Zasłużyć na miłość

a8c0a172cd1cb4d39fc1784a44ffb14c.jpg

 

 

Cisza roztaczała się wkoło. Serce łomotało urwanym rytmem w mojej piersi. Łzy napływały mi nieustannie do oczu, a ja nie mogłam ich zatrzymać choć tak bardzo pragnęłam. Skulona na ławce, oplotłam rękoma kolana. Dalej słyszałam w głowie te krzyki. Głosy, które od dziecka nie dawały o sobie zapomnieć. Te same wrzaski, wyzwiska i własne jęki bólu po kolejnym ciosie. Znów zapragnęłam uciec lecz tym razem przed samą sobą. Zamknęłam oczy. 

Mocne, męskie ręce oplotły moje ramiona, przytuliły się na tyle blisko, że poczułam na plecach bicie ludzkiego serca. Ciepło przenikało każdą cząstkę mnie. Czyjaś twarz wtuliła się w zagłębienie mojej szyi, usta złożyły delikatny pocałunek, a ja wiedziałam jedynie, że kocham tą osobę i że nigdy nie zada mi ona bólu. W końcu odnalazłam na tym świecie kogoś komu mogłabym zaufać.

Delikatnym dotykiem dłoń sunęła po moim ciele, biorąc w posiadanie moje ciało, serce i całe moje życie, za moim własnym przyzwoleniem i na moją niewypowiedzianą prośbę. Palce odpowiadały na każde westchnienie, świadome tęsknoty. Pierwsze promienie porannego słońca oświetlały jego twarz. Delikatnie muskam wargami jego policzek, żeby go nie obudzić. W myślach rodzi się podziękowanie do losu, do Boga, do każdego kto pozwolił mi odnaleźć swój mały kawałek nieba. Nagle ktoś chichocze pod drzwiami. Okrągła buzia dziewczynki wychyla się zza drzwi, może czterolatki. Zielone oczy, takie same jak moje spoglądają figlarnie na nas. Tupot małych stópek roznosi się po sypialni i dziewczynka wpada na łóżko budząc ostatniego śpiocha. 

-Co ty tu kur** robisz o tej porze. 

Otworzyła oczy. Krzyk rozniósł się tuż nad moją głową. Niebo umarło wraz z ulotnym marzeniem, okrywając rzeczywistość jeszcze większym smutkiem. -Teraz to ty śpisz? -Z wściekłą miną zaczęła gestykulować, wymachując na wszystkiego strony rękami. -Trzeba było wcześniej iść spać, a nie kur** czytać po nocy. Wiedziałaś, że przed północą światło ma być zgaszone bo inaczej będzie wojna. 

Spojrzałam w oczy stojącej obok kobiecie, po czym utkwiłam wzrok we frontowych drzwiach. Potężny, piętrowy dom stał teraz otworem o drugiej w nocy. Z zewnątrz pomiędzy rozmaitymi epitetami, wykrzyczanymi ogłuszającym głosem, przypominającym głos rozjuszonego zwierzęcia, można było dosłyszeć odgłos rozbijanych o ziemie z łoskotem szklanek i słowa: 

-Nooo... Bachory dorosły to teraz będą robić ze mną co chcą! I to gdzie? W moim domu! A wypierd***ć mi stąd gnoje...!!! Bóg widzi co ona robi i pokarze ją za mnie! Pokarze, przysięgam. Wnuki!? To nie są moje wnuki to bękarty pierd***ne! -Nie słuchałam już dalszego wywodu, jednoosobowego monologu kobiety. Tak jakby nie potrafiła ułożyć w głowie jednej spójnej myśli zamiast wykrzykiwać każde pomyślane zdanie. I tak każde plugawe epitety i przekleństwa w imię Boga znałam już na pamięć. 

-Egoistka! Wszystko przez ciebie! Teraz już nikt nie zaśnie tej nocy. 

Zerknęłam na stojącą obok postać kobiety, która powinna żywić choć odrobinę do mnie miłości, ale najwidoczniej uznała, że ja na nią nie zasługuję. Pomimo, iż ogarnął mnie znowu przemożny lęk oraz strach to w głowie kołatała mi jedna nieustająca myśl: to do niej powinnaś czuć współczucie. I tak właśnie było. 

Na pokrytej głębokimi zmarszczkami twarzy już od dawna nie było widać śladu uśmiechu. Dosięgając pamięcią przeszłości i porównując ją z obecną rzeczywistością, wyłaniał się z moich myśli obraz zmęczonej, stłamszonej kobiety, która musiała przeżyć całe życie, dwa razy dłuższe niż moje u boku tego rozszalałego potwora i jeszcze nazywać ją "mamo". Zmroził mnie paniczny, przeszywający do szpiku kości strach bo nagle dostrzegłam w niej samą siebie. -Spójrz -pomyślałam- Taka właśnie będziesz. Dokładnie tak skończysz. 

Pośród czarnej nocy czułam się bezpiecznej dlatego trudno było mi ją opuszczać. Ją i jej głuchą, błogą ciszę. Wpadłam szybkim krokiem do domu, skrupulatnie obijając walające się po całej kuchni odłamki szkła. Udało mi się nawet uniknąć konfrontacji. Zamknęłam się w swoim pokoju. Oczy piekły mnie, a płytka rana przechodząca przez cały policzek zaczęła już niemiłosiernie boleć. Oczy z pięciu wiszących nad moim łóżkiem obrazów spoglądały na mnie. Te, do których składałam każdego wieczoru tą samą modlitwę. 

Klęcząc utkwiłam wzrok w małym, żelaznym Krzyżu, pochyliłam głowę i zaczęłam cicho szeptać słowa: Boże, wiem, że nie zasługuję na miłość, ale jeżeli jest choć cień szansy na to, że istnieje ktoś kto byłby w stanie ofiarować mi choć odrobinę tego uczucia i przy którym poczułabym się bezpiecznie to błagam daj mi szansę go poznać, spróbować stworzyć normalną rodzinę, w której każdy byłby kochany, szanowany, wspierany i bezpieczny. Jedna rzewna łza spłynęła po moim policzku, kiedy dodałam ostatnie słowa: 

-I przepraszam Cię Boże z całych sił za to, że nie jestem w stanie naprawić swojej oraz że nie jestem i pewnie nigdy nie będę na tyle wartościowym człowiekiem by zasłużyć na ich miłość. Wybacz. Proszę nie opuszczaj mnie.