Trójca i ich dwoje. CD.

Planeta przez Boga zapomniana. Zacienianie Anny.

 

 

ZIEMIA – PLANETA  PRZEZ  BOGA  ZAPOMNIANA  

       Swoją  książkę  „Pomyłka  Darwina”,  Hans,  Joachim  Zillmer  zaczyna  od  słów: Był  kiedyś  taki  precyzyjny,  naukowo  dowiedziony  światopogląd,  który  liczył  sobie  200  lat.  Do  zbadania  pozostały  już  tylko  nieliczne  rzeczy  i  nasza  wiedza  była  prawie  kompletna…

       Ta  współczesna  bajeczka  to  wynik  teorii  Isaaca  Newtona  (mechanika  ciał  niebieskich)  i  Karola  Darwina  (teoria  ewolucji).  Według  nich  zawsze  panowała  powszechna  harmonia.  Zgodnie  z  tymi  zasadami  wszechświat,  a  co  za  tym  idzie  i  nasza  Ziemia,  rozwijały  się  stopniowo  i  nieustannie.

       Przez  przypadek  z  aminokwasu  powstał  organizm  jednokomórkowy.  Jak  naucza  teoria  ewolucji,  od  razu  rozwinęła  się  z  niego  złożona  forma  życia.  Gdyby  to  miało  być  prawdą,  powstaje  pytanie  (którego  nikt  jakoś  nie  zadał):  skąd  się  wzięła  ta  druga  komórka,  która  dołączyła  do  pierwszej,  powstałej  na  skutek  niewiarygodnego  zbiegu  okoliczności?

       Otóż  odpowiadam  za  autora  tej  książki – przykleił  ją  do  pierwszej  (jakimś  cudownym  klejem – zapewne  lepszym  niż  dzisiejsze)  Pan  Bóg  Wszechmogący – Ojciec. 

       Mówimy  w  tej  chwili  o  tej  postaci  monoteizmu  żydowskiego,  która  była  obiektem  wiary  i  tęsknych  westchnień  wywodzącego  się  z  Ur  Chaldejskiego  Abrahama,  który – o  ironio – monoteistą  nie  był,  ale  którego  za  kogoś  takiego  uważamy,  bo  tak  chcą  Żydzi,  Biblia  i  chrześcijański  Kościół  (żona  jego  wnuka  Jakuba – Rachel – kradnie  swojemu  ojcu,  Labanowi,  który  jednocześnie  jest  stryjem  jej  męża – bożki  ogniska  domowego¹   doskonale  wiedząc,  że  jej  mąż  jest  monoteistą?). 

       Trzeba  wiedzieć,  że  Abraham  wyruszył  z  Ur  ok.  2000 – 1800 r.  p.n.e. (w  zależności  od  źródeł),  jednak  autor  w  swojej  książce  opisuje  okres  dużo  wcześniejszy,  a  więc  taki,  w  którym  na  Ziemi  nie  było  jeszcze  człowieka.

       Zatem  prezentowany  przez  tegoż  autora  młotek  pochodzący  z  okresu  sprzed  około  140 000 000  lat – tak  mówi  archeologia – przypuszczalnie  został  pozostawiony  na  ziemi  przez  Pana  Boga  Wszechmogącego – zapewne  podczas  jej  oględzin. 

 1 – Bożki  ogniska  domowego – To  prawdopodobnie Urim. W  Biblii  Urim  jest  określeniem  "bożka  ogniska  domowego",  jednak  prawie  zawsze  występuje  w  wyrażeniu  "urim  i  tummim",  które  oznacza  rodzaj  losów  pomocnych  w  odczytywaniu  woli  Bożej  (zob. Wj  28, 30;  Kpł  8, 8;  Ezd  2, 63;  Ne  7, 65).  Za  pierwowzór  urim  i  tummim  uważa  się  babilońsko-chaldejskie  "tabliczki  przeznaczenia"  (będące  w  posiadaniu  Tiamat,  żeńskiego  demona  zła),  które  miały  moc  decydowania  o  losie  człowieka.

Urim  i  Tumim  (spotyka  się  pisownię  zarówno przez  jedno  jak  i  dwa  m –  przypadek  autora)Urim  to l iczba  mnoga  od  "światło",  natomiast  Tumim   można  przetłumaczyć  jako  doskonałość,  lecz  także  niewinność,  czystość  lub  prawda,  przy  czym  też  jest  to  forma  liczby  mnogiej – w  starożytnym  judaizmie  dwa  ,różniące  się  kolorem  kamienie  (najprawdopodobniej  biały  i  czarny),  należące  do  arcykapłana  służące  jako  losy  do  objawiania  bożych  wyroków.

 POCZĄTEK      

Wsiadł  do swojego  serafina.  Zajął  miejsce  za  pulpitem  sterowniczym,  poprawił  się  raz  i  drugi.  Teraz  było  mu  wygodnie.  Lubił  wygodę.  Dbał  o  nią  zawsze  kiedy  tylko  mógł.  Sprawdził  wszystkie  przyrządy.  Miały  funkcjonować  niezawodnie.  Podróż  była  daleka,  na  Ziemię,  gdzie  już  wcześniej  rozdzielił  wody  od  lądów.  Wprawdzie  był  Wszechmogący  i  mógł  naprawić  wszystko,  i  w  każdych  warunkach,  jednak  zawsze  wymagał  niezawodności.  Nie  lubił  problemów.  Spojrzał  na  sąsiedni  fotel.  Był  pusty.  Nie  brał  pomocnika,  nie  chciał  aby  mu  w  tej  podróży  przeszkadzano.  Potem  zerknął  do  tyłu,  gdzie  leżał  jego  kombinezon  i  hełm.  Zastanawiał  się  chwilę,  czy  go  nie  założyć.  Zrezygnował  jednak  z  tego  zamiaru.  Kombinezon  krępował  mu  ruchy,  a  on  postanowił  nie  opuszczać  pojazdu  wcześniej  niż  u  celu  podróży – na  Ziemi.  W  razie  potrzeby  założy  go  w  trakcie  lotu.  Uruchomił  silniki,  sprawdził  je.  Były  w  porządku.  Ruszył.  Przenikną  przez  wrota  czasu  i  znalazł  się  w  czarnej,  zimnej  przestrzeni,  którą  stworzył,  i  gdzie  nieożywiona  jeszcze  Ziemia  w  swoim  szalonym  pędzie  ku  przyszłości  okrążała  Słońce.  On  stworzył  to  wszystko,  całą  tą  przestrzeń,  te  gwiazdy,  te  krążące  wokół  nich  planety,  najmniejsze  nawet  cząstki  tej  przestrzeni – wszystko  to  jego  dzieło.  Wprawdzie  ich  nie  widział,  nie  mógł  ich  widzieć.  Jego  percepcja  nie  była  wystarczająco  duża,  a  cząstki  były  zbyt  małe,  ale  czuł,  że  są.  Teraz  osobiście  chciał  się  przekonać  jak  w  praktyce  wygląda  planeta,  którą  zamierzył  zagospodarować.

       Z  kompletnie  nieintelektualnych  powodów  wybrał  Ziemię.  Czuł,  że  to  „ta”  planeta,  że  tam  jest  centrum  jego  Wszechświata.  Czuł,  że  tam  chce  utworzyć  życie,  inne  niż  niebiańskie.  Niebiańskie  nie  dawało  mu  pełnego  szczęścia.  Lubił  bale,  to  prawda,  ale  potrzebował  czegoś  więcej.  Inni  tworzyli  różne  życia  na  różnych  jego  planetach,  ożywiali  je,  więc  dlaczego  on  jeszcze  tego  nie  zrobił?  Też  chciał.  Od  dawna  chciał.  Nawet  czuł,  że  wie  jak  to  zrobić.  Był  przecież  Wszechmogący.

       Jeszcze  wtedy,  będąc  w  Niebie  sam,  to  znaczy  bez  innych  bogów  takich  jak  Baal,  Wirakocza,  Sziwa  czy  późniejszy  Allach  z  którym  bez  końca  będzie  grał  w  kości  i  odpoczywając  po  trudach  tworzenia  Wszechświata,  to  znaczy  tworzenia  światłości,  rozdzielania  wód  i  siedząc  przy  oknie  czasu,  pogrążał  się  w  marzeniach,  i  chciał  coś  czuć,  coś  widzieć,  słyszeć,  ale  niczego  nie  czuł.  Nie  czuł  żadnych  zapachów,  nie  słyszał  żadnych  odgłosów,  ani  niczego  nie  widział.  Nie  mógł  widzieć.  Wiedział,  że  nie  może  widzieć,  ale  wiedział,  że  może  czuć,  tymczasem  żadne  bodźce  czy  to  zapachowe,  czy  to  głosowe  nie  dochodziły  do  niego.   

Szkoda,  że  ta  planeta  jest  tak  daleko – pomyślał. – Przynajmniej  bym  ją  widział.  Tak  intensywnie  pracowałem  przy  tworzeniu  światłości  i  rozdzielaniu  wód – całe  dwa  dni,   a  w  dalszym  ciągu  nic  nie  widzę  ani  nie  czuję.  Trzeba  poczekać – zaraz  przyjdzie  szósty.  Wtedy  wszyscy  w  Niebie  zobaczą…

       W  przyszłości,  wśród  stworzonego  przez  siebie  życia – myślał,  że  rozumnego,  chociaż  nie  jest  to  pewne,  bo  prawie  w  całości  jest  ono  uczuciowe – chciał  utworzyć  swój  kult,  też  rozumny,  ale  w  rzeczywistości  uczuciowy.  Jednak  teraz  chciał  wiedzieć  czy  Ziemia  nadaje  się  już  do  zasiedlenia  człowiekiem.  Tak  nazwał  istotę,  którą  zamierzał  stworzyć – ziemianin,  czyli  człowiek,  co  miało  „brzmieć  dumnie”.  Nie  wierzył  nikomu,  dlatego  postanowił  udać  się  na  nią  osobiście,  by  to  sprawdzić.  Mknął  przez  tą  zimną  i  czarną  przestrzeń,  którą  sam  stworzył,  omijając  różne  gwiazdy  i  planety,  a  kiedy  jego  serafin  zbliżał  się  już  do  Ziemi  zmniejszył  jego  szybkość  i  po  znalazłszy  się  na  dogodnej  wysokości,  nad  jej  powierzchnią,  zaczął  ją  okrążać  przyglądać  się  jej  z  góry.  Po  pewnym  czasie  zniżył  lot,  a  chwilę  później  zauważył  jakiś  niewielki  punkt  poruszający  się  nad  wodą,  nad  którą  się  znajdował.  Zniżył  lot  jeszcze  bardziej,  zawracając  jednocześnie  w  kierunku  zauważonego  punktu.

       Zdziwił  się  bardzo  kiedy  rozpoznał  w  nim  swojego  Ducha.  Opuścił  się  jeszcze  niżej  tak,  że  jego  serafin  dotykał  kołami  wody  i  zatrzymał  się  w  miejscu.  Mimo  że  wody  były  już  oddzielone  od  lądów,  to  i  tak  Duch  unosił  się  nad  nimi.  Kiedy  Duch  nadleciał  też  się  zatrzymał  i  zmienił  swoją  postać  z  gołębicy  na  tą  niebiańską,  i  teraz  częściowo  zanurzony  w  wodzie  patrzył  na  Pana  swoimi  wielkimi,  łagodnymi  oczyma  z  niedowierzaniem  kręcąc  głową  i  powiedział:

    – Witaj  na  Ziemi.

    – Co  ty  tu  robisz? – zapytał  Pan  nie  witając  się  z  Duchem.

    – Nie  widzisz.  Latam  sobie – powiedział  Duch.

    – Przecież  wody  są  już  rozdzielone!

    – I  co  z  tego?

    – Jak  to  co?  Ty  masz  latać  nad  chaosem.  Tu  już  jest  porządek!  Jest  już  dzień  trzeci.  Przyleciałem  zbadać,  czy  można  już  „zasiać”  trawy  i  „zasadzić”  lasy?

    – Lubię  sobie  tak  latać.  Przeszkadza  ci  to?  Poza  tym  gdzie  ty  tu  widzisz  porządek?  Tu  jeszcze  daleko  do  porządku.  Czy  pod  twoim  nadzorem  kiedyś  on  tu  nastąpi? – zapytał  Duch. – I  jaki  dzień  trzeci?  Trzeci  dzień  będzie  w  nocy  po  „zasianiu”  przez  ciebie  traw.

       Pan  odwrócił  się  na  chwilę,  udając  że  tego  nie  słyszy,  a  potem  rzekł:

    – A  ciemność?  Ty  masz  unosić  się  w  ciemnościach,  a  tu  jest  światło.  Już  stworzyłem  światło.  Nie  widzisz? – zapytał  Pan.

    – No  jest.  I  co  z  tego?  Mrużę  oczy.  To  wszystko.

    – No  dobrze,  niech  tak  będzie …  ale  ludzie…  Co  oni  powiedzą  jak  cię  zauważą?

    – Jacy  ludzie?  Przecież  tu  nie  ma  żadnych  ludzi,  a  wody  ciągle  parują. 

    – Za  chwilę  ich  stworzę!

    – Kogo,  ludzi?

    – Tak!  Ludzi!

    – Jak  ich  stworzysz,  to  przestanę  latać.  A  w  którym  dniu  planujesz  ich  stworzyć?

    – W  szóstym.  A  co?  Dlaczego  pytasz?

    – Pytam,  bo  chcę  wiedzieć  ile  mam  czasu.  Nie  chcę  ci  przeszkadzać.  A  w  szóstym  niebiańskim  czy  lokalnym?

    – Wiesz – niebiańskim,  ale  mógłbyś  już  przestać.  Znalazłbyś  sobie  inną  planetę.  Jest  ich  wokół  pełno.  Latając  tutaj  już  teraz  przeszkadzasz  mi  w  moim  dziele.  Wielkim  dziele.  Pokażę  ci,  gdy  je  zrobię!

    – Jak  w  niebiańskim,  to  mam  jeszcze  mnóstwo  czasu.  Zanim  ty  zaczniesz  tu  coś  robić,  to  ja  jeszcze  sobie  trochę  polatam,  dobrze?  Potem,  jak  już  zaczniesz  tworzyć,  tak  jak  mówisz,  to  znajdę  sobie  inną  planetę.  Co?

       Przez  chwilę  patrzył  na  Pana  swoimi  wielkimi  oczyma,  po  czym  odwrócił  się  tyłem  do  jego  statku  i przybierając  poprzednią  postać  odfrunął.  Pan  nie  mogąc  dogadać  się  z  Duchem  nie  widział  sensu  tracić  czasu.  Zawrócił  serafina  i  odleciał  w  swoją  stronę.  Wzbił  się  w  górę.  Stamtąd  lepiej  było  nawigować.  Po  chwili  dolatywał  już  do  miejsca,  które  zawczasu  sobie  upatrzył.  Lecąc  nad  nią  uważnie  przyglądał  się  jej  z  kabiny.  W  końcu  zatrzymał  statek,  jeszcze  raz  popatrzył  na  Ziemię – jak  okiem  sięgnąć,  a  sięgał  niezbyt  daleko,  wszędzie  było  pusto.  Niezmierna  cisza.  W  górze  świeciła  gwiazda,  którą  nazwał  Słońcem.  Z  serafina  spuścił  sznurową  drabinę.  Zszedł  na  dół.  Przeszedł  się  tam  i  z  powrotem,  a  potem  młotkiem,  który  wziął  ze  sobą  odkuł  kawałek  skały.  Obejrzał  go  ze  wszystkich  stron  i  odłożył  na  bok,  a  odszedłszy  kilka  kroków  powiedział  cicho  sam  do  siebie:

    – Już   czas,  trzeba  się  spieszyć.  Zapomniałem  o  tej  planecie.  Właściwie  to  nie  zapomniałem,  tylko  te  bale …  Ach!  Trzeba było robić to wcześniej – tylko kiedy?

       Poszedł  dalej  w  kierunku  słońca,  które  na  bezchmurnym  niebie  świeciło  mu  prosto  w  oczy.  Zaczął  je  mrużyć,  czyli  robić  dokładnie  to,  o  czym  chwilę  temu  mówił  Duch.  Mrużył  je  mocno  i  ze  spuszczoną  głową,  aby  uniknąć  skutków  oświetlenia,  doszedł  do  drabiny,  po  której  zszedł  z  serafina  na  Ziemię.  Odwrócił  się  i  chociaż  była  sznurowa,  oparł  się  o  nią  plecami – odpoczywał.  Takie  czynności  jak  kontrola  czegoś – teraz  Ziemi – męczyły  go  nadmiernie.  Pod  zamkniętymi  powiekami  powstawał  obraz  lasów,  które  miał  „sadzić”  i  pachnących  łąk,  które  miał  „siać”.  Ich  zapachy  będą  się  unosić  w  przestrzeni  okalającej  Ziemię  i  docierać  aż  do  Nieba.  Wówczas  jeszcze  nie  przewidywał,  że  z  czasem  niezmiernie  polubi  smród  palonej  keratyny – bardziej  niż  zapach  lasów  i  łąk. 

       Tak  rozmyślając  zaczął  się  wspinać  do  swojego  serafina  i  kiedy  był  już  kilkanaście  szczebli  nad  ziemią,  przypomniał  sobie  o  zapomnianym  młotku.  Zatrzymał  się  na  chwilę.  Obejrzał  za  siebie.

    – Nie  chce  mi  się  już  po  niego  schodzić – mruknął. – Następnym  razem  stworzę  sobie  nowy,  lepszy – dodał,  i  ponownie  zaczął  się  wspinać.

       W  tym  momencie  złamał  mu  się  szczebel  pod  nogą  i  omal  nie  spadł  z  drabiny.

    – Ech,  do  diabła – powiedział  na  głos,  a  po  chwili  dodał – przecież  jestem  Panem  i  nie  wypada  mi  tak  brzydko  mówić.  Poza  tym,  jeszcze  go  nie  stworzyłem.  To  Lucyfer – po  czym  zaczął  wspinać  się  wyżej  mrucząc  pod  nosem: 

    – Gdybym  spadał  z  dużej  wysokości,  to  zanim  rozbiłbym  się  o  ziemię,  zdążyłbym  podjąć  decyzję  zapobiegającą  grożącej  mi  tragedii,  ale  to  było  zbyt  blisko  ziemi  aby  czemukolwiek  zapobiec.  Tak,  to  na  pewno  on – Lucyfer.  Muszę  na  niego  uważać.  Jest  bardzo  przebiegły.

       Wszedł  do  środka,  wciągnął  drabinę,  zamknął  drzwi  i  tak  jak  na  początku  zajął  miejsce  za  pulpitem  sterowniczym.  Sprawdził  przyrządy,  odpalił  silniki – wszystko  było  w  porządku.  Ruszył.