Ujmij dziecku słodyczy, a cię pokocha

Wszyscy jesteśmy eksperymentatorami. Czy tego chcemy, czy nie – eksperymentujemy na sobie samych i na dzieciach naszych.

 

 Nie masz przecież 100%-owego dowodu, że to, co zaleci Tobie lekarz czy księga mądrości wychowawczych/edukacyjnych/dietetycznych - jest prawdą absolutną. Dlatego ja swoje kroki życiowe częściowo opieram na źródłach, które doradzają (czasem tonem życzliwie ciepłym, czasem inkwizycyjnie groźnym), częściowo zaś na głosie wewnętrznym. Autonomicznym. Specyficznej rzece, bo uchodzącej z dwóch miejsc: z serca i z rozumu.e8fe9f6fffc78811df5681bb04cd982d.jpg

 Eksperymentujemy. Nie mam wątpliwości co do tego.

 Ani zastrzeżeń zresztą. Wszak żyjemy, by badać, czerpać, doświadczać i piąć się w górę.

 Trudniejsza sprawa, gdy eksperymentujemy na dzieciach. Czy są jednak rodzice, którzy mniej lub bardziej tego nie robią? Osobiście wątpię.

 Półtora roku temu rozpocząłem Wielki Eksperyment na jedynym mym, ukochanym synu. Może jest jakimś usprawiedliwieniem, że pchnęły mnie do tego kroku uczucia troski i miłości. Powszechnie jednak wiadomo, że dobre intencje sukcesu nie gwarantują, a często nawet w barszcz Sosnowskiego prowadzą.

 Jakub miał wówczas niespełna cztery lata. Jadł dużo słodyczy. Za dużo. W owym czasie podjąłem decyzję o przejściu na wegetarianizm (tak, kolejny eksperyment) i przeglądałem książki, prasę oraz Internet w poszukiwaniu wiedzy. Jak dieta wpływa na organizm ludzki. Na siłę układu odpornościowego, na wydolność – i na system nerwowy.

 Gdy rozejrzeć się dookoła, wiele dzieciaków je słodycze niczym pieczywo. Moje dzieciństwo przypadło na lata 70. Socjalistyczne i nieco oddalone od przepychu. Za uliczno-podwórkowy fast-food (o szkolnym prowiancie nie wspominając) służyły kanapki i jabłka. Albo owoce i warzywa zdobywane metodą błyskawicznego desantu na okolicznych sadach i plantacjach. Nie przypominam sobie widoku dziecka z czekoladowym batonem w ustach. Dziś zaszły co najmniej dwie zmiany na niekorzyść. Dzieciaki jedzą często w biegu, jak i w dawnych czasach – ale jabłko zazwyczaj zastąpione jest snickersem. Co więcej: w biegu zaczęli jeść dorośli. Fatalnie. Nie rokuje to raczej generacji wspinających się na wyżyny olimpijczyków.

 Cukier ma tyle wad, że nie mam nawet woli, by wszystkie je wymienić. Puszka coca-coli zawiera 7 łyżeczek cukru, a już jedna powoduje, że system odpornościowy organizmu na kilka godzin zawiesza działalność i otwiera bramy wirusom, gdy nadejdą. A przecież zawsze jakieś są w pobliżu. Krążą jak piranie. Cukier szkodzi oczom, degraduje komórki i uszkadza system nerwowy. W przypadku dzieci, którym ciało i duch się kształtują, jest to szczególnie niepożądanym następstwem. Obserwując niejednych rodziców, zauważyłem, że wręczany przez nich baton jest niczym innym jak narzędziem politycznym. Zabiegiem manipulacji. Uspokaja dzieci, przekabaca, gdy trzeba do czegoś przekonać, zapewnia spokój lub izolację, gdy rodzice chcą się dzieci pozbyć, bo przecież zmęczenie, film ciekawy, goście...

 Działa to całkiem skutecznie.

 Szkoda, że kosztem dziecka.

 Rodzicu! Dziś kupujesz sobie spokój i łaski dziecka, ale za 20 lat stanie ono przed Tobą i rozliczy za kondycję zębów i trzustki.

 Rozliczenie może być surowe, a Twoje obecne intencje łaski nie zapewnią.

 Sam nie byłem bez winy. Sam zresztą byłem cukrożercą. Chcecie poznać szaleńca, który do jednej kawy jadł 8-10 snickersów? Oto ja.

 Półtora roku temu wprowadziłem, po oczywistej konsultacji z żoną, Nowy System Sacharynowy.

 SŁODYCZE TYLKO W NIEDZIELĘ.

 O dziwo – bunt dziecka był krótki i nie przyniósł ofiar śmiertelnych ni wypalonych domostw. Nic dziwnego. Dzieci CHCĄ określenia granic. Owszem, napierają na nie niezmożenie – ale wszak napór na bariery i wspinaczka ku nowym szczytom jest naturą człowieka! Dzieci napierają, lecz przestrzeń ograniczona czyni ich świat bezpiecznym i szczęśliwym.

 Chcę Wam powiedzieć, co przyniósł eksperyment.

 Po pierwsze: moje dziecko zgrzeczniało. Potwierdza to teorię, że cukier ma tak silny jak kiepski wpływ na układ nerwowy, zachowanie i dyscyplinę dzieci. Dodam, że przekąską fast-foodową stały się rarytasy wegańskie/witariańskie: surowa papryka, groch, owoce, orzechy... W każdej minucie tworzą się nowe komórki w ciele (dorosłym oczywiście także). Komórki te będą na tyle sprawne, i na tyle odporne, na ile materiał budulcowy im pozwoli. Dobrze, jeśli jest takim pomidor, szczypior, jabłko, a nie baton i landrynki.

 Po drugie: WZROSŁA RADOŚĆ mojego dziecka. Pamiętacie PRL? Kiedy kawałek czekolady trzymało się kilka godzin lub dni jak relikwię, po czym jadło z endorficznym nabożeństwem? Dziś dzieci, którym codziennie wsypuje się w dłonie słodycze, mielą je ze znudzoną, apatyczną twarzą jak te krowy trawę na pastwisku. Czyż rarytas wręczany w nadmiarze jest wciąż rarytasem?

 Mój Kuba znów podskakuje z radości, gdy dostaje słodycze. Jestem szczęśliwy i usatysfakcjonowany, gdy widzę, jak z rozanieloną twarzą delektuje czekoladę.

 Tak. Dostaje smakołyki raz w tygodniu. I to jest prawdziwe święto i prawdziwa radość.

 Rodziców także.

 Tak. Eksperyment, jako rzekłem.

 Ale jakże obiecujące są pierwsze efekty.