Wyjście... do czy z kina?

W ciągu zaledwie roku Hollywood wyprodukowała aż dwa wysokobudżetowe filmy biblijne — „Noego” i „Exodus”. Tyle że słowo „biblijne” jest zdecydowanie na wyrost.

W ciągu zaledwie roku Hollywood wyprodukowała aż dwa wysokobudżetowe filmy biblijne — „Noego” i „Exodus”. Tyle że słowo „biblijne” jest zdecydowanie na wyrost.

 

Ekrany kin całego świata podbija właśnie najnowsza hollywoodzka produkcja Exodus: bogowie i królowie w reżyserii Ridleya Scotta. Czy podbije? Zobaczymy. To w ostatnim czasie kolejny po Noem: wybranym przez Boga film na kanwie historii biblijnej. Wcześniej była jeszcze Pasja Mela Gibsona. Ale dwa tego typu filmy w odstępie mniejszym niż rok mogą zwiastować zainteresowanie reżyserów przenoszeniem tematyki biblijnej na ekrany.

Akcja filmu dzieje się w Egipcie ok. 1300 roku p.n.e. i opowiada o niewoli Hebrajczyków i ich, poprzedzonym dziesięcioma plagami, wyjściu z tego kraju pod przywództwem Mojżesza.

Exodus to film gwiazd. Głównie mam tu na myśli reżysera Ridleya Scotta i odtwórcę roli głównej Christiana Bale’a. Scott to twórca miedzy innymi: Łowcy androidów, Thelmy i Louise, Gladiatora, Helikoptera w ogniu, Królestwa Niebieskiego i Prometeusza. Jego Helikopter i Gladiator w sumie zdobyły aż siedem Oscarów.

Kadr z filmu "Exodus: bogowie i królowie"

Bale’a też nie trzeba specjalnie polecać. Ten wszechstronny aktor zadebiutował już jako 13-latek, wybrany z grona kilkunastu tysięcy chętnych do roli głównej w Imperium Słońca Stevena Spilberga z 1987 roku. Później przyszły role między innymi w takich filmach jak Mroczny rycerz, Wrogowie publiczni czy Wojownik. Za rolę w tym ostatnim dostał Oscara. O swojej roli Bale powiedział: „Historia Mojżesza jest jedną z najważniejszych biblijnych opowieści. Jego postać jest ważna nie tylko dla chrześcijan, ale też muzułmanów. Zafascynowała mnie złożoność jego natury. Dzięki wierze odnajduje w sobie duszę wojownika, który walczy w imię wolności i Boga. Był pełen sprzeczności. Wierzył, ale nie bez zastrzeżeń, wahał się, a jednocześnie dopinał swego, był wojownikiem, ale wyzwolił tysiące ludzi. To jedna z najbardziej intrygujących postaci, z jakimi się spotkałem i w jakie miałem okazję się wcielić”.Przygotowując się do roli, aktor czytał Biblię i Koran. Przyznał też, że obejrzał aż dwa filmy o religii i historii: Historia świata. Część pierwsza Mela Brooksa i Żywot Briana Monty Pythona (sic!). Choć lubię tego aktora, to tym wyznaniem mi nie zaimponował.

Inne gwiazdy, tu jedynie drugo-, a nawet trzecioplanowe, to: John Turturro grający rolę faraona Setiego, ojca Ramzesa (niezapomniany Barton Fink), oscarowa Sigourney Weaver, żona Setiego (Ripley z sagi filmowej Obcy), oraz Ben Kingslay, odtwórca roli Nuna, ojca Jozuego (Oscar za rolę główną w Ghandim).

Szkoda, że scenariusz, mocno skupiony na roli Mojżesza, nie pozwolił, by poza Bale’em pozostałe gwiazdy mogły szerzej zaprezentować swój talent.

Na pochwałę zasługuje scenografia i kostiumy. Pierwsza autorstwa Arthura Maxa, druga — Janty Yates. Komu podobała się scenografia do Gladiatora, będąca również dziełem Maxa, temu spodoba się i ta. Olbrzymie pałace i posągi, przepych pałacowych wnętrz, freski na ścianach, kipiące złotem szaty dostojników, widoki miasta, piramid i Nilu, najdrobniejsze detale strojów i wyposażenia, które jakby na chwilę zostało wypożyczone z British Museum, z sali z egipskimi starożytnościami — to wszystko musi robić wrażenia na widzach.

Do tego spektakularne efekty wizualne i realistyczne sceny: przejazd rydwanów przez miasto, bitwa z Hetytami, objęcie tronu przez nowego faraona, plaga gradu, rajd rydwanów po zboczu góry, w końcu ściana wody Morza Czerwonego zatapiająca egipskie wojsko — to również może się podobać. Zdjęcia zawdzięczamy — i tu polski akcent — Dariuszowi Wolskiemu, byłemu studentowi łódzkiej filmówki, której nawet nie ukończył. Nie przeszkodziło mu to jednak stać się w Stanach Zjednoczonych cenionym operatorem. Pracował między innymi przy takich superprodukcjach jak filmowa saga Piraci z Karaibów.

I tyle byłoby pochwał.

Jak już napisałem, film powstał na kanwie historii biblijnej. Rozumiem, że „na kanwie” wcale nie musi oznaczać absolutnej wierności oryginalnej historii, ale żeby aż tak dalece od niej odbiec... Przypomina mi to hollywoodzką Enigmę, gdzie głównymi bohaterami zdobywającymi tę niemiecką maszynę szyfrującą i łamiącymi jej kody są Brytyjczycy i Amerykanie, a najczarniejszą, zdradziecką wręcz postacią, usiłującą udaremnić ich plany jest — uwaga! — Polak. Tymczasem historia uczy, że to właśnie Polacy zdobyli i złamali kody Enigmy, przyczyniając się znacznie do alianckiego zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami. Ot, prawda czasu i prawda ekranu!

Był Egipt, byli Hebrajczycy w niewoli, byli Mojżesz, jego żona Syppora, syn Gerszom, Jozue i Nun. Były plagi, opuszczenie przez Hebrajczyków Egiptu i przejście przez Morze Czerwone. Reszta się już z historią biblijną nie zgadzała.

Po pierwsze, datowanie wyjścia. Film rozpoczyna informacja: 1300 rok p.n.e. Wielokrotnie już na tych łamach pisano, że zgodnie z biblijną chronologią datą wyjścia jest 1446 rok p.n.e. Biblia mówi, że od exodusu do rozpoczęcia budowy żydowskiej świątyni Salomona upłynęło 480 lat. Król Salomon rozpoczął zaś tę budowę w drugim miesiącu czwartego roku swego panowania, czyli wiosną 967 roku p.n.e.[1]. „Izraelici wyszli z Egiptu w pierwszym miesiącu pierwszego roku. Oznacza to, że od exodusu do budowy świątyni upłynęło 479 pełnych lat i jeden miesiąc, czyli 480 lat. Dodając 479 lat i jeden miesiąc do roku rozpoczęcia budowy świątyni przez Salomona w 967 roku p.n.e., dochodzimy do wiosny 1446 roku p.n.e.”[2]. Oczywiście rządził wtedy inny faraon niż Ramzes II (1304-1236). Faraonowie okresu exodusu to raczej Totmes III (1504-1450) i jego syn Amenhotep II (1450-1425)[3].

Po drugie, dzieciństwo Mojżesza. Film z siostry Mojżesza Miriam czyni jego mamkę, choć w rzeczywistości mamką Mojżesza była — z polecenia egipskiej księżniczki, która się nim zaopiekowała — jego własna matka.  

Po trzecie, zabójstwo Egipcjanina. Według Biblii Mojżesz zabił, bo bronił bitego przez egipskiego nadzorcę hebrajskiego niewolnika. W filmie Mojżesz zabija, bo został brutalnie zaczepiony.

Kolejna znaczna nieścisłość to czas pobytu Mojżesza na pustyni. Biblia mówi, że opuścił Egipt jako czterdziestolatek i tyle samo lat przebywał wśród Midianitów, zanim wrócił do Egiptu. Scott skrócił to do dziewięciu lat. Stąd biblijny Mojżesz, wyzwalając współplemieńców, miał na karku osiemdziesiątkę, a filmowy był przed pięćdziesiątką.

Mojżesz przy krzaku gorejącym to już zupełna licentia poetica twórców filmu, zwłaszcza przedstawianie Boga w postaci chłopca. Chwilami — zwłaszcza gdy Mojżesz jest podglądany przez Jozuego podczas rozmowy z Bogiem-chłopcem — można odnieść wrażenie, że Mojżesz cierpiał na rozdwojenie jaźni, rozmawiał bowiem sam ze sobą.

Filmowe plagi to osobny temat. W Biblii to Mojżesz ze swoim bratem Aaronem je zapowiadają i sprowadzają za pomocą laski. W filmie Bóg każe się jedynie Mojżeszowi przyglądać temu, co się będzie działo — żadnego chodzenia do pałacu, ostrzegania, dawania szansy na spełnienie Bożych żądań. Większość filmowych plag jest ewidentnie efektem czynników naturalnych, ich biblijna cudowność jest tu głęboko ukryta, dla widza niemal niedostrzegalna. Faktycznie dopiero śmierć pierworodnych jawi się jako niewytłumaczalna, a jednocześnie filmowego Boga ukazuje jako niezwykle okrutnego; tak bardzo, że nawet Mojżesz jest tej pladze przeciwny.

Kolejna nieścisłość to „partyzantka” Mojżesza. Biblia uczy, że już zabójstwo Egipcjanina było Mojżeszowym sposobem siłowego wyzwolenia Izraelitów. Bóg tego sposobu nie zaaprobował. Mojżesz na pustyni miał się oduczyć takiego myślenia. A tymczasem w filmie mamy partyzanta Mojżesza, który niczym powstaniec z warszawskiego getta dokonuje aktów sabotażu i z bronią w ręku walczy o wolność swego ludu.

O getcie wspominam nie bez kozery, gdyż w filmie w ogóle widać przeniesienie w realia starożytne doświadczeń z ostatniej wojny, zwłaszcza holocaustu. Widzimy wozy wypełnione wychudłymi trupami żydowskich niewolników, palenie ciał w ogniu, a budowane przez nich miasta Pitom i Ramzes wyglądają z daleka jak obozy koncentracyjne; no i jeszcze te sceny publicznego zbiorowego wieszania przypadkowo wybranych żydowskich ofiar.

Ostatnia „nieścisłość” to przejście przez morze. W Biblii ono się rozstąpiło, a w filmie jedynie naturalnie cofnęło (taki przypływ i odpływ). Nawet pochłonięcie armii egipskiej przez morze miało więcej z tsunami niż z cudownego zamknięcia się ścian morza po przejściu przez nie Izraelitów.

Zapomniałbym — jedno, co się jeszcze zgadza, to wypowiedź filmowego Boga-chłopca o kamiennych tablicach z przykazaniami dekalogu: „To prawo będzie ich [Izraelitów] strzec”. Choć w Biblii nie ma dokładnie takiego cytatu, to są podobne słowa: „Teraz więc, Izraelu, czego żąda od ciebie Pan, twój Bóg! Tylko abyś okazywał cześć Panu, swemu Bogu, abyś chodził tylko jego drogami, abyś go miłował i służył Panu, swemu Bogu, z całego serca i z całej duszy, abyś przestrzegał przykazań Pana i jego ustaw, które Ja ci dziś nadaję dla twego dobra”[4].

Jeśli więc komuś zależy na obejrzeniu dobrego filmu historyczno-kostiumowego z ciekawymi efektami specjalnymi, to z powodzeniem może wyjść do kina na Wyjście, bo tytułowy Exodus to właśnie oznacza. Jeśli jednak ktoś chciałby obejrzeć dobrze, a przede wszystkim wiernie opowiedzianą historię biblijną, to niech nie ryzykuje. W trakcie seansu może się bowiem okazać, że jedyne wyjście, na jakie będzie miał jeszcze ochotę, to wyjście z kina.

Olgierd Danielewicz

 

[1] Zob. 1 Krl 6,1. [2] Alfred Palla, Exodus — wczesna czy późna data?, „Znaki Czasu” 9/2011. [3] Zob. tenże, Kim był faraon exodusu?, „Znaki Czasu” 9/2012. [4] Pwt 10,12-13.

[Artykuł pochodzi ze styczniowego numeru miesięcznika „Znaków Czasu”].

 

Autor: Olgierd Danielewicz