Witaj mój kraju o świcie

Czyli dywagacje zaspanego (szalonego) umysłu

 

 

 

 

Mój dzień pracy zaczyna się kilka minut po szóstej, kiedy wychodzę z domu. W zależności od pory roku, wita mnie mrok, szarość lub już jasny dzień. Uliczka o tej porze dnia jest pusta, nic dziwnego skoro większość jej mieszkańców to emeryci i to jacy. Jedna z nich sprawna i wesoła dziewięćdziesięciolatka codziennie jeździ rano tramwajem do kościoła, a w wolnym czasie występuje w amatorskim kabarecie. Inna, mimo chorego kręgosłupa, starannie pielęgnuje swój kwiatowy ogródek przed domem, podczas gdy pozostali już dawno założyli przed domami trawniki i posadzili drzewka iglaste.  Tak jak mój najbliższy sąsiad, namiętny amator grilowania i wypielęgnowanych trawników .

Mam kilka minut drogi do przystanku autobusowego. Po drodze czasem mijam znajomych spieszących się do pracy, a czasem fioletowonosego, który lunatycznym krokiem podąża do pobliskiego sklepu.

Po ulicach krążą samochody dostawcze, dowożące do sklepów m.in. świeże pieczywo, nabiał.

Sam przystanek jest w niezwykłym miejscu, bo czekając na autobus mam za plecami cmentarz (swoiste, codzienne memento mori) a przed sobą stację benzynową, gdzie już panuje ruch i nierzadko wtacza się ogromny tir.

Stary cmentarz znajduje się w obrębie miasta, przez otwartą, bramę ponad mozaiką nagrobków, widać na wzgórzu rozległą panoramę miasta, czyli - życie górą.

I zgodnie z codziennym rytuałem patrzę w niebo, skąd z północno-wschodniej strony, małe punkciki mozolnie wznosząc się na nieboskłon, rysują wyraźne, białe linie rozchodzące się promieniście. W myślach macham im ręką i mówię „Szczęśliwej podróży, dokądkolwiek lecicie”.

W  autobusie smętna atmosfera, zaspane, nieruchome twarze i nikt się nie uśmiecha. Tak, tak, Polacy nie uśmiechają się do siebie, a ja znów mam ochotę krzyknąć to swoje ulubione „Cześć kochani, jak szanowne zdrowie”, ale nie mogę, uznano by mnie za szaloną.

Czekam, aż dojedziemy do lućmierskich pól, gdzie nad horyzontem wznosi się ogromna, pomarańczowa kula , magiczny spektakl wschodzącego słońca, którego nikt z pasażerów nie ogląda. Ach, cóż to za widok!

W łódzkim autobusie twarze są groźne, zwykle jest tłoczno.

Ten ostatni, najmniej przyjemny odcinek podróży, łagodzi mi widok Manufaktury i Pałacu Poznańskiego, które mijam po drodze.

To moja mała, poranna ojczyzna. Znana trasa, gdzie dość łatwo można zauważyć wszelkie zmiany, wznoszone budynki, zmienione nawierzchnie ulic.

Ale przede wszystkim rosnący z miesiąca na miesiąc ruch na drodze.

Moi zapracowani rodacy są na nogach od rana tak jak ja.

Myślę o nich ciepło. Zauważyłam to któregoś dnia, parę lat temu.

Jakby codzienne obserwacje otaczającej mnie rzeczywistości, starannie gromadziły się, by któregoś dnia przemówić gotową opinią.

Zagonieni Polacy, pracując ponad miarę, ucząc się, studiując, zakładając własne interesy, każdego dnia budują swoje życie i nie pomagają im w tym urzędnicy, o których marzę by przestano mówić – „państwo”.

Tyczy to również polityków, którzy imiennie odpowiadają za swoje decyzje, za swoje nieodpowiednie zachowanie.

Marzę, by z ich powodu nie mówić o Polsce – „chory kraj”, bo mi kraj kojarzy się z moją ulicą, moimi sąsiadami, moim miastem, moją pracą i historią.

Doceniam dziennikarzy tropiących wszelkie nieprawidłowości w życiu publicznym i ujawniających nieżyciowe przepisy, podejrzane powiązania, wszelkie afery. Lecz marzę, by z tego powodu nie mówić, że to „chore państwo”, bo za tym wszystkim stoją konkretni ludzie ze swoim nazwiskiem.

Mam prawo by czuć się dumna, z tego, że jestem Polką, bo to wchodzi w zakres mojego ludzkiego poczucia wartości i  proszę nie odbierajcie mi tego prawa, bez przerwy psiocząc na „to państwo”. Oczekiwałabym mówienia o odpowiedzialności ludzi, którzy zdecydowali się być urzędnikami czy politykami.

Czy więc to nie jest szalony pomysł, by  nie lubiąc się kłócić, tak o poranku dywagować?