Własny dom - droga przez mękę

Kto się przymierza się do budowy domu niech wysłucha tej opowieści i przygotuje się na długą wyczerpującą walkę z okolicznościami, których nikt nie jest w stanie przewidzieć.

 

W zeszłym tygodniu pracowało na budowie pięć ekip: murarze, stolarze, elektrycy, goście z ciężkim sprzętem i ci od wszystkiego. Praca w oczach posuwała się naprzód. Miałem wrażenie, że jeszcze tydzień, a się wprowadzę. W tym tygodniu na budowie pusto. Dlaczego? W tym sęk. Pracownicy są na innych budowach. A kiedy wrócą? Tego nikt nie wie. Łącznie z nimi samymi.
 
To jedna z typowych praktyk, aby zaklepać sobie jak najwięcej pracy, a potem przez kolejne miesiące łaskawie dozować swoje umiejętności nieszczęsnym inwestorom. Zaczęło się jak w bajce. Takie tempo prac miało miejsce chyba jeszcze tylko przy odbudowie Warszawy. Szybko się jednak skończyło, bo panowie poszli do człowieka, któremu obiecali swoje usługi już wcześniej.
 
Na ich miejsce przyszło dwóch innych. Jeden pracuje połowę wolniej od tych pierwszych, ale płacę jak gdyby był fachowcem im równym. Drugi co drugi dzień ani nie przychodzi, ani nie odbiera telefonów. A gdy już przyjdzie to czuć od niego jak gdyby był w trakcie gorączki sobotniej nocy.
 
Wciąz szukam więc innych ekip. Przychodzą chętnie. Na początku zawsze są tani. Umawiamy się na daną kwotę. Po skończonej pracy stwierdzają, że było ciężej niż przypuszczali i w związku z tym powinienem zapłacić im więcej. Jeżeli pieniądze będą znikały w takim tempie to skończą mi się w połowie budowy.
 
Jedna z ekip nie mogła wejść na budowę, bo na zewnątrz budynku nie miałem gniazda na siłę. Zadzwoniłem do elektryka, który powiedział od niechcenia, że za jedyne 250 zł może mi je wyprowadzić. Chodziło o pół godziny pracy. W końcu przyjechała ekipa, która nie potrzebowała gniazda na siłę, bo mieli betoniarkę na 240V. Przez przypadek zaoszczędziłem 250 zł. Dni z takimi dylematami jest jednak znacznie więcej.
 
Facet pracuje efektywnie. Trzeba tylko nad nim stać, aby nic nie zepsuł. Skuł podłogę w kuchni i miał wkopać się na 30 cm w głąb. Gdy przyszedłem wybrane było już 50 cm, a on wydłubywał ziemię spod fundamentów. W ostatniej chwili go powstrzymałem. Potem, gdy mnie nie było, w ferworze pracy przeciął trzy kable z nowo położonej instalacji elektrycznej, za którą zapłaciłem 2000 zł.
 
Cieśle przeklinają na murarzy. Ci co wykańczają klną na cieślów. Moja żona denerwuje się na tych co wykańczają.
 
Kilka razy prosiłem, aby robotnicy przymocowali fartuchy pod oknami dachowymi. „Później. Po kolei.” - mówili. Nie zrobili tego od razu, a teraz jest już za późno, bo zamknęli sobie dojście.
 
Malarz w swoim niechlujstwie pochlapał drewniane okna. Prosiłem, aby zdrapał farbę póki świeża. Tłumaczył mi, że jak zaschnie to będzie łatwiej to zrobić.
 
Od dwóch tygodni szukam tynkarzy. Wszyscy zajęci są do listopada, a sprawa pilna. W końcu przyszło dwóch gotowych do pracy od zaraz. Dużo przeklinali na jakość ścian, wtedy podali kwotę ponad dwa razy wyższą niż wszyscy inni. 40 zł/m2 zamiast 18 zł.
 
Kolejny tynkarz miał przyjść w piątek o 18.00. Przez godzinę czekałem na niego w samochodzie aż w końcu pojechałem do domu. Zadzwonił o 20.00 zapytać gdzie jestem i narzekał, że po ciemku nic nie widać.
 
Przyjechał dnia następnego. Gdy rozmowy finalizowaliśmy wpadł mój sąsiad z bratem i powiedzieli mu, że w moim domu robił na pewno nie będzie, bo mnie lubią i nie zgodzą się na to, aby ktoś taki jak on oszukiwał mnie. Potem wymienili cztery miejsca, gdzie położone przez niego tynki spadły i jedno, w którym jego ludzie ukradli sprzętu na 10 tys. zł. Zamurowało mnie, a facet jak gdyby nigdy nic poszedł sobie. I tak dalej sobie buduję. Wiele już nie zostało. Włosów na mojej głowie też nie.
 
Maciej Strzyżewski