JustPaste.it Share text & images the easy way

Rydwany ognia

Sportowcy to nie tylko zdobywcy medali i rekordów. To również ludzie z ich problemami, rozterkami i poszukiwaniami; ludzie, w życiu których jest i powinno być miejsce na wiarę.

Sportowcy to nie tylko zdobywcy medali i rekordów. To również ludzie z ich problemami, rozterkami i poszukiwaniami; ludzie, w życiu których jest i powinno być miejsce na wiarę.

 

 

 

 

Sportu tego lata mamy i jeszcze będziemy mieć pod dostatkiem, przynajmniej w telewizji. Najpierw Euro 2012, po nim olimpiada i paraolimpiada w Londynie. Lubimy patrzeć na cudze zmagania na stadionach, emocjonować się sprytnymi zagraniami, wynikami, rekordami. Mamy swoje ulubione dyscypliny i sportowców. Za zwycięstwa hołubimy ich, wywyższając niemal pod niebiosa, za przegrane gotowi jesteśmy strącić ich do bram piekieł.

Rzadko widzimy w nich zwykłych ludzi. Nie znamy ich rozterek. Nie interesuje nas, jakim wartościom hołdują, czy w ogóle mają jakiś system wartości. Może co najwyżej ciekawi nas, ile warte są ich transfery między klubami sportowymi. Szkoda. Bo w człowieku najważniejsza jest nie tyle zawartość jego portfela, co umysłu. Wśród sportowców też są osoby wierzące, mające ideały, marzenia. Czasami uprawianie sportu stawia ich wobec konfliktów sumienia i zmusza do podejmowania trudnych decyzji.

Przypomniała mi się tu film sprzed wielu lat, który zrobił na mnie olbrzymie wrażenie. Chodzi o brytyjski dramat z 1981 roku w reżyserii Hugh Hudsona pt. Rydwany ognia, z przepiękną muzyką Vangelisa. Film miał siedem nominacji do Oscara i zdobył aż cztery statuetki, w tym za scenariusz i muzykę.

Fabułę oparto na prawdziwej historii dwóch brytyjskich biegaczy Erica Liddella i Harolda Abrahamsa, przygotowujących się do letnich igrzysk olimpijskich w Paryżu w 1924 roku. Różniło ich pochodzenie (wywodzili się z różnych warstw społecznych) i motywacja do uprawiania sportu. Abrahams był angielskim Żydem, studentem Cambridge, który swoimi zwycięstwami na arenach sportowych chciał zyskać społeczną akceptację i odsunąć od siebie ludzkie uprzedzenia. Liddell pochodził z rodziny szkockich misjonarzy i był pastorem. Wspaniale biegał, ale też jako głęboko wierzący chciał służyć Bogu. Swój talent traktował jako Boży dar, którego nie chciał zmarnować. Pierwszy biegał dla sławy, drugi dla Jezusa. Film ukazuje dwie różne ścieżki na szczyt sportowej sławy, okupione ciężką pracą, poświęceniem i bronieniem własnych ideałów.

Jednym z wątków filmu są rozterki Liddella związane z organizowaniem finałowego biegu olimpijskiego na 100 metrów w niedzielę, którą skrupulatnie święcił. W biegu tym miał szansę zwyciężyć Abrahamsa. Jednak z uwagi na przekonania religijne Liddell odmówił startu w tym wyścigu. Złoto zdobył Abrahams. Liddell pobiegł innego dnia w biegu na 400 metrów. Nie był faworytem, ale zdobył złoto i pobił rekord świata. Biegł z kartką w ręku, na której miał wynotowany cytat ze starotestamentowej Pierwszej Księgi Samuela 2,30: „Tych, którzy mnie czczą, i ja uczczę”. 

Równie fascynująca jest dalsza historia tego Latającego Szkota, jak nazywano Liddella. Po igrzyskach w Paryżu wyjechał do Chin, by pracować tam jako misjonarz. Uczył też chińskich chłopców chemii i organizował dla nich zajęcia sportowe. W 1934 roku ożenił się. W Chinach rosło napięcie między komunistami i nacjonalistami. Poproszono go, by przeniósł się z działalnością misyjną na inny, odległy teren, bardziej niebezpieczny. Zgodził się, mimo że wiązało się to z koniecznością rozstania się na ten czas z żoną i dziećmi, by ich nie narażać na niebezpieczeństwo. Widywał się z nimi tylko sporadycznie. Ewangelizował w bardzo trudnych warunkach. Potem w 1940 roku przyszła japońska inwazja na Chiny. Liddell odesłał rodzinę do Kanady, a sam został w Chinach, by kontynuować misję. Japończycy szybko go internowali. W obozie nadal studiował z innymi Biblię, uczył dzieci i organizował zajęcia sportowe. Gdy w wyniku rokowań Japończyków z Brytyjczykami w sprawie wymiany więźniów miał okazję — dzięki osobistym staraniom Winstona Churchilla  — opuścić obóz i wrócić do domu, odstąpił swoje miejsce kobiecie w ciąży. Zmarł w obozie w lutym 1945 roku[1].

Ten Latający Szkot wolał jak Mojżesz „raczej znosić uciski wespół z ludem Bożym, aniżeli zażywać przemijającej rozkoszy grzechu, uznawszy hańbę Chrystusową za większe bogactwo niż skarby Egiptu; skierował bowiem oczy na zapłatę”[2]. Chyba nie ma też nikogo, do kogo bardziej niż do Liddella pasowałyby przedśmiertne słowa apostoła Pawła: „Dobry bój bojowałem, biegu dokonałem, wiarę zachowałem; a teraz oczekuje mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu da Pan, sędzia sprawiedliwy, a nie tylko mnie, lecz i wszystkim, którzy umiłowali przyjście Jego”[3]. Życie tego sportowca dowiodło, że są rzeczy cenniejsze niż nawet olimpijskie złoto.

Andrzej Siciński

 

[1] Zob. http://www.historymakers.info/inspirational-christians/eric-liddell.html [dostęp: 27.6.2012]. [2] Hbr 11,25-26. [3] 2 Tm 4,7-8.

 

[Przedruk z niewielkimi modyfikacjami z miesięcznika „Znaki Czasu” 7-8/2012]