Smuda na szafot

Jeszcze było słychać echo ostatniego gwizdka szkockiego sędziego Craiga Thompsona, kończącego mecz Polska - Czechy, a już zawrzało w polskim piekiełku.

Jeszcze było słychać echo ostatniego gwizdka szkockiego sędziego Craiga Thompsona, kończącego mecz Polska - Czechy, a już zawrzało w polskim piekiełku.

 

 

 

Im bliżej było do rozpoczęcia piłkarskiego Euro tym bardziej rosły oczekiwania zainteresowanych sportem Polaków na sukces naszej futbolowej reprezentacji. W ślad za nimi nie szły jednak możliwości piłkarskiej kadry, plasującej się od lat w dolnej strefie europejskich średniaków. Co gorsze poprzedni selekcjoner pozostawił po sobie spaloną ziemię, po tym jak poniósł dotkliwą klęskę w eliminacjach do mistrzostw świata w Republice Południowej Afryki. Odszedł Leo Beenhakker, a zadanie budowy nowej drużyny narodowej powierzono trenerowi Franciszkowi Smudzie.

 

Z pustego nawet Smuda nie naleje

 

Napisałem, że dobrze się stało, kiedy Grzegorz Lato usunął orzełka z koszulek reprezentantów, zastępując godło państwa logiem PZPN w postaci orła zmodyfikowanego, ponieważ brakowało w kadrze prawdziwych orłów, na miarę tych z epoki Kazimierza Górskiego. Istotnie drużyna Smudy dostawała tęgie lanie i spadała na łeb, na szyję w rankingach nadziei na sukces w polsko-ukraińskim Euro. Wielka była jednak społeczna presja na sukces, jako że od pamiętnego mundialu w Hiszpanii w 1982 roku nie udało się Polakom odnieść znaczącego sukcesu w piłkarskim turnieju dużej rangi. Niepoprawnym optymistom nie przeszkadzało, trener z braku większego wyboru zestawił drużynę z zawodników prezentujących poziom trzeciej reprezentacji Bundesligi, a uzupełnił skład kopaczami z żenująco słabej polskiej „ekstraklasy”. Tak jednak krawiec kraje jak mu materiału staje.

 

Wyszło jak zawsze

 

Nie ma powodu, żeby załamywać ręce po wyeliminowaniu Polaków z turnieju. Nie należy zapominać, że niesłusznie lekceważeni Czesi mieli od nas znacznie większe futbolowe sukcesy. Byli dwukrotnie wicemistrzami świata i mistrzami oraz wicemistrzami Europy, a we Wrocławiu zagrali znacznie lepiej od naszych zawodników, którym daleko do klasy światowej, ale blisko do popadnięcia w syndrom wody sodowej. Mimo tego Smudzie udało się osiągnąć wynik bliski przyzwoitości, bo przegrał tylko jeden mecz turniejowy różnicą zaledwie jednej bramki. Nie udało się to takim zadufanym w sobie szkoleniowcom jak Engel i Janas, a team zestawiony przez odznaczonego polskim orderem Holendra zdobył w Austrii tylko jeden punkt, po jedynej bramce strzelonej dla Polski nota bene…przez Brazylijczyka.

 

Bitwa na głosy

 

Zawrzało w piłkarskim świadku i w powiązanych z nim trefnymi nićmi mediach. Samozwańczy uzdrowiciele rodzimego futbolu rzucili się wieszać psy na nieszczęsnym Franciszku, mimo, że tak niewiele dzieliło go od sukcesu. Zaczęła się na dobre walka o spodziewaną schedę, między grupą aktualnie trzymającą władzę i kasę w Polskim Związku Piłki Nożnej, a forpocztą złożoną z pretendentów do tych dóbr. Niestety jedni i drudzy są po tych samych pieniądzach. Może by tak bliżej przyjrzała się temu władza wysyłając do piłkarskie centrali prokuratorów zbijających bąki w Instytucie Pamięci Narodowej.