Wynaturzeni

Natura może obejść się bez człowieka, ale człowiek bez Natury już nie!

 

SłonecznikZ odrzucenia natury rodzi się wynaturzenie. Choroba pojawia się wtedy, gdy człowiek oddala się od swojego organizmu, przestaje go słuchać, staje się głuchy na jego sygnały i traci z nim kontakt. Nasz organizm jest naszym najlepszym lekarzem i to właśnie jego zalecenia i recepty powinniśmy realizować. Niestety ludzie współcześni tak zwani cywilizowani oddalili się od swojego organizmu i dlatego chorują tak często i ciężko. Problem w tym, że cały ten proces wynaturzenia przebiega stopniowo, a więc niezauważalnie.

Postaram się zilustrować go na przykładzie placu zabaw na pobliskim osiedlu budownictwa wielorodzinnego, tzw. blokowisku spółdzielczym z lat komunistycznych. Osiedle powstawało w latach 70-tych ubiegłego wieku. Piękna okolica: w pobliżu rzeka, łąki i lasek z wydeptanymi ścieżkami – wprost wymarzone miejsce na dziecinne zabawy, ludzie szczęśliwi, że mieszkają w wymarzonym przydziałowym mieszkaniu w bloku.
Dzieci całymi dniami i wieczorami na podwórku biegały, hałasowały, młodsze dzieci bawiły się w piaskownicy tym, co znalazły w okolicy, czyli patykami, kamykami, kasztanami, żołędziami, liśćmi, kwiatkami, starsze grały w piłkę, bawiły się w „chowanego” lub uprawiały akrobatykę trzepakową. W tamtych czasach trawa była koszona kosami tylko raz w roku, gdyż był tak zdeptany, że nie było, co kosić. Rodzice nie bronili dzieciom przynosić do domu znalezione na spacerach „skarby” w postaci kolorowych szkiełek, kamyków, patyków, listków, itp. Były to ich ukochane zabawki, głównie tylko dlatego, że znalezione samodzielnie.

Była wtedy taka zasada, że dzieci powinny się bawić tylko tym, co same znajdą wśród natury, na przykład na spacerze czy na działce, a nie sztucznymi produktami wytworzonymi przemysłowo. Wtedy rozwijały się prawidłowo i były zdrowe, czasami trochę zakatarzone lub przeziębione… Kubek gorącego mleka z jajkiem i miodem, kanapka z masłem, solą i czosnkiem, czasami witamina C i polopiryna przywracały człowieka szybko do zdrowia..

Niestety po roku 1989 sytuacja zaczęła się zmieniać. Zaczęto kosić trawę ryczącymi wściekle kosiarkami, wiele razy w ciągu roku, w wyniku czego, z naturalnej łąki nic nie zostało. Zmieniono też naturalny plac zabaw, ogrodzono go i zapędzono tam wszystkie dzieci, w rezultacie nie mogą się już bawić tym, co znajdą, a jedynie kiczowatymi instalacjami z placu zabaw. Na szczęście w tym czasie te urządzenia były jeszcze z drewna, a "podłogę" placu zabaw wykonano ze żwiru i piasku oraz dodano betonowe alejki, żeby się "lepiej" dzieciom chodziło.
Od tego czasu codziennie rano przychodziła ekipa porządkowa, która zabierała wszystko, co leżało na ziemi. W sklepach pojawiło się mnóstwo kolorowych plastikowych zabawek, w związku z tym dzieci przestały bawić się naturalnymi zabawkami. Na placu zabaw nie można już dziś znaleźć nawet kija, żeby psu rzucić.

Ale to jeszcze nic. Kilka lat temu zburzono stary plac zabaw i zbudowany nowy z metalu i plastiku, a "podłogę" wyłożono jakąś toksyczną gumopodobną substancją, która cuchnie słodkawym zapachem na sto metrów. Trzeba omijać z daleka, jak się przechodzi. Ktoś by pomyślał, że rodzice nie posyłają na taki plac zabaw swoich dzieci. Lecz jest wręcz przeciwnie, frekwencja znacznie wzrosła, przecież są "fajniejsze" zabawki. Współczuje tym dzieciom, które całe dnie swojego młodego życia spędzają na tym placu zabaw.

Kiedyś słuchałam opowieści człowieka, który pół roku spędził wędrując po Syberii z Ewenkami (koczowniczy naród Syberii). Ewenkowie dwa razy w roku, przychodzili do stacji położonej wzdłuż transsyberyjskiej linii kolejowej, aby sprzedawać tam swoje towary. Opowiadali, że jak zbliżali się do stacji, to już na cztery kilometry wyczuwali smród torów kolejowych, zapewne podkładów nasączonych toksycznymi substancjami. Oni jeszcze nie zatracili węchu, który ostrzegał ich przed niebezpieczeństwem.

Dokładnie odwrotną sytuację mamy na placu zabaw. Dlaczego tak się dzieje, że dzieci się tam bawią? Przecież każdy rodzic chce dla swoich dzieci dobrze! Odpowiedź nasuwa się sama. Oni wszyscy stracili kontakt z naturą oraz swoim organizmem, w tym wypadku ze zmysłem węchu. Po prostu nie czują tych toksycznych substancji i dlatego nie reagują. I stąd wzięły się choroby, tzw. cywilizacyjne. Ludzie zagubili zdrowy rozsądek i poddali się procesowi wynaturzenia nie broniąc się, przyjmując go za naturalny etap ewolucji.  

„Ludzie w masie są słabymi tchórzliwymi stworzeniami, które nie mogą ani znieść wolności, ani sprostać prawdzie” - G.Orwell.
Dlatego ci, którzy wybiorą prawdę i wolność, skazują się na samotną wędrówkę stromą ścieżką potu i krwi, nie mogąc liczyć na żadne uznanie ze strony tłumu, co najwyżej na potępienie jako ta „czarna owca” ...

Czymże są współcześni ludzie, jak nie zwierzętami, które zeszły z drzew i wyparły się prawdy o sobie. Zamknięci w sterylnych betonowo-plastikowych klatkach, karmieni syntetyczną karmą, tresowani w odgrywaniu swoich ról, odcięci od swoich korzeni... jak długo jeszcze wytrzymamy? Odrzuciliśmy w kąt futra, jako swoje naturalne odzienie. Odziewamy się w sztuczne ubrania uważając, że czyni to z nas istoty o wyższym poziomie rozwoju. Nie myślimy, dokąd zaprowadzi nas ten chory pęd w iluzję, samozaprzeczenie i przekonanie, że cały świat kręci się wokół nas tylko po to, by zadowolić nasze ludzkie ego. Czyżby Matka Natura musiała sięgnąć po swoje narzędzia pokory, takie jak kataklizmy, skażenie środowiska, zarazę, głód, by zmusić nas do obudzenia się z tego snu wynaturzenia?