Wolny wybór jako szansa nieskończonego rozwoju

Tekst niniejszy będzie kontynuacją artykułu zatytułowanego Niewolnictwo informacyjne. Listy, które otrzymywałem na mój prywatny adres mailowy, świadczą o tym, że temat jest gorący.

Pierwsza kwestia dotyczy celu, jakie mają medialne wahadła. W artykule pojawiła się teza, że celem tym jest wygenerowanie strachu u odbiorców. Autorzy komentarzy dzielą się w tej sprawie wątpliwościami, zwracając uwagę (słusznie - moim zdaniem) na fakt, że tym narzędziem operowano dużo wcześniej, dziś natomiast są to o wiele bardziej subtelne instrumenty wpływu. Pewnie użyta przeze mnie terminologia nie była zbyt precyzyjna, i w tej kwestii chętnie zgodzę się z oponentami. Obecnie twórcom medialnych wahadeł rzeczywiście nie o strach chodzi, ale lęk. Dystynkcje semantyczne pomiędzy obu pojęciami są znaczące. W przypadku strachu mamy do czynienia z zagrożeniem bezpośrednim; przyczyna wywołująca strach jest konkretna i realna. Lęk to natomiast nieokreślony niepokój, którego bezpośrednia przyczyna jest trudno uchwytna. Konkludując, twórcom medialnych wahadeł zależy na wywołaniu u odbiorcy lęku i stałe podsycanie jego natężenia po to, by pochwycić we własne sidła emocje i swiadomość ich popleczników. Codzienna dawka negatywnych informacji gwarantuje w zasadzie osiągnięcie tego celu, ponieważ mechanizm jest tutaj podobny do dziennego zapotrzebowania organizmu np. kwasu omega-3 czy też konkretnych białek, mikrooelementów itp.

Dostarczając jednak organizmowi niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania składników odżywczch, działamy na naszą korzyść, natomiast świadomie i dobrowolnie zasiadająć przed telewizorem, by przełknąć informacyjną pigułkę - szkodzimy sobie. Fala informacyjna (nazwijmy ją tak z braku lepszej nazwy) dociera nie tylko do świadomości odbiorcy, lecz dociera też do każdej komórki ciała, wyrządzając przy tej okazji niemałe spustoszenia. Dlatego nie jest bez znaczenia, czy wiemy o szkodach, czy nie wiemy. Ja skłonny byłbym postawić tezę, że wiedza o tym, jak działają medialne struktury energoinformacyjne, hamuje w sposób zdecydowany ich skuteczność. Nie pozostaje jednak bez śladu, jest bowiem jeszcze podświadomość, która przejmuje w siebie znaki informacyjne "z całym dobrodziejstwem inwentarza." Każda komórka organizmu żywego jest swoistą anteną, która odbiera falę nośną wszelakiej potencjalnej energii i w swoich laboratoriach przekształaca ją na wzór własnych struktur informacyjnych. Sygnały docierające z zewnątrz mogą generować strach, lęk, niepokój, wówczas komórka kurczy się i szybko starzeje. Mogą też tworzyć poczucie komfortu, wówczas staje się elastyczna, bardziej jędrna, a procesy starzenia znacząco się opóźniają. W oczywisty sposób przekłada się to na zdrowie organizmu. Całego organizmu.

Energia dostarczana organizmowi pod postacią pożywienia jest energią światła. Zdrowa żywność sprawia, że najpotężniejsza energia we Wszechświecie krąży w naszych żyłach i tętnicach. Energia płynąca z informacyjnego matrixa jest ciemna i destrukcyjna. To są właśnie siły równoważące, o których pisze w swoich książkach Vadim Zeland. Obie siły istnieją w sposób obiektywny i niezależny od każdego. Do nas jednak należy wybór. Wolny wybór jest bodaj największym potencjałem, jakim dysponuje myśląca istota. Wybierasz światło, stajesz się światłem; wybierasz ciemność energetycznego matrixa, podpadasz pod jego działanie. Etyka nazywa to wyborem pomiędzy dobrem a złem.

Wybór, wolny wybór, determinuje jakość każdego ludzkiego istnienia. Gdybyśmyy się nauczyli skutecznie zarządzać energiami wewnętrznymi i zewnętrznymi, wówczas byłoby nam łatwiej dokonać znaczącego przeskoku kwantowego. Łatwiejsze byłoby zdiagnozowanie egzystencjalnych problemów, prostsze ich usuwanie względnie neutralizowanie. Łatwiejsza byłaby walka z nałogami, uzależnieniami czy depresjami. Bo przecież mogłaby wystarczyć sama wiedza, że depresja to totalne wypłukanie organizmu z energii światła (to dlatego właśnie w ubiegłych stuleciach metaforą melancholii było czarne słońce). Wybór jest równoznaczny z opowiedzeniem się za.

W tekście zatytułowanym "Żeby sądu wzywała ich nagość" analizując, czym jest boska ekonomia, pisałem:

Ryzyko polegało na tym, że człowiek, obdarzony wolną wolą, mógł wybrać także zło. Mógł odwrócić się od Boga – swojego Stwórcy – i zwrócić twarz w stronę buntownika – Szatana. A może tylko odwrócić twarz w pysznej pewności, że poradzi sobie sam w świecie, który dostał do zagospodarowania. Diabelska pycha każe uwierzyć mu, że jest panem stworzenia i historii. Rozum staje się bogiem. Od tego momentu człowiek wkracza w przestrzeń nieszczęścia, cierpienia i lęku. Zyskanie świadomości jest jednocześnie utratą raju, utratą niewinności. Wypełnia się obietnica szatana – będziecie jako bogowie. Adam poznał już największą tajemnicę bytu, ale stała się ona dla niego źródłem największego cierpienia. A tajemnicą tą jest dramatyczne rozdarcie własnej, człowieczej, natury, którą najtrafniej oddał święty Paweł w słowach – czynię zło, którego nie chcę, a nie czynię dobra, którego pragnę. Rozłamanie ludzkiej natury bierze się również stąd, że istota niedoskonała pragnie doskonałości, istota grzeszna dąży do świętości, skończona chce nieskończoności. Wybory i czyny człowieka wydają się tym fundamentalnym rozdarciem skażone. Dążąc do poznania, zatapiamy się w morzu tajemnic, których nigdy nie zrozumiemy. Fakt ten rodzi niczym nie dającą się wyleczyć frustrację. Pragniemy dobra, ale w tym pragnieniu pozostawiamy w naszym otoczeniu realny ślad zła. Dlaczego tak się dzieje? To kolejna tajemnica naszej sytuacji-w-świecie.

Po kilku latach od momentu opublikowania tego tekstu inaczej rozłożyłbym akcenty. Dziś wolny wybór zdefiniowałbym jako wielki potencjał istoty myślącej, a nie świadectwo skażenia ludzkiej natury. Nie poruszałbym się również po polu etyki. Jednak sedno tego wywodu pozostaje bez zmian. Dar wolnego wyboru, jakkolwiek obarczony ryzykiem, jest nigdzie nieistniejącą poza ludzkim bytem szansą wejścia na drogę nieskończonego rozwoju

 

 

 

Licencja: Creative Commons - użycie niekomercyjne