Szkolny sklepik

Kilka lat temu w polskich szkołach pojawiły się sklepiki. Dzieci przestały na przerwach chodzić po ulicach, ale w zamian pojawiły się inne problemy.

 

d711aa97a8b24b683c23b8172690a4d4.jpg

Sklepiki są przeciwstawieniem prawdziwych sklepów, gdzie trzeba ma mieć dużo pieniędzy i łatwo się pogubić w asortymencie. Sklepiki posiadają jedynie wyselekcjonowany dla dzieci najważniejszy asortyment. Na połowie półki znajduje się kilka zeszytów, gumek oraz długopisów. Na pozostałych półkach znajdują się wszelakiego rodzaju słodycze, których skład jest niezrozumiały dla przeciętnego człowieka, za to kolory, kształty i konsystencja znakomicie przemawiają do zmysłów najmłodszych. Po zapchaniu buzi można ją przepłukać Colą i tak właśnie najmłodsi robią.
 
Czy komuś to słodkie Eldorado przeszkadza? Raczej nie, bo dzieci wciąż żyją i w dalszym ciągu chodzą do szkoły. W niektórych sklepikach znajdują się także jabłka, które ładnie urozmaicają wystawę. To nad nimi dzieci wyciągają swoje rączki po zapiekanki z mikrofali i zimne pizzerki, bo owoców i warzyw nie chcą jeść nawet tych darmowych, które dostają w szkole. Jakby się uparło to w sklepiku można znaleźć kilka rzeczy zdrowych. Zdrowie to jednak termin zbyt abstrakcyjny dla najmłodszych. Oni sięgają jedynie po to co im smakuje, a lista zdrowych produktów, które jedzą, jest niestety coraz krótsza. Podczas eksperymentu szczurowi dano nieograniczony dostęp do wody i do kokainy. W ciągu dnia szczur jedynie dwa razy sięgnął po wodę i aż dwieście razy po kokainę. Z dziećmi i słodyczami jest podobnie. Podczas, gdy zwykle nie mają apetytu na to co zdrowe to biały chleb z Nutellą w każdej chwili jest mile widziany więc mamy kupują drogie słoje i batony zadowolone, że ich pociechy mają na coś ochotę, a telewizja nieustannie przekonuje, że czekoladowe produkty są dla dzieci najlepsze.
 
Pani Małgosia obserwuje nawyki żywieniowe swoich uczniów i jest przerażona nieświadomością rodziców. Często pierwszym posiłkiem dziecka jest zjedzony w szkole baton Kinder Bueno czy Snickers, a następnym posiłkiem jest dopiero obiad, przy którym wiercą i krzywią. Nawet jeżeli w szkole nie ma sklepiku to rodzice sami dbają o to, aby ich dziecku nie zabrakło tego co „najlepsze” lub dają trzy złote i mówią: „Kup sobie coś w sklepie”. Dzieci kupują nie martwiąc się tym, że drożdżówka nie posiada żadnych składników odżywczych dla ich rosnącego organizmu.
 
W południe do szkoły przywożą zupę. Dzieci masowo zlewają ją do wielkiego garnka, który sprzątaczka zabiera dla swoich zwierząt. Za to z apetytem zjadają białą bułkę, którą dostają do zupy. W szkole  pani Małgosi większość dzieci jest szczupła, tak jak gdyby były niedożywione. Natomiast w szkołach miejskich coraz większa liczba dzieci jest gruba, a nawet bardzo gruba. Wiele z nich przypomina małe prosiaczki. W karcie zdrowia jako schorzenie coraz częściej nie jest wpisana „nadwaga”, lecz „otyłość”. Są ubrane w drogie ubrania. Bawią się drogimi gadżetami. Widać, że w rodzinie są pieniądze, także na jedzenie. Niestety w dramatycznym stopniu ich rodzicom brakuje podstawowej wiedzy.
 
Huk na przerwie szkolnej nie jest niczym nowym. Nauczyciele, z którymi się spotykam coraz częściej przyznają, że z każdym rokiem coraz trudniej jest im nawiązać kontakt z dziećmi. Nie słuchają, nie rozumieją i są coraz bardziej pobudzone. Mają kłopoty w nauce. Często diagnozuje się u nich ADHD. W USA istnieją szkoły, w których takie dolegliwości leczy się za pomocą zbalansowanej diety pozbawionej białej mąki, cukru, konserwantów i barwników. Wyniki są niezwykłe. Dzieci wracają do równowagi zdrowotnej i emocjonalnej. U nas na takie dolegliwości stosuje się leki. W małych, wiejskich szkołach łatwiej jest pracować z dziećmi niż z ich rówieśnikami w mieście. Są grzeczniejsze. Mają większe skupienie i wrażliwość. Dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że ich rodziców nie stać na rujnowanie zdrowia swoich dzieci.
 
Winą za problem nie można obarczać jedynie sklepików szkolnych, gdyż te wpisują się jedynie w końcowe ogniwa łańcucha problemu, w którym swoje miejsce mają zarówno szkoła, jak i polityka państwa, a przede wszystkim media i rodzice. Co można z tym zrobić? Chyba jedynie mówić, pisać, apelować i prowadzić akcje  uświadamiające dla rodziców i nauczycieli. Chrońmy dzieci!
 
Maciej Strzyżewski