Zawsze warto

Nigdy nie jest za późno. Zawsze warto. To slogany, które słyszą ludzie, którym nic już się nie chce. Opowiem Wam o kimś, komu się chciało.

 

Jako się rzekło, wychowałem się na podwórku. A na podwórku są koledzy rozmaici, jak to na podwórku. I było dwóch braci. Takie małe brzdące, chuliganowaci, uczyć się to to nie chciało… Łączyło nas jednak jedno doświadczenie. W przeciwieństwie do reszty podwórka, i mój ojciec mnie i ich ojciec ich, pasa i… takie tam… nie żałował.

Ja przynajmniej skończyłem jakieś tam liceum. A bracia nawet podstawówki nie mogli skończyć – nie lubili się uczyć. I poszli tam w jakieś górnicze sprawy (zawodówki) i pracowali na kopalni. Starszy z nich po ożenku wyjechał do Niemiec i długo, długo o nim nie słyszałem. A młodszy, o którym przede wszystkim jest ta opowieść, wyjechał po ślubie do okolicznej wsi. I jeździł tam gdzieś do roboty na kopalni. Spotkałem go kiedyś w autobusie miejskim. Byłem, jak zawsze w tamtym czasie „na obrotach”, i on też, więc pogadaliśmy sobie i dowiedziałem się, ze już nie robi na kopalni, tylko jako robol w „naszych” zakładach (nota bene jedna z największych fabryk chemicznych w kraju).

Jakie było moje zdziwienie, kiedy po wielu latach, w intenecie na jakimś portalu zobaczyłem jego profil. „O…! Pomyślałem, zanim jeszcze sprawdziłem. To na komputerze się poznał nawet!”. A kiedy zobaczyłem profil znalazłem w wykształceniu jakieś liceum ogólnokształcące. I zacząłem się wstydzić swojej własnej poprzedniej myśli. Traf chciał, że krótko potem spotkałem go na miejskiej imprezie. „Ooo! Wypijemy po piwie!” – zaproponowałem. „Mogę Ci postawić Andrzeju, ale ja nie piję” – usłyszałem w odpowiedzi i jak można się domyśleć, znów mnie… powaliło. A już zupełnie leżałem, jak powiedział „Dzięki, nie palę”. I zaczęliśmy rozmawiać.

Historia jest dość zwyczajna, ale na mnie wywarła ogromne wrażenie. Po prostu, nie chciał już pracować na kopalni, zatrudnił się w zakładach chemicznych. Zobaczył, że… może warto zrobić coś więcej. Szefowie go wspierali, namówili żeby poszedł do szkoły. I poszedł. I skończył. Liceum. Po kilku latach został mistrzem zmianowym.  To całkiem niemało w takiej dużej firmie. Ale… może coś więcej? Co to liceum? Jak już, to już. I poszedł. Na studia. I dziś jest w połowie i egzaminy zdaje w pierwszym terminie. Musiałbym być palantem, żeby mieć wątpliwości czy skończy. I niedawno, został wyróżniony jako znakomity pracownik – jakby nie było, pracuje tam już koło dwudziestu lat.

Jedno mnie u niego denerwuje: język. Ogłady, składu i ładu w mowie, których ja uczyłem się przez całe lata i uczę się do dziś, on… ma. Kiedy spotkałem go w tamtym autobusie wiele lat temu, już czułem, że coś tu nie gra. Mówił jakoś „nie po roboczemu”. Jakoś… nie jak człowiek, któremu nie chciało się uczyć kiedyś. Nie prostacko, nie zbyt wulgarnie, za to elokwentnie i logicznie. I teraz nie wiem, czy tę swoją chęć „wspinania się po schodach” miał w sobie od zawsze, czy się jej nauczył. Ale to już pewnie zostanie nieodgadnioną tajemnicą.

A z jego bratem nie jest inaczej. Nie kończył szkół co prawda, ale po wyjeździe do Niemiec, zajmuje się swoją pasja, której tutaj kompletnie nie rozwinął. Jest trenerem sportowym młodzieży, i całkiem fajnie mu to wychodzi.

Zdajecie sobie sprawę? Palanty, które chowały się po piwnicach paląc papierosy, przeklinane przez „podwórkowe dewotki” i „pożądnych” sąsiadów , dziś są fantastycznymi ludźmi. Jeden wychowuje młodzież, drugi wspina się po schodach życia, ja coś tam klepię na klawiszach… Kto by pomyślał.

Jacku, to jest o Tobie. Chylę czoła.