Trudne z miasta na wieś powroty

Podobno wszyscy pochodzimy ze wsi. Nawet ci, którzy od kilku pokoleń mieszkają w mieście, mają do kogo wyjeżdżać na długie weekendy i wakacje na łonie przyrody.

 

W ostatnich latach coraz więcej osób pragnie uciec z miasta i wrócić do prostego życia na wsi. Często okazuje się, że to zycie wcale już nie jest takie proste.

Miejskie bagno czy wiejskie rozlewisko

Karolina śladem bohaterek wielu polskich filmów i seriali w pewnym momencie swojego życia postanowiła porzucić wątpliwe uroki miejskiego zgiełku i wyprowadzić się na wieś. Była pełna optymizmu i nadziei na to, że jej życie się zmieni. Była zmęczona miejskością, kojarzyła jej się z wyścigiem szczurów i nieudanymi związkami, z ludźmi, którzy nie potrafili zbliżyć się do drugiego człowieka. Karolina była pewna, że proste wiejskie życie jest panaceum na te problemy.

Jednak ta przeprowadzka okazała się trudniejsza niż się wydawało. Do Karoliny bardzo niechętnie byli nastawieni miejscowi. Różniła się od nich, a oni bali się tej inności. Wielu z nich myślało o Karolinie jak o typowym mieszczuchu z Warszawy. Kiedy Karolina chodziła do wiejskiego sklepu po zakupy, słyszała jak ludzie o niej szepczą, widziała ich wrogie spojrzenia. Próbowała przełamywać tę niechęć, w sklepie zaczynała rozmowę, o pogodzie, o warzywach, o wszystkim, ale zwykle była zbywana lub ignorowana. Czarę goryczy przepełnił pewien czerwcowy wieczór. Do jej drzwi zapukała sąsiadka ze świętym obrazkiem w ręku i słowami "Jutro Boże Ciało, trzeba powiesić". Karolina grzecznie podziękowała i odpowiedziała, że nie powiesi, ponieważ nie jest wierząca i nie obchodzi tego święta. Sąsiadka rzuciła jej nienawistne spojrzenie i jeszcze raz próbowała wcisnąć obrazek.

- Wierzy, nie wierzy, powiesić trzeba, tutaj każdy wiesza - warknęła.

 Karolina nie zgodziła się. Po paru dniach zobaczyła na swojej skrzynce na listy napisane markerem "Szatan tu mieszka". Było jej przykro, ale napis zamalowała. Po paru dniach znów napis -  "Bóg cię ukarze". Nie miała już siły, nie miała o tym komu powiedzieć. Mieszkała sama również w mieście, ale na wsi, gdzie każdy traktował ją jak wroga, czuła się jeszcze bardziej samotna. Po kolejnym tygodniu spakowała się i wróciła do miasta.

Już mi niosą siano w welonie

Justyna poznała Marka przez znajomych. On był kuzynem jej przyjaciółki, przyjechał załatwić coś w Białymstoku i tak się spotkali. Byli ze sobą 3 lata - stwierdzili, że chcą wziąć ślub. Ona była jeszcze na studiach, on trzymał pieczę nad interesami ojca na wsi. Po ślubie miała się przeprowadzić do Marka. Rodzice mieli duży dom, a Marek obiecał, że ich część urządzą tak, jak chce Justyna. Myślała, że będą szczęśliwi. Po ślubie mąż kupił jej samochód, dzięki niemu miała zachować okno na miejski świat (w końcu mieszkali tylko godzinę drogi od Białegostoku). Zaczęło się psuć już na początku. Koleżanki z miasta przestały ją odwiedzać, a Justynie brakowało towarzystwa. Zaczęła więc razem z mężem wchodzić w świat jego znajomych.

Do ich domu przychodziło coraz więcej kolegów Marka.  Zaczęło się od cotygodniowych imprez zakrapianych dużą ilością alkoholu. Przyszedł sierpień, miesiąc trzeźwości - koledzy Marka złożyli śluby w kościele, że nie będą pili. I nie pili, przychodzili z marihuaną i amfetaminą. We wrześniu planowano wielkie wydarzenie - w sąsiedniej wsi otwierano dyskotekę. We wsi, w której mieszkała, zbierała się już wielka ekipa. Justyna cieszyła się bo już dawno nie była w klubie. Jednak to co zobaczyła we wrześniową sobotę, trudno było nazwać klubem. Przychodziła tam młodzież w każdym wieku, na parkingu w samochodach 13-letnie dziewczyny kompletnie pijane traciły cnotę z dopiero co poznanym chłopakiem, w dyskotece muzyka, która nie nadawała się do niczego, oraz pełno pijanych ludzi. Zapach potu i alkoholu mieszał się tworząc nieprzyjemną dla nosa mieszankę.

Justyna poszła kupić piwo. Po dłuższej chwili przeciskania się do baru przez tłum dziewczyn i chłopców w wieku 13-15 lat kupiła i po jednym łyku wyrzuciła napój, który był piwem tylko z nazwy. Poszła z mężem trochę potańczyć, na parkiecie tłum ludzi przytupujących z jednej nogi na drugą jak w transie. Poszła do łazienki wypełnionej dziewczynami młodszymi od niej, dwie z nich wymiotowały, reszta ledwo trzymała się na nogach od alkoholowego upojenia. Justyna nie wytrzymała dłużej, wzięła Marka za rękę i wbiegła z dyskoteki. Chciała wracać do siebie do domu. Następnego dnia powiedziała Markowi, że nie chce więcej imprez w jej domu i nie chce już jeździć z nimi na dyskoteki. Odcięła się od tego świata. Koledzy ze wsi czasem mówią jej cześć, nie są jej wrogami, ale Justyna zrozumiała, że przyjaciółmi nigdy nie zostaną.

Po dawnej spokojnej, otwartej i prostej wsi nie zostało już wiele. Jak wszystko w tym kraju, została poddana trudnym przemianom. Przemianom, w których nikt nie chciał polskiej wsi pomóc i nie chce pomóc do dziś. Trudno się więc dziwić, że wieś stała się nam co raz bardziej obca i wroga. Dyskoteki podobne do tej w jakiej bawiła się Justyna są w całej Polsce, a wrogie nastawienie ludzi wsi do "bogaczy z miasta" można doświadczyć w większości polskich wsi. Dziś polska wieś jest wybuchową mieszanką tradycji i "nowoczesności".

 Co gorsza, jest to mieszanka zabójcza i dla miasta, i dla samej wsi.