"Skóra"

18+

 

 

Zbierał porzucone, okrągłe powietrzne kule. Były lekkie, gumowe i ciężkie ze skóry wołu. Zdarzały się z pęcherzy świńskich, ale takie były rarytasem wśród zbiorów, jakie posiadał. Obserwował biegające dzieci, kopały z całych sił, krzywiąc się przy tym zawzięcie. Odwracał wzrok, bolała go głowa. Z każdym kopniakiem na trawie powstawały ślady po wybitej w powietrze piłce, na jego czaszce jeżyły się krótko przystrzyżone włosy. Czuł narastające napięcie, huk uderzeń wnętrza okrągłości, przyspieszało tętno.
Chował się w swoich ramionach wbijając paznokcie w skrzyżowanym uścisku prosto w żebra.
Trwał tak w zawieszeniu, rezerwowy na ławce.
Zamykał bramkę boiska ostatni, rozglądając się długo,przywracając taktykę gry. Nigdy nie zagrał, był numerem skasowanym.

Dorastał w dzielnicy szczurów, niedożywionych, cienisto przemykających istot, pomiędzy odartymi do surowej cegły budynkami. Nie było odpadów dla wykarmienia stada gryzoni. Chodziły za nim, węsząc okruszki z lnianego worka. Dorabiał kilka groszy roznosząc mleko w szklanych butelkach. Metalowy wózek wydawał dźwięk orkiestry mlecznej.
Chłopiec, z za krótką nogą i ciężkim butem.
Nie wspinał się po drzewach, nie wisiał na trzepaku przed kamienicą, nie biegał.

Do czasu, kiedy Syrenka odjechała wraz z całą rodziną na przedmieścia miasta.
Duży zapuszczony drewniany dom z zarośniętymi bluszczem oknami. Ślepy z otwartą gębą w postaci obluzowanych drzwi przywitał nowych lokatorów ziewnięciem. Ojciec dźwigał skrzynię, za nim matka taszczyła kufry, a na końcu szedł chłopiec "Mleczno drogi". Przezwisko przeniosło się z Zygmunta na jasne włosy i but wiecznie ochlapany na biało.
Trzy stopnie, przed progiem kłapnęły kamiennymi zębami.
Dach lekko potrząsnął rudą ulizaną glinianą fryzurą, mieszkające na jego brzegach ptaki, wyleciały w popłochu.
— Mamo, spójrz! — Ogromny korytarz ze schodami po lewej stronie, po których właśnie toczyła się piłka wprost w ręce dziecka, wystukiwała rytmiczne odbicia.
Chwycił ją i poskoczył razem z nią.
— Piłka! — krzycząc z radości przytulał ją do klatki piersiowej.
Okrągły przedmiot wsłuchiwał się w uderzenia za żebrami.
Na szwach pojawił się grymas z lekko odprutej łaty.
— Zygi, teraz nie czas na zabawę, pomóż rozpakować mamie rzeczy w kuchni.
— Jeszcze chwilę, tato. — Oglądał skórzany przedmiot z takim zachwytem jakby była najlepszym podarunkiem.
— Mariola, kiedy on zacznie słuchać? — Zniecierpliwiony brakiem odpowiedzi żony ojciec, zniknął w jednym z pomieszczeń łączących się z korytarzem.

Szelesty odwijanego papieru powoli cichły. Naczynia przestały brzęczeć. Siedząca na krześle przy stole piłka, obserwowała dwie pary nóg.
Niewiele rozmawiali, poza poleceniami wykonania różnych czynności.
Drgnęła, kiedy dwie małe dłonie podniosły ją na wysokość twarzy. Wielkie oczy tryskały na nią radością. Ohydny widok, przeleciał ją zimny dreszcz.
— Skąd się tam wzięłaś? — Nie mógł uwierzyć, że sama była w stanie się poruszać. Zaburczała na tyle cicho, że nie był w stanie tego usłyszeć. Gdyby miała język...
— Kochanie, możesz już iść przed dom, tylko nie wychodź za bramę, dobrze?
— Tak, mamo. — Wybiegł na zewnątrz, a po chwili na betonowych płytach toczyła się ,,Skóra".
Kręciło się jej obrzydliwie we wnętrznościach. Oszołomiona kotłem z wrzasków, traciła orientację.
— Pan baloniarz, pan baloniarz. — Skupiała się z całych sił. Droga była równią pochyłą po przekroczeniu dziury w płocie do wyrobiska w ziemi, przykryta blachą pod kwitnącym bzem.
Biegł za nią, zahaczając o kępy trawy grubą podeszwą ortopedycznego buta.

Wpadła z impetem, na brunatną ubitą z ziemi podłogę.
Siedział na krześle, kiedy chłopiec wsunął się po pochyłej ścianie za nią.
Nora tonęła w pomroku. Syk zapalonej zapałki wyłonił w mdłym świetle postać.


Dzieci, skórki z policzków, gładkie i miękkie, po wewnętrznej stronie balonu z wytatuowanymi imionami, mieszkały na tej samej ulicy.