych krewnych – małp człekokształtnych.

Natomiast George Williams podkreślał, że warunkiem rzetelnej analizy ewolucyjnej jest między innymi uważna obserwacja losów określonego genu.
Jeżeli "gen wierności" (albo niewierności) u kobiety kształtuje jej zachowanie tak, że przyczynia się do przekazania swoich kopii następnym pokoleniom, wtedy będzie pomyślnie prosperował. Nie ma znaczenia, czy w trakcie tego procesu miesza się z genami jej męża czy innego mężczyzny.

Czy samice i samce gatunku ludzkiego tworzą trwałe więzi?
Trudno to jednoznacznie potwierdzić w odniesieniu do każdej z płci. W każdym razie odpowiedź twierdząca będzie bardziej prawdziwa dla nas, niż dla szympansów.
Ojcowie na całym świecie kochają swoje dzieci, czego raczej nie można powiedzieć o samcach szympansów i bonobo, te bowiem nie bardzo się orientują, które z młodych są ich dziećmi. Innymi słowy rozbudowana męska inwestycja rodzicielska (MIR) stała się w pewnym momencie cechą naszej linii ewolucyjnej. Jesteśmy gatunkiem o wysokim poziomie męskiej inwestycji rodzicielskiej. Nie jest on tak wysoki jak u samic, ale o wiele wyższy niż u innych naczelnych.
To za sprawą wysokiego poziomu MIR cele, do których w życiu codziennym dążą mężczyźni i kobiety, zazębiają się, co może być źródłem obopólnej, głębokiej radości.

Samicy zależy nie tylko na genetycznym wkładzie, ale tez na tym, co partner może zapewnić już narodzonemu potomstwu. W 1989 r. psycholog ewolucyjny David Buss opublikował pionierską pracę na temat preferencji dotyczących partnera seksualnego w trzydziestu siedmiu kulturach z różnych stron świata.
Ustalił, że w każdej z tych kultur kobiety przywiązują większą niż mężczyźni wagę do finansowych perspektyw potencjalnego partnera.

Nasuwa się pytanie, dlaczego kobiety są tak podejrzliwe w stosunku do mężczyzn?
Czy osobnicy płci męskiej należący do gatunku o wysokim poziomie MIR nie są skonstruowani tak, by się ustatkować, kupić dom i kochać swoją żonę?
Tutaj pojawia się pierwszy problem dotyczący pojęć "miłości" i "łączenia się w pary". Paradoksalnie samce gatunków o wysokim poziomie MIR są zdolne do popełnienia większej zdrady, niż przedstawiciele gatunków mało inwestujących. Okazuje się, że optymalna dla samców jest strategia mieszana.

Nawet, jeśli ich głównym celem jest długofalowa inwestycja, uwiedzenie i porzucenie może mieć sens z genetycznego punktu widzenia, pod warunkiem, że potomstwo, w które samiec inwestuje, nie pozbawia zbyt wielu zasobów.
Nieślubne dzieci mogą się rozwijać bez inwestycji rodzicielskiej, zdarza się na przykład, że inwestuje w nie jakiś nieświadomy mężczyzna, któremu wydaje się, że to jego dzieci.

Samce gatunków o wysokim poziomie MIR, powinny więc teoretycznie być w stałej gotowości do przygodnego seksu. Skutkami tych sprzecznych celów – niechęci samic do bycia wykorzystywanymi i skłonności samców do wykorzystywania – jest ewolucyjny wyścig zbrojeń.

Dobór naturalny faworyzuje zapewne samce, które potrafią zwodzić samice obiecując, że będą oddanymi parterami. Uprzywilejowuje też samice, które takie oszustwo potrafią wytropić. Wraz z umiejętnościami jednej strony rosną umiejętności drugiej. Jest to dość odrażająca spirala zdrady i nieustannej czujności.

Zdaniem Donalda Symonia, styl życia współczesnego, wiecznego kawalera-kobieciarza, który całymi latami uwodzi i porzuca wszystkie kobiety, jakie spotyka, nie czyniąc żadnej z nich obiektem stałej inwestycji, nie jest odrębną strategią seksualną wytworzoną w trakcie ewolucji.
Takie są skutki, gdy mężczyznę o typowo samczej psychice, ze skłonnością do częstej zmiany partnerek seksualnych umieścimy w wielkim mieście, gdzie środków antykoncepcyjnych jest pod dostatkiem. U gatunku o wysokim poziomie MIR, takiego jak nasz, gdzie ideałem dla samicy jest "zmonopolizowanie" wymarzonego partnera, by swe zasoby społeczne i materialne przeznaczył dla jej potomstwa, rywalizacja miedzy osobnikami żeńskimi jest nieunikniona. Innymi słowy z powodu wysokiej męskiej inwestycji rodzicielskiej dobór płciowy działa w dwóch kierunkach. Ewolucja doprowadziła nie tylko do tego, że samce konkurują o cenne (bo stosunkowo nieliczne) komórki jajowe samicy, ale i samice rywalizują o inwestycję ze strony samców.
Co prawda samce gatunków o wysokim poziomie MIR nie są wybredne przy wyborze partnerek, ale dokonują jednak pewnej selekcji. Z jednej strony gotowe są uprawiać seks z każdą napotkaną samicą, jak samce gatunków o niskim poziomie MIR. Z drugiej, gdy przychodzi im wybierać partnerkę do długofalowej wspólnej inwestycji, nabierają roztropności, badają również, jakie geny wnosi partnerka do wspólnego projektu.

Przykładowo, w znanej Darwinowi wiktoriańskiej Anglii panował podział na "madonny" i "ladacznice", czyli na takie kobiety, z którymi mężczyzna mógł się ożenić, oraz takie, których wdziękami mógł się dorywczo nacieszyć; kobiety zasługujące na miłość i kobiety służące jedynie do zaspokojenia żądzy.
Druga postawa kojarzona powszechnie z epoką wiktoriańską to podwójna moralność w sprawach seksu. Wybryków mężczyzn nie oceniano tak surowo jak sposobu prowadzenia się kobiet. Rozróżnienie to ma ścisły związek z dychotomią madonna – ladacznica. W epoce wiktoriańskiej największą karą dla kobiety, która zasłynęła z przygód seksualnych, było zaliczenie jej na stałe do tej drugiej kategorii, co przeważnie zamykało jej drogę do małżeństwa.

Należy się zastanowić skąd bierze się zjawisko cudzołóstwa?
Posługując się pojęciem, które biolodzy nazywają uzyskiwaniem zasobów, można podjąć próbę jego zrozumienia.
Jeśli kobiety, tak jak samice niektórych owadów, dostają podarunki w zamian za świadczenia seksualne, to większa liczba parterów oznacza więcej prezentów.
Nasi najbliżsi krewni postępują zgodnie z tą logiką. Samice bonobo często okazują gotowość do oddawania się samcom w zamian za kawałek mięsa. Samce częściej dają mięso samicy, kiedy ta demonstruję nabrzmiałe i zaróżowione genitalia, znamionujące owulację.
Kobiety nie ujawniają rzecz jasna, że przechodzą owulację. Jedna z teorii uważa "utajoną owulację" za adaptację, której celem było przedłużenie okresu uzyskiwania zasobów. Mężczyźni będą obsypywać kobiety podarunkami przed owulacją i po niej w zamian za seks, w błogiej nieświadomości, czy ich sukces wyda owoc. Kobiety mogą współżyć z wieloma mężczyznami z jeszcze jednego powodu. Chodzi o to, by każdy z nich miał wrażenie, że to on jest ojcem dzieci przychodzących na świat w określonym czasie. Samiec u naczelnych na ogół przychylniej traktuje młode, które mogą być jego potomstwem.

Kobieta w środowisku pierwotnym mogła czerpać różne korzyści z posiadania wielu partnerów seksualnych - od gwarancji, że nie zabiją jej dzieci, do obrony, czy wspierania potomstwa. Bez wzglądu na przyczynę, dla której kobiety oszukują parterów, nikt nie zaprzeczy, że to robią.

Oczywiście w wypadku konkretnej kobiety ochota na seks nie musi wcale oznaczać, że będzie zawsze łatwą zdobyczą. Niewykluczone, że właśnie temu jedynemu nie była w stanie się oprzeć. Jeżeli jednak istnieje korelacja miedzy szybkością, z jaką kobieta ulega mężczyźnie, a prawdopodobieństwem, że w przyszłości będzie go oszukiwać, informacja ta może mieć bardzo poważne konsekwencje genetyczne. Kompleks madonny-ladacznicy w skrajnej, patologicznej formie prowadzi do tego, że mężczyzna tak szanuje swoją żonę, że nie jest w stanie z nią współżyć.
Podział na "madonny" i "ladacznice" w rzeczywistości nie ma wyraźnej granicy.

Atrakcyjność fizyczna vs samoocena - kobiety vs mężczyźni

W artykule Roberta Triversa  z 1972 roku znajduje się dobry przykład inwestycji rodzicielskiej. Trivers opisał dwa wzorce, które specjaliści od nauk społecznych zdążyli już odkryć:

  1. Im bardziej atrakcyjna jest dorastająca dziewczyna, tym większe ma szanse na awans przez małżeństwo, na poślubienie mężczyzny o wyższym statusie społeczno-ekonomicznym.
  2. Im większą aktywność seksualną wykazuje, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że tak się stanie.
Bogaty mężczyzna, o wysokim statusie, może wybierać spośród dużej liczby kobiet, z których każda pragnie zostać jego żoną. Wybiera więc kobietę wyróżniającą się urodą, będącą raczej w typie "madonny".

Trivers zadał też pytanie: czy to możliwe, że kobiety w okresie dorastania dostosowują strategie rozrodczą do swoich atutów? Innymi słowy można przypuszczać, że młode dziewczęta, które wcześnie otrzymują społeczne potwierdzenie swej urody, wykorzystują ten atut jak najlepiej, okazując seksualną powściągliwość, a tym samym zachęcając mężczyzn o wysokim statusie, poszukujących pięknych "madonn" do długofalowej inwestycji.

Nie chodzi w tych rozważaniach o to, że nieatrakcyjne kobiety uświadamiają sobie małe szanse na znalezienie męża. Podejmują one stosunki płciowe z wieloma mężczyznami i prawdopodobnie działa tu nieświadomy mechanizm, stopniowe dopasowywanie strategii seksualnej związane z doświadczeniami okresu dojrzewania. Takich teorii nie można lekceważyć, wiele się przecież mówi o problemie niezamężnych nastoletnich matek, zwłaszcza z ubogich środowisk, bardzo dużo mówi się o samoocenie, ale mało kto rozumie, co to jest, jaki posiada cel i jak działa.

W 1992 roku pewien psycholog potwierdził przypuszczenia Triversa. Zauważył korelację miedzy postrzeganiem przez kobietę samej siebie, a jej seksualnymi obyczajami. Im mniej jest we własnym pojęciu atrakcyjna, tym więcej ma seksualnych partnerów.

Ponadto z badań antropologa Elizabeth Cashdan wynika, że kobiety, które uważają, że mężczyznom chodzi głównie o seks bez zobowiązań, są bardziej skłonne do ubierania się w wyzywający sposób i częściej uprawiają seks, niż te, które myślą, że mężczyźni są na ogół skłonni do inwestowania w potomstwo. Kobiety otoczone mężczyznami, którzy nie mają zamiaru, albo nie są w stanie zostać oddanymi ojcami, mogą mieć większą skłonność do seksu bez zobowiązań – innymi słowy znikną u nich hamulce moralne.

Samoocena wygląda odmiennie u chłopców i u dziewcząt – inne są jej źródła i skutki. U nastoletnich dziewcząt potwierdzenie ich urody przez otoczenie może, jak sugerował Trivers, wybitnie podnieść samoocenę, co z kolei sprzyja większej powściągliwości seksualnej. U chłopców zawyżona samoocena miewa skutek wprost przeciwny: skłania ich do pogoni za przelotnymi partnerkami seksualnymi, które w istocie są bardziej dostępne dla osobnika o dobrej prezencji i wysokim statusie. Mężczyźni o skromniejszej samoocenie będą zapewne bardziej oddanymi, choć z pewnych względów mniej pożądanymi mężami. Tymczasem mężczyźni z bardzo niską samooceną, doznający nieustannych zawodów ze strony kobiet, mogą w konsekwencji stać się gwałcicielami.

Dopiero dość niedawno zaczęto się interesować "krótkofalowymi", seksualnymi strategiami kobiet – czy to samotnych, gotowych na jednorazową przygodę, czy też zamężnych, wymykających się do kochanka. W socjobiologicznej debacie, jaka toczyła się w latach siedemdziesiątych, przejawiała się tendencja do przedstawiania mężczyzn, jako nieokiełznanych, pożądliwych osobników, którzy tylko szukają okazji, aby oszukać i wykorzystać kobietę. Kobiety często opisywano, jako wykorzystywane ofiary oszustwa. Okazuje się jednak, ze nie jest to aż tak jednoznaczne i pewne. Istnieje wszakże sfera, w której to mężczyźni będą raczej wykorzystywać kobiety. Im dłużej trwa małżeństwo, tym w większym stopniu pokusę odejścia powinien – w typowej sytuacji – odczuwać mężczyzna, nie kobieta. Wbrew temu, co się przypuszcza, przyczyną nie jest fakt, że z darwinowskiego punktu widzenia kobieta ponosi większe koszty rozbicia związku. To prawda, że jeśli ma małe dziecko, może ono ucierpieć – zarówno wtedy, gdy matka nie znajdzie innego mężczyzny, gotowego wychować nie swoje dziecko, jak i wtedy, gdy go znajdzie, ale ojczym będzie zaniedbywał pasierba.

W ujęciu darwinowskim koszty ponosi też odchodzący mąż, bo dziecko, które ucierpi, jest przecież jego potomkiem. Zasadnicza różnica między kobietami i mężczyznami dotyczy raczej korzyści z zerwania związku. Mąż może związać się z osiemnastoletnią dziewczyną, która jeszcze przez dwadzieścia pięć lat będzie w stanie rodzic dzieci. Natomiast kobiecie z dzieckiem nie tak łatwo znaleźć męża. Ta różnica szans wydaje się nieznaczna, gdy mąż i żona są jeszcze młodzi. Rośnie jednak wraz z wiekiem. Okoliczności mogą ja zmniejszyć, lub zwiększyć. Ubogi mąż o niskim statusie, nie zdecyduje się na rozstanie, prędzej opuści go żona, zwłaszcza, jeśli nie ma dzieci i jest w stanie szybko znaleźć nowego partnera. Kiedy jednak oboje mają tyle samo do stracenia, z upływem lat to mąż może zacząć myśleć o odejściu. Gdy dzieci się usamodzielnią, kobiecie już mniej zależy na męskiej inwestycji rodzicielskiej. Wiele kobiet w średnim wieku, zwłaszcza, gdy mają zabezpieczenie finansowe, odchodzi od mężów. Do opuszczenia mężów nie skłania ich żadna darwinowska przesłanka, nic, co byłoby w ich genetycznym interesie.

Poligamia

Do zdrady partnera, lub partnerki przyznaje się ponad 12% Polaków, co trzeci nie jest pewny wierności męża lub żony, trzech na stu jest przekonanych, że są zdradzani – tak wynika z badań przeprowadzonych przez dr Zbigniewa Izdebskiego, seksuologa.

Zdaniem dr Franklina Oberlaender, psychologa z Berlina, poligamia  jest syndromem współczesnych czasów. Twierdzi on, że epatujące seksem programy telewizyjne, kluby erotyczne niejako wymuszają zdradę.

Dziś wielożeństwo pojawia się tam, gdzie kilkanaście lat temu nikt by się tego nie spodziewał, miedzy innymi we Francji, Wielkiej Brytanii, Holandii, Szwecji, Norwegii, Kanadzie, USA.
Ma ono protektorów: radykalną lewicę, lobby gejowskie, feministki, obrońców praw człowieka głoszących odrzucenie ograniczeń. Holandia pobłogosławiła związek poligamiczny – "małżeństwo we troje" zawarli Viktor de Bruijn, jego żona Bianca i Miriam Geven, usankcjonowano je notarialnie, jako "związek ludzi wspólnie mieszkających".
Dzięki państwu de Bruijn do Europy zawitała poligamia w nowym wydaniu, niemającym wiele wspólnego z tradycyjnym wielożeństwem.

Stany Zjednoczone przestały być państwem zinstytucjonalizowanej monogamii. Jej miejsce zajęła monogamia seryjna, która pod pewnymi względami równa się poligynii [8]. Bogaci mężczyźni o wysokim statusie, przywłaszczają sobie długie okresy rozrodcze całej serii młodych kobiet. Kobieta jest płodna przez zaledwie dwadzieścia pięć lat. Kiedy część mężczyzn przez wielokrotne ożenki, zawłaszcza sobie więcej lat kobiecej płodności, inni muszą się zadowolić mniejszą ich liczbą. Jeśli jeszcze do tych wszystkich seryjnych mężów dodać młodych mężczyzn, którzy żyją z kobietą przez pięć lat, zanim dojdą do wniosku, że się z nią nie ożenią, a potem to samo robią z następną (aż w końcu w wieku trzydziestu pięciu lat, żenią się ostatecznie z jakąś dwudziestopięciolatką), efekt może okazać się istotny. Społeczeństwo poligamiczne przedstawia się, jako szczyt pragnień mężczyzn i przedmiot nienawiści kobiet, ale w rzeczywistości w obrębie płci nie ma powszechnej zgody w tej kwestii. Prawdopodobnie wygląda hipoteza, że to między bardziej a mniej uprzywilejowanymi mężczyznami zawarto wielki historyczny kompromis: najbardziej uprzywilejowany mężczyźni nadal dostają najbardziej pożądane kobiety, każdy musi się jednak ograniczyć do jednej. Nie oznacza to, że mężczyźni zasiedli do stołu rokowań i w drodze kompromisu ustalili, że każdy będzie miał po jednej kobiecie. Chodzi raczej o fakt, że poligynia zanikła wraz z upowszechnianiem się wartości egalitarnych – nie równości między płciami, lecz między mężczyznami.
 

Władza polityczna

Gdy władza polityczna została dość równo rozdzielona, nie dało się już po prostu utrzymać zagarniania kobiet przez mężczyzn z klasy wyższej.

Choć to jest tylko hipoteza, ma jednak pokrycie w rzeczywistości.
Laura Betzig wykazała, że w społeczeństwach preindustrialnych, skrajnym postaciom poligynii często towarzyszyła bardzo wyraźna hierarchia polityczna, wielożeństwo osiągało zaś apogeum w najbardziej despotycznych reżimach. Różny dostęp do zasobów seksualnych towarzyszący statusowi politycznemu często występował w ściśle określonej i jawnej formie.
Wodzowie Inków, którzy sprawowali cztery różne funkcje polityczne, mogli pojąć, odpowiednio do znaczenia funkcji, po siedem, osiem, piętnaście lub trzydzieści żon. Uzasadniona jest zatem teza, że wyrównanie szans w dostępie do władzy politycznej spowodowało zmniejszenie dysproporcji w liczebności posiadanych żon.

Jeśli kobiety w większym stopniu niż mężczyźni są z natury monogamiczne, a rozwód często wyrządza im krzywdę, być może to właśnie one mogłyby się przyczynić do reformy.

Zgodnie z odkryciami George’a Williamsa i Roberta Traversa, seksualna psychologia człowieka ukształtowała się w znaczniej mierze pod wpływem faktu, że komórek jajowych jest mniej niż plemników. Daje to kobietom o wiele większą władzę – zarówno w relacjach indywidualnych jak i w kształtowaniu moralności.

Historia Polski również, nie była czysta od seksualnych afer i nadużyć mężczyzn sprawujących władzę.
Ludwik Stomma profesor antropologii kultury, znakomity felietonista, w książce pt. "Życie seksualne Królów Polskich i inne smakowitości"  pisze, iż historycy zapominają, jakim motorem historii jest seks, jak bardzo jest on w stanie wpłynąć na rządzących, oraz zmieniać losy świata.

Pamiętamy opis wyprawy Bolesława Chrobrego na Kijów.
Gall Anonim opisał historię Precławy, siostry Jarosława Mądrego, którą nasz przyszły król po zajęciu miasta, dla ukazania swojej wielkości, zgwałcił. Udowodnił w ten sposób władcy jego niezdolność do panowania nad krajem, pokazał, że jest on niezdolny nawet do zapewnienia bezpieczeństwa własnej siostry. Za wschodnimi granicami Polski gwałt, jako pohańbienie władcy i narodu był sposobem sprawowania polityki. Rozumiano, że gwałcąc osiąga się wyższy stopień upodlenia i splugawienia bliźniego.

Bolesław Chrobry miał trzy małżonki. W tej podwójnej bigamii dorównał mu dopiero Kazimierz Wielki. Ciekawe też jest to, że najbardziej niemoralni i cyniczni władcy Polski najbardziej przyczynili się dla jej dobra.

Kazimierz Wielki, który "zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną", już w młodości wykazał się dużymi skłonnościami do niewiast. Rządząc na dworze węgierskim u swojej siostry Elżbiety, upodobał sobie Klarę Zach, lecz ta nie okazywała żadnego zainteresowania. Udał więc chorego, a siostra do opieki wysłała właśnie Klarę. Nie trzeba było długiego czasu, aby Klara mu musiała ulec. Ta następnie poskarżyła się ojcu, który w odwecie postanowił zaatakować parę królewską. Elżbieta straciła kilka palców u ręki. W konsekwencji ojca Klary, jak i większość rodziny skazano na karę śmierci, zaś sama Klara, oszpecona przez odcięcie nosa, warg i palców u rąk, obwożona była w klatce po kraju.

Kazimierz Wielki z natury swej był kochliwy, mając już jedną żonę Adelajdę, zakochał się w ślicznej wdówce Krystynie Rokiczance. Ta jednak wiedząc, że ma władzę nad królem, nie chciała mu ulec, twierdząc, że albo ślub albo nic.
Kazimierz Wielki do przemocy nie mógł się uciec, gdyż był to jego dwór, na którym gwałt nie mógł wchodzić w rachubę. A więc ożenił się za błogosławieństwem opata tynieckiego. Tak król pojął drugą kobietę za żonę. Pierwsza żona odeszła od niego. Kościół musiał zareagować, więc przysłał kaznodzieję, Marcina Baryczkę, który wygłosił przed królem kazanie, za co ten kazał duchownego w Wiśle utopić. Król twierdził, że to on decyduje w swoim kraju i o swoich sprawach łóżkowych. Pojął za żonę kolejną kobietę - Jadwigę, szesnastoletnią urodziwą pannę, pomimo ostrego upomnienia ze strony papieża Urbana V.

Oprócz czterech prawowitych żon, król ten kochał wiele innych kobiet. Najsłynniejszą była Żydówka Estera. Złośliwi mówili, że liczba zamków postawionych za czasów tego króla wynikała z faktu, że trudno żyć z wieloma kobietami pod jednym dachem.

Nadeszły czasy, w których zmagali się silni królowie August II Mocny król Polski, Piotr I Wielki car Rosji i Karol XII król Szwecji. Każdy z nich był silnie zbudowanym mężczyzną. Piotr wsławił się okrucieństwem. Karol szaleńczą odwagą i skłonnościami do brudu i kobiet lekkich obyczajów, a August liczbą dzieci z nieprawego łoża (podobno miał ich 365, liczba ta jest podejrzana ze względu na zbieżność z liczbą dni w roku, lecz na pewno niewiele odbiegała od rzeczywistości).

Król August II Mocny dzielił kobiety na trzy rodzaje: byle dziewczyny, czyli takie, które można gwałcić, zachęcając datkami finansowymi, czy też kupować w karczmach; szlachcianeczki, czyli panny związane z dworem; oraz na metresy, czyli panny i żony poddanych, które cieszyły jego wzrok i ciało. Potrafił on na nie wydawać takie sumy, za które, można byłoby utrzymać ośmiotysięczny oddział wojska. Kobiety te były różne i różnie kończyły. Prawdą jest również, że w swoim życiu król ten, ani przez chwilę nie był wierny żadnej kobiecie.

Stanisław Leszczyński był erotomanem, nie mniejszym niż jego rywal w walce o koronę Rzeczypospolitej Obojga Narodów – August II Mocny. Była to jednak erotomania zupełnie innego rodzaju. O ile bezceremonialny August brał siłą kobiety do łoża, "(…) o tyle dworski i intelektualnie misterny Stanisław uważał, że należy im najpierw zabajerować. .

W obecnych czasach oburzamy się, obserwując "seksafery" rządzących, czy oglądając zdjęcia polityków przyłapanych na nieprzyzwoitych zachowaniach.
Tymczasem rozwiązłość erotyczna towarzyszy rządzącym od zamierzchłych czasów.
Historia Polski w podręcznikowym wydaniu, przepełniona jest jednak patosem, chwałą i patriotyzmem. W podręcznikach szkolnych postacie dawnych władców poznajemy jako mężnych przywódców przepełnionych troską o przyszłość ojczyzny. Tymczasem dawni polscy królowie i książęta byli ludźmi z krwi i kości, obarczonymi różnymi przywarami i słabościami.

Według Księgi Guinnessa, ojcem rekordzistą jest cesarz Maroka Mulaj Ismail Krwawy, który miał 888 dzieci.
Niektórzy twierdzą jednak, że to nie jego należy uznać za zwycięzcę w tej dyscyplinie, lecz chińskich cesarzy, bowiem zaspokajali oni tysiące kobiet, które im dostarczano w momencie, gdy ich zajście w ciążę było najbardziej prawdopodobne.
Kobietom daleko do tych męskich zwycięzców.
Za matkę rekordzistkę uznaje się pewną Rosjankę żyjącą w XVIII wieku, która miała sześćdziesiąt dziewięć dzieci (często rodziła trojaczki).

 


Autorka jest psychologiem, absolwentką Wydziału Psychologii Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Warszawie (tytuł magistra psychologii uzyskała 11.07.2009r). Autorka kilku prac z zakresu konfliktów interpersonalnych, psychologii różnic indywidualnych, psychologii płci. Interesuje się psychoterapią Gestalt.

 

Czym jest psychoterapia Gestalt?

Psychoterapia Gestalt zakłada, że człowiek posiada potrzebne zasoby do zaspokajania swoich potrzeb i do kierowania swoim życiem. To, co zakłóca ten proces, to utrwalone schematy postępowania, które powstały w przeszłości pod wpływem trudnych emocjonalnie sytuacji, a które teraz są stosowane przez nas nieświadomie i dalszym ciągu mają wpływ na jakość naszego życia. Uświadomienie sobie tego, stanowi pierwszy krok do zmiany swojego życia. Istotą psychoterapii Gestalt jest więc poszerzanie świadomości uczuć, potrzeb, sposobów działania, a także tego, co przeżywamy w naszym ciele. Świadomość siebie, swoich ograniczeń, a także mocnych stron, daje możliwość dokonywania wyborów zgodnych z własnymi potrzebami.

 

 

Źródło: Anna Wilk