Wiara powierzchowna - część 1

Jak rzadko wspominamy o nawróceniu, świadomej pokorze, o poświęceniu i przebaczeniu. A przecież o tym nauczał Jezus. Tak sam czynił, aby dać nam świadectwo, jak powinniśmy żyć. Za to oddał swój żywot na krzyżu.

Wielu ludzi, próbuje, inaczej – wierzy, że czyni dobrze. Starają się iść śladami Pana, ale tak naprawdę nigdy nie oddali swego życia Bogu. Jeśli pomagają, liczą na nagrodę, tutaj, na Ziemi, już, teraz. Jeśli cierpią, cierpią na pokaz, chcąc, często podświadomie, wsparcia, szacunku, współczucia. I choć to im się należy, nigdy nie przyjdzie im na myśl, żeby swój ból potraktować jako ofiarę dla Boga; żeby nieść ten swój bolesny krzyż ku jego chwale, ku swojemu ubogaceniu!

Ktoś spyta: "Więc Bóg chce byśmy cierpieli?". Nie! On pragnie naszego szczęścia. Ale czasem droga ku niemu usiana jest cierniami. I czasem trzeba tę drogę przejść, fizycznie nieraz samemu – duchowo – można iść z Bogiem. Kto jednak na to wpadnie?

W kościołach księża czy pastorzy głoszą Ewangelię. Jednak jest ona tak różna od tego, co głosił Chrystus. Kazania koncentrują się wokół tego, co chcemy usłyszeć, a nie tego, co winniśmy usłyszeć. Uczy się nas egoizmu, światowych zasad postępowania. A Jezus niesie ze sobą rewolucję! On wymaga byśmy skupili się nie tylko na sobie, ale i na innych. On woła, żeby czynić innym dobro i czekać na nagrodę w niebie, nie tutaj! My zaś chcemy doskonalić swój najbliższy świat, swoje własne otoczenie. Nie siebie, lecz to, co jest obok. Nam ma być dobrze tu, teraz, zawsze... Nie chcemy, nie mamy ochoty czekać na nagrodę, chcemy jej już. Nam się przecież należy...

Czyżby? Co tak naprawdę nam się należy? Bogactwo? Zdrowie? Spokój? Spełnienie marzeń? Może tak, może nie. Bezustannie dążymy do poprawy własnego bytu, raz lepiej, raz gorzej. Biegniemy wciąż do przodu... Ale gdzie? I gdzie w tym wszystkim jest drugi człowiek? A gdzie jest miejsce dla Boga? Czy w ogóle Go dostrzegamy? Czy jest nam potrzebny w życiu, a może raczej tylko zawadza z tymi przykazaniami, naukami, napomnieniami? Czy jest nam w ogóle potrzebny?

Jezus zstąpił na Ziemię w jednym celu, aby zaprowadzić Królestwo Boże. Przyszedł, by odnowić człowieka, każdego z osobna i wszystkich razem. Jego posługa, istna rewolucja, kładzie podwaliny pod rządy Boga Ojca. Lecz jego zaprawą jest poświęcenie ludzi, ich drogocenne cierpienie, pełne wyrzeczeń, trudzenia się dla innych, trudzenia się dla Boga. Ojciec chce, byśmy dobrowolnie zgięli kolana i ofiarowali Mu siebie całych: On pragnie usłyszeć z naszych ust: "Ojcze Niebieski, Boże Jedyny, za to wszystko co od Ciebie otrzymałem, powiedz, co ja, marny puch, mógłbym uczynić dla Ciebie?".

I tylko tyle. Aż tyle!

Chrystus powiedział chrześcijanom w Laodycei: "Znam uczynki twoje ześ ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący. A tak, żeś letni, a nie gorący, ani zimny, wypluję cię z ust moich" (Obj. 3,15-16). Mieszkańcy miasta opływali w luksus, którym raczyli się obnosić. Liczyli na zadowolenie, pochwałę Chrystusa. Lecz ten, ku ich otrzeźwieniu, ukazał to, co toczyło ich serca i dusze:

'Ponieważ mówisz: Bogaty jestem i wzbogaciłem się, i niczego nie potrzebuję, a nie wiesz, żeś pożałowania godzien nędzarz i biedak, ślepy i goły, radzę ci, abyś nabył u mnie złota w ogniu wypróbowanego, abyś się wzbogacił i obyś przydział szaty białe, aby nie wystąpiła na jaw haniebna nagość twoja, oraz maści, by nią namaścić oczy twoje, abyś przejrzał" (Obj 3,17-18).

Po czym dodaje: "Wszystkich, których miłuję, karcę i smagam; bądź tedy gorliwy i upamiętaj się" (Obj 3,19).

Zbawiciel wymaga od nas upamiętania się. Marek przytacza na początku swej Ewangelii następujące słowa: "Odtąd począł Jezus kazać i mówić: Upamiętaj się, przybliżyło się bowiem Królestwo Niebios" (Mt 4,17). Tutaj, na początku swojej posługi na Ziemi, Jezus mówi wyraźnie – bez opamiętania się będziecie stali w miejscu. Niebo jest blisko, może tuż za rogiem. Jednak, aby do niego wejść, trzeba się opamiętać w tym jak żyjemy. Bez tego rachunku sumienia, będziemy ciągle stać, blisko, może nawet na progu Królestwa Niebieskiego. Cóż z tego, jeśli braknie nam odwagi, by do niego wejść?

Nie możemy żyć tylko prawami tego świata. Nim rządzi szatan, któremu jest na rękę nasze samolubne istnienie. On stoi na drodze do Boga, podszeptuje, rozleniwia naszą wolę, duszę i ciało.
Boi się, że utraci na nas wpływ, jeśli zawierzymy swoje życie Bogu. On chce widzieć nasze grzechy, bo tylko one stoją na drodze do dojrzałości w wierze.

"A gdy wszedł król, aby przypatrzeć się gościom, ujrzał tam człowieka, nieodzianego w szatę weselną. I rzecze do niego: Przyjacielu, jak wszedłeś tutaj, nie mając szaty weselnej? A on oniemiał. Wtedy król rzekł sługom: Zwiążcie mu nogi i ręce i wyrzućcie go do ciemności zewnętrznej; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Albowiem wielu jest wezwanych, ale mało wybranych" (Mt 22,11-14).

Przypowieść ta mówi jasno – Bóg jest gospodarzem; jeśli chcemy się z Nim radować, musimy spełnić Jego warunki. Musimy żyć Jego słowem, istnieć dla Niego, przez Niego i w Nim. To my musimy dostosować swoje życie, nie On do nas. To my jesteśmy petentami u wrót Nieba. Zawierzenie Bogu, opamiętanie się w grzechach, to pierwszy, główny warunek zbawienia.

"Wiarołomni, czy nie wiecie, że przyjaźń ze światem, to wrogość wobec Boga? Jeśli więc kto chce być przyjacielem świata, staje się nieprzyjacielem Boga. Albo czy sązicie, że na próżno Pismo mówi: Zazdrośnie chce On mieć tylko dla siebie ducha, któremu dał w nas mieszkanie" (Jk 4,4-5).

"Nie miłujcie świata ani tych rzeczy, które są na świecie. Jeśli kto miłuje świat, nie ma w nim miłości Ojca. Bo wszystko, co jest na świecie, pożądliwość ciała i pożądliwość oczu, i pycha życia, nie jest z Ojca, ale ze świata. I świat przemija wraz z pożądliwością swoją; ale kto pełni wolę Bożą, trwa na wieki" (1 Jn 2,15-17).

Dlatego opamiętajmy się. Tak zwyczajnie, zaufajmy Panu. Ofiarujmy Mu swój los, aby przelał w nas Ducha Świętego. Niech nasze kroki staną się krokami ku Bogu, ku nadziei, którą daje nam w ofierze.