Wahadła emocji - umysł, dusza, duch (cz.IV)

Dusza zapewne pojawia się na tym świecie ze swym karmicznym DNA, będącym konkretnym programem i wpisanymi w niego zadaniami. Umysł, niestety, skutecznie blokuje dostęp do duszy, uniemożliwiając w ten sposób wdrożenie programu w życie. Platon pisał w genialnej, moim zdaniem, intuicji, że ciało jest więzieniem dla duszy. Dopiero śmierć biologiczna ją wyzwala. Wypadałoby jednak wprowadzić jedną, szalenie ważną, modyfikację. Ciało wcale duszy nie musi przeszkadzać. Jeżeli odpowiednio o nie dbamy, to wyczuwamy wręcz fizycznie komunię duszy z ciałem. Efektem tej komunii jest poczucie wewnętrznej harmonii. Tym, co duszy naprawdę przeszkadza, jest umysł. Zeland mocno akcentuje tę kwestię twierdząc, że różne nieprzyjemne rzeczy, które nas w życiu spotykają, mogą być niczym więcej niż realizacją programu duszy, „która wie”. I wie też, że przykrości, problemy, a nawet nieszczęścia mogą być drogą wiodącą do celu; drogą najkrótszą (świat nie trwoni na darmo energii). Umysł w takich przypadkach się przeciwstawia, blokując tym samym drogę najkrótszą. Świat na spółkę z duszą musi wówczas poszukiwać innych dróg, a to jawi się jako niepotrzebna strata energii. W takiej sytuacji pojawia się jeszcze jedno niebezpieczeństwo. Im bardzie okrężna droga wiodąca do celu, tym więcej jest rozwidleń i tym większe ryzyko całkowitego zagubienia. Autorytarne działanie umysłu zamyka duszę w futerale. Umysł zwycięża, ale podmiot duchowy przegrywa.

            Nie wiemy, czym jest dusza, ale jest to z pewnością najgłębsza tajemnica natury ludzkiej. Może jest to po prostu kanał łączący człowieka z kosmosem? Może Królestwo Boże, jak definiował duszę Mistrz Eckhart? Może odpowiednikiem kosmicznej czarnej dziury? Cokolwiek byśmy o niej nie powiedzieli, jesteśmy zdani na metafory i intuicje.

            Z całą pewnością jest czymś ważnym, realnie istniejącym. Ontologiczny paradoks polega na tym, że umysł, co do istnienia którego nie mamy żadnej wątpliwości, przynajmniej od Kartezjusza (myślę, więc jestem), może okazać się jedynie fantomem, złudzeniem; dusza w swej bytowej niepewności istnieje naprawdę. Tutaj się zatrzymam, ponieważ słowa docierają do granicy wyrażania.

            Zarówno w języku hebrajskim, jak i greckim dostrzegamy ścisłe rozróżnienie pomiędzy duchem a duszą. W tym pierwszym ruah znaczy duch, a nefesz – dusza. Tchnienie słychać w dźwiękowej warstwie słowa – r u a h. Wydaje się dosyć prawdopodobne, że tchnienie Boskiej Mocy Stwórczej miało związek z dźwiękiem znaczącym. Można zatem w sposób uzasadniony pomiędzy Dźwiękiem Znaczącym, Aktem Stwórczym i Duchem postawić znak równości.

            Pomysł to zapewne karkołomny, ale zaryzykuję! Jeżeli pierwsza sylaba ru- oznaczałaby koncentrację energii do stopnia niewyobrażalnego, to –ah mogłoby oznaczać uwolnienie tejże energii – Big Bang, Wielki Wybuch.

 

 

Idąc tropem tej spekulacji, definicja Ducha brzmiałaby następująco: Duch jest Dźwiękowym Tchnieniem, będącym Stwórczym Aktem.

 

 

            A czym jest nefesz? Istnieje tu ścisłe powiązanie z ruah. Wydaje się bowiem, że dusza może być informacyjnym zapisem Pierwszego Tchnienia, czyli indywidualnym kodem kreacyjnym. W kategoriach fizyki kwantowej, byłaby pojedynczą falą infoenergetyczną w Zintegrowanym Polu.

            I, domykając już logicznie wywód, wprowadziłbym następującą dystynkcję: komunia umysłu z duszą jest tak trudna i występuje tak rzadko, ponieważ działanie umysłu warunkuje jego osadzenie w czasie i przestrzeni, dusza natomiast działa w polu. Jedną z konsekwencji tego rozdzielenia jest, jak się wydaje, niemożliwość uzgodnienia mechaniki klasycznej (umysł) i mechaniki kwantowej (dusza).