Czy były premier wiedział o współpracy podlegających mu służb z Rosją? Jeśli wiedział, to dlaczego nie podpisywał zgody na współpracę? Jeśli nie wiedział, to jak wypełniał ciążące na nim obowiązki nadzoru nad służbami specjalnymi? Pytania cisną się na usta...

„Kolorowy korowód przez Warszawę”, „Tusk kandydatem”, „Czerwone kartki”, „Peron trzeci” – ekscytowały się media salonu III RP, kiedy ponad dwa tygodnie temu były premier wezwany został na przesłuchanie do wojskowej prokuratury. Zeznać miał śledczym, co wie o tajnej współpracy pomiędzy podlegającymi mu niegdyś szefami najważniejszej służby kontrwywiadowczej w kraju a niesławną rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa – następcą KGB. Sytuacja bez precedensu – śledczy stawiają zarzuty nielegalnej współpracy ze służbą otwarcie wrogą Polsce najważniejszym przez wiele lat oficerom, którzy w założeniu mają za zadanie łapać działających przeciwko Polsce szpiegów. W sprawie przez ponad 8 godzin przesłuchiwany jest były premier, który nadzorował ich działalność. Wszystko to dzieje się w państwie, które w niewyjaśnionej katastrofie traci prezydentów, dowódców rodzajów sił zbrojnych, liderów politycznych. Giną na terenie państwa, z którym nielegalnie współpracowali szefowie polskiego kontrwywiadu. Pytania nasuwają się same. Czy premier wiedział o współpracy podlegających mu służb z Rosją? Jeśli wiedział, to dlaczego nie podpisywał zgody na współpracę? Jeśli nie wiedział, to jak wypełniał ciążące nad nim obowiązki nadzoru nad służbami specjalnymi? Jeśli służby nie raportowały mu prawdziwego stanu rzeczy, to komu raportowały? Dlaczego jego ministrowie odmawiali odpowiedzi na stawiane w tej sprawie pytania posłów ówczesnej opozycji?  Wreszcie dlaczego w pięć dni po tym, jak podlegający premierowi minister odmawia odpowiedzi na oczywiste pytanie o podstawy prawne współpracy SKW z FSB, z odsieczą przybywa Władimir Władimirowicz Putin, publikujący na kremlowskich stronach internetowych rozkaz, w którym poleca swoim czekistom podpisać w ciągu 24 godzin stosowną umowę z Polakami, tak aby w sprawie powstały pozory legalności? Wątpliwości cisną się na usta. I co? I nic. Jedyne pytanie, które zadają salonowcy III RP, to to, czy ów były premier wygra wybory, które odbędą się za trzy lata.  Prawie nikt nie pyta o to, czy w sprawie, w której Premier dopuścił do tak skandalicznych nadużyć, on sam nie powinien stanąć pod zarzutami przekroczenia uprawnień i zdrady dyplomatycznej.

 

Autor: Michał Rachoń