Sen zawierający barwy...

Bardzo grzeczną będąc dziewczynką, poszłam wczoraj spać o 22. Zapewne dlatego, zostałam wynagrodzona kolorowym snem.

 

Stoję na ulicy pośród grupki ludzi. Wszyscy ubrani jesteśmy z wiejska, jakby oderwano nas od robót polowych. Ulica zbudowana jest z kocich łbów, a gdzie okiem sięgnąć, widzę drewniane domostwa. Nad tym wszystkim góruje prostokątna, betonowa wieża. Skądś wiem, że jest to kościelna dzwonnica.

 

9fda3428886abcabe705c67e156925b8.jpg

Na niebie, lecz nisko, ukazuje się... I jestem w kropce, bo niczego nie widzę. To coś, zostawia jednak za sobą ślad.


Najprościej, można to nazwać  smugą kondensacyjną, tyle że niebieskawą, szeroką, grubą i gęstą, a na dodatek zniżającą nagle lot nad najbliższe chałupy. Zanim zniknie, ich dachy, jeden po drugim, zapalają się. Biegnę tam, wraz z całą zgrają, zupełnie obcych mi ludzi.


Przy pierwszym domu stoi nowoczesny wóz strażacki. Kilku strażaków nonszalancko polewa ściany. Jeden z nich podchodzi do mnie z siekierą, podaje mi ją bez słowa i wraca do kolegów. Biegnę do szczytu budynku i zaczynam wspinać się po drabinie.


Siekierą wyrąbuje otwór i wchodzę na strych. Jest na nim kilku innych strażaków, którzy coś tam robią, ale ja nie wiem co. Wycofuję się i po chwili wchodzę do wnętrza chaty.


Dom składa się z jednej, bardzo dużej izby. Jest w niej pełno dymu, lecz wyczuwam, że jest to dym papierosowy. Widzę stół i kilkunastu, tłoczących się przy nim i wokół, mężczyzn. Przekrzykują się, grając w karty. Są pijani. Jeden z nich mnie przyzywa i coś do mnie mówi.


Nie słyszę słów, ale z mojej postawy wynika, że wszystko rozumiem. Nawet uśmiecham się do niego zadowolona, gdyż jest to pierwsza, znajoma osoba. Ma na imię Benek i kiedyś, przez krótki okres czasu, pracowaliśmy w jednej firmie. Wychodzę.


Ląduję we własnym domu, który nie kojarzy się mi z żadnym pomieszczeniem, odwiedzanych przeze mnie kiedykolwiek. Przypomina graciarnię, ja jednak, poruszam się pewnie w jej wnętrzu i z miejsca zajmuję taką oto czynnością:


Przed sobą mam przedmiot w postaci bochenka chleba, koloru przypalonego karmelu. Biorę do ręki coś na kształt lokówki, czy rurki i wciskając to mocno, wypalam w "bochnie" grube kolce. Wygląda na to, że mam do czynienia z lakiem. Na końcu każdego z nich widnieje, po wystygnięciu, jakaś pieczęć.


Starannie liczę wszystkie wypustki, lecz liczby tej nie pamiętam i zaraz potem, z tym jeżem pod pachą idę przez kilka przecznic, do kogoś, kogo znam.


Tyle że w tym wypadku, przyjmujący ode mnie "jeża", w rzeczywistym świecie umarł 11 lat temu. I na dodatek tragicznie. Tutaj mi to nie przeszkadza. Michał uśmiecha się do mnie i coś mówi.


Wracam do domu i czekam. Wkrótce pojawia się jeden z moich szwagrów i pyta o liczbę wypalonych pieczęci. Gdy mu ją podaję (nadal nie wiem, jaką), oświadcza, że w tym wypadku na zapłatę muszę jeszcze poczekać. Jest to o tyle dziwne i irytujące, że w jego ręku widzę gruby zwitek banknotów.


Zwracam mu na to uwagę, lecz on coś odpowiada pokrętnie i wychodzi.


Ja także, wściekła z powodu braku wynagrodzenia, opuszczam dom. Ulica jest pusta, a nad miasteczkiem unosi się łuna.


Widoczna sfera nieba, jest przy tym podzielona. Na ciemną, gdzie widać poświatę ognia i dzienną, w której obrębie, znajduje się jedynie wieża dzwonnicy. Jej stożkowaty dach płonie jasnym płomieniem. Wygląda to, jak płomień świecy.


Pod spodem znajduje się platforma widokowa, gdzie kilka postaci obserwuje, z zadartymi głowami ogień. Wkrótce jedna z balustrad pęka i wszyscy spadają w dół. Nie widzę, co z nimi się dzieje.


Ostatnim elementem, zarejestrowanym przed przebudzeniem, jest duża, lecąca w dół, czarna postać, w wyglądzie przypominająca, spadającego na cztery łapy kota.


Jest 2:37.
----------------
P.s. Niczego nie dodałam, nic nie zmyśliłam.
Doszłam natomiast do wniosku, że Eioba zaczyna mi, hehe, siadać na dekiel...