Zachorowałem na bierność

Specjalnie dla M. Czapl.

 

Doskonale, niech będzie i próbka tekstu.

            By być uczciwym i być może zaprezentować możliwość tworzenia tekstu w stosunkowo krótkim czasie, podzielę się refleksją, która utknęła dzisiejszego wieczoru w mojej głowie. Chodzi o zjawisko, które niesamowicie mnie mierzi i frustruje, zresztą już od dłuższego czasu. Bierność, ot imię tego fenomenu, czy też może powinien to nazwać wprost, przekleństwa. Dlaczego tak wielu ludzi decyduje się być poniewierane przez wicher, potocznie nazywany życiem? Wszystko co ich spotyka jest zrzucane na coś, to coś przybiera coraz to inne imiona, wymówki, usprawiedliwienia. Nie zrobię tego, nie jestem dostatecznie dobry, czy też moje ulubione – zrobię to kiedyś. Spotykam się z tym codziennie, większość ludzi których znam, jest pogodzone ze swoim losem i po prostu żyje z dnia na dzień, najchętniej działając według planu, który wymyśli za nich ktoś inny. Gotuję się w środku gdy nieustannie słyszę, jak ktoś powtarza „no co zrobisz?, „jest jak jest i tyle”. Mam wtedy chęć brutalnie go uświadomić, że nauczył się po prostu kilku słów, które mają go rozgrzeszyć przed tym, że kompletnie nie wie co zrobić ze swoim życiem. Bardzo wiele ograniczeń jest nam wmawiane przez środowisko czy też rodzinę, jednak to my sami, świadomie, lub też nie, w nich tkwimy. Tak naprawdę wielu wyjątkowych ludzi, którzy odnieśli sukces nie różniło się drastycznie od całej reszty. Różniła ich siła, żeby pójść własną ścieżką, być może potykając się przy tym co kilka kroków, jednak ostatecznie poznawali smak prawdziwego życia. Wielu z nas, dopiero w późnym wieku zaczyna rozumieć, że mogło zrobić więcej, postawić na rozwój, poznać kogoś wyjątkowego, jednak nie zrobiło tego – bo ciągle powtarzali coś, co w końcu stało się prawdą.