Teraz już wiesz...

 

Jest wiele słów i drogowskazów, które uznajemy za pewne, jednoznaczne, niezmienne. Za takie, które są  punktami odniesienia, względem których orientujemy się w wędrówce przez życie. Wynosimy je z domu, ze szkoły, tworzymy je sami na bazie wiedzy i doświadczenia. 

 

Jest jednak jedna sprawa, która nieodmiennie, od wieków, wymyka się racjonalnemu pojmowaniu. Napawa lękiem. Jest nienazywana, wyklęta, wstydliwa... Przeraża do tego stopnia, że usuwa się ją ze świadomości. A na imię jej-Śmierć.

Tę lukę wypełnia religia. To ona usiłuje nadać Śmierci sens. Co zadziwiające, niezależnie od systemu religijnego, Śmierć jest zanurzana w sakrum nieśmiertelności. 

A może tylko Śmierć jest nieśmiertelna? 

    35b3facb33245d478d4e8521c358154c.jpg

Od pradawnych wierzeń Egiptu, Tybetu, Persji, Grecji, Rzymu do współczesności, Śmierć, na różne sposoby, była pojmowana jako Brama-Przejście do innego świata. Innej rzeczywistości. I zawsze, od żyjącego tu i teraz człowieka zależało, jaka ona będzie. 

A więc wieczność każdego, kto podlega Śmierci, zależy od Tu i Teraz. 

Od zawsze, człowiek próbuje ujarzmić świat materii i ducha. Stwarza i unicestwia  bogów. 

Istnieje przekonanie, zwłaszcza wśród psychologów, że aby nad czymś zapanować, należy wprzódy to nazwać. Lecz Śmierć, mimo, że nazywana na wiele sposobów, nigdy nie poddała się ludzkiej dominacji. Pozostała zupełnym, niezmiennym i wiecznym suwerenem.

Śmierć jest i była tym, przed czym drżeli i drżą najwięksi władcy tego świata. I, paradoksalnie, lęk przed Nią mógłby być największym motorem postępu, gdyby nie wynaturzone pojęcia iluzji, tworzone przez potężnego demona, ludzkie Ego. Ludzkie Ego nie znosi Śmierci. Nie lubi przegrywać...

Nigdy.

Ze Śmierci uczynił człowiek, nie szansę na uwolnienie się z pęt własnych słabości, lecz plugawą rozrywkę i zabawę w Boga. Wszak, w końcu, śmierć jest czymś co przytrafia się innym. Nie mnie.

Czym jest kult młodości, konsumpcji i wiecznej zabawy? Czym są widowiska śmierci oglądane z bezpiecznej odległości?

Kultura współczesnego Zachodu (o ile można mówić tu o kulturze) wstydzi się śmierci. Zagubiła gdzieś całą tajemnicę umierania i przemijania. Temat śmierci, jako osobistego doświadczenia każdego człowieka, jest niechętnie podejmowany. Stanowi tabu, jako realne zjawisko, które stało się wirtualną grą, horrorem z nieodzownym elementem seksu. Gdzie krew jest lana hektolitrami, a zwłoki są zabawnymi lalkami, tworzonymi przez specjalistów od efektów specjalnych. 

Ta zbarbaryzowana dziś kultura zapomniała o własnych korzeniach.   Zapomniała dlatego, że przez wieki te korzenie podkopywała i zniekształcała.  A jej przewodnicy stali się spasłymi, cynicznymi i bezwzględnymi uzurpatorami. Dziś aż śmiesznymi w swojej hipokryzji. " Niechaj umarli grzebią umarłych swoich" To do was, pasibrzuchy jest napisane;"groby pobielane","plemię żmijowe".

Co czuje człowiek Zachodu stykając się osobiście ze śmiercią? Boi się padłej myszy, a śmieje się z gór trupów na monitorze. 

Jakimż jego przeciwieństwem był dawny "homo religiosus", który ze śmiercią stykał się na co dzień. On wiedział, że daremnym byłoby wierzyć, iż Hel zapomni o nim, Thanatos nie zetnie pukla jego włosów, Azrael nie weźmie jego ostatniego oddechu...

Zepchnęliśmy Śmierć do szpitalnych kostnic i prosektoriów. Do umieralni, zwanych domami opieki. Nie chcemy jej widzieć. Nie chcemy o Niej słyszeć. Nawet rozmowa o Niej budzi oburzenie: " O czym ty mówisz, do diabła..." Ale żeś sobie wziął temat..." "Przestań, proszę..."

   506579037515b5cd98dbcca90f79804d.jpg

Skoro człowiek współczesnego Zachodu nie poradził sobie z "oswojeniem" Śmierci, to wypchnął Ją ze swojej świadomości.   

Zastąpił surogatem,  erzacem.   Uciekł, w przerażeniu, od jej nieuchronności. Bo współczesny człowiek jest wielkim hipokrytą i wielkim tchórzem. Wszak ta ucieczka od nieuchronnego jest wyrazem bezradności wobec potegi tej rzeczywistości, która wymyka się "potędze" ludzkiego umysłu. Śmiesznie bezradnego wobec tego, co jest jedyną stałą każdego równia.  I jedynym, pewnym i niezmiennym punktem odniesienia.

"Chrześcijaństwo" zamieniło Śmierć  w wynaturzoną nekrofilię, ociekającą symbolami kaźni. I realizowało tę symbolikę, przez wieki, mordując i wyżynając całe narody "w imię Chrystusa".  Było najkrwawszą ze wszystkich religii świata i sprzeniewierzyło się samemu sobie tak dalece, że  stało się odrażająco demoniczne. To "nierządnica, pijana krwią świętych". Ale jej szef w bieli, jak szef kosa-nostry ma się dobrze i od czasu do czasu łączy się z cierpiącymi w bólu. Ale i on, wobec Śmierci, jest bezradny i bezbronny. 

Czyż sam smutek żałobników nie stoi w schizofrenicznej sprzeczności z chrześcijańskim nauczaniem o Śmierci, która wszak została już pokonana?  No cóż. Czy dzieci z "toksycznych" rodzin mogą nie być zakażone?

Kroczymy ścieżką, której uświęceniem jest Śmierć. Jej Świętość to bezwzględna nieodwołalność. Każde życie jest przeniknięte Jej imperatywem. Czy nie jest fascynujące to, że wszyscy znamy nasz port? 

Wśród milionów zmiennych, tysięcy możliwości. Poprzez błędy,  wszystkie prawdy i nieprawdy. Łzy bólu i łzy radości, zmierzamy, z bezwzględną nieuchronnością, w Jej ramiona. I właśnie dlatego i tylko dlatego możemy prawdziwie pokochać życie. I możemy:

Tak żyć, by nie bać się śmierci. 

Tak żyć, by ze spokojem na Nią czekać. 

Tak żyć, by w tej najświętszej z wszystkich chwil, przytuliła nas jak matka. 

I  powiedziała: 

"Teraz  wiesz, że mnie już nie ma"

?