Te same ofiary, inne ołtarze

Mogłoby się wydawać, że czasy składania ofiar z ludzi mamy już za sobą. Czyżby...?

 

Mogłoby się wydawać, że żyjemy we wspaniałych czasach, jeśli nie liczyć kryzysu i wojen toczonych — z perspektywy Zachodu — na krańcach cywilizacji. W państwach zachodnich króluje demokracja i praworządność. Na straży tych zdobyczy stoją parlamenty, urzędy, sądy, policja, a jak trzeba i wojsko. Każdy kraj ma konstytucję, a w niej katalog praw człowieka i obywatela. Politycy prześcigają się w głoszeniu potrzeby ich przestrzegania, zwłaszcza przed wyborami. Są gotowi pochylić się nad każdym pokrzywdzonym, szczególnie jeśli wcześniej pochyliła się nad nim jakaś kamera. Walec polityczno-medialnej poprawności co rusz kogoś rozjeżdża. Choć, jak to walec, finezją i dokładnością nie grzeszy i razem z tymi, którym się należy, miażdży i tych, co to na przykład nie kochają kochania inaczej, czasem niesfornemu dziecku dadzą klapsa czy też ośmielą się publicznie — w roku Darwina — powiedzieć, że do pochodzenia od małp to się raczej nie poczuwają.

W naszych wydawałoby się wspaniałych czasach mamy nawet wspaniałe religie i wyznania — jeśli nie liczyć tych, które zachęcają swoich wyznawców do noszenia wybuchowych kamizelek i używania autokarów i samolotów w celach niekoniecznie turystycznych (ale to znów jakieś peryferie). Nie licząc więc tych wyjątków, wszyscy dziś głoszą miłość do wszystkich, wszyscy chcą się ze sobą jednoczyć. Epoka wojen religijnych dawno już za nami, nikt już nikogo nie zabija z powodu innego wyznania. Nikt nie składa ofiar ze zwierząt, a ofiary z ludzi to niemal zapomniany relikt zamierzchłego pogaństwa. Nic tylko śpiewać za zespołem T. Love: Jest super / Jest super / Więc o co Ci chodzi.

Składanie ofiar z ludzi przypomniał nam niedawno film Mela Gibsona Apocalypto, ukazujący chrześcijański podbój Ameryki z nieco innej strony. Nie jest to jednak film ani o chrześcijanach, ani o tym, jak podbijali nowo odkryty świat, a o stanie cywilizacji Majów tuż przed jej upadkiem; o tym, jak Majowie podbijali okoliczne plemiona tylko po to, by jeńcom na szczytach swych świątyń masowo wyrywać serca i obcinać głowy ku czci swoich bogów i dla wybłagania poprawy losu. Główny bohater to jeniec, któremu tuż przed tym, jak miał zostać złożony w ofierze, udaje się zbiec. Uciekając, musi przedostać się między innymi przez „pola śmierci” — hałdy trupów z obciętymi głowami, czyli dowody pobożności Majów. W ostatniej scenie filmu bohater dociera nad brzeg oceanu. W oddali dostrzega stojące w zatoce dwa hiszpańskie galeony — zwiastuny nadejścia nowej cywilizacji, która położyła kres barbarzyńskim, pogańskim zwyczajom (choć, jak wszyscy wiemy, często w niemniej barbarzyński sposób).

Nasuwa się na myśl analogia do starotestamentowego podboju pogańskiego Kanaanu, ziemi obiecanej przez Boga Żydom, gdy opuszczali Egipt. Siłą — co się im dziś zarzuca — pokonali plemiona, które nam mogą się wydawać niczemu niewinne, ale w swych pogańskich praktykach religijnych nie były dalekie od tego, co robili Majowie. Kananejczycy też składali ofiary z ludzi swojemu bogu Molochowi, i to z własnych dzieci!1. Nawet dziś, gdy ktoś robi krzywdę dziecku, współczesne społeczeństwo zachodnie, do szpiku kości „zhumanizowane” i z obrzydzeniem patrzące na karę śmierci, w tym jednym przypadku zawsze zastanawia się, czy nie nazbyt szybko z niej zrezygnowało.

Na szczęście — można by rzec — mamy to już za sobą. Nie ma już Majów, Kananejczyków i składania ofiar z ludzi. Czyżby...? Otóż są. Zawsze były. Tyle że składano je i dalej się je składa na innych ołtarzach. Najczęściej były to ołtarze ojczyzny, na których złożono ofiary wojen. Ten ołtarz będzie krwawił zawsze. Jego „pola śmierci” sięgają po horyzont. Ta czy inna ojczyzna jest tu najczęściej tylko pretekstem, bo ofiary te składa się faktycznie na ołtarzu czyichś interesów. W końcu produkcja i eksport broni to jeden z najbardziej dochodowych biznesów świata. Dla właścicieli zakładów zbrojeniowych wojna to... życie.

Kolejne ofiary składa się na ołtarzu wygody, swobody seksualnej i dobrobytu. Są nimi miliony dzieci poddanych aborcji. I nie mówię o tych wyjątkowych sytuacjach zagrożenia życia czy zdrowia matki, ciąży w wyniku zgwałcenia itp., w których aborcja wydaje się być, choć i tu nie dla każdego, uzasadniona. Mówię o aborcji stosowanej jako środek antykoncepcyjny, o usuwaniu dzieci, bo „jestem jeszcze za młoda na dzieci”, „muszę najpierw skończyć studia”, „nie mogę sobie na to pozwolić u progu kariery”, po prostu „nie chcę się użerać z żadnymi bachorami”.

Na naszych oczach zachodnia cywilizacja buduje już nowy ołtarz do składania na nim ofiar wygody, unikania zobowiązań i oszczędności. To ołtarz eutanazji. Po Holandii i Belgii zbudowało go Księstwo Luksemburga. Od 17 lutego 2009 roku można tam już legalnie uśmiercać terminalnie chorych, którzy „sami chcą” śmierci. Użyłem tu cudzysłowu, bo jak mieliśmy się ostatnio okazję przekonać i na polskich przykładach, jest to raczej krzyk rozpaczy ludzi (lub ich rodzin) opuszczonych w nieszczęściu, którym jednak wraca ochota do życia, gdy tylko ktoś okaże im pomoc i zainteresowanie.

O innych ołtarzach — innym razem.

Andrzej Siciński

 

1 Zob. Kpł 18,21; 20,2-5.