Religia smutku i zdołowania

Wcale nie dziwię się, że religia jako taka ma coraz więcej zagorzałych przeciwników.

 

Coraz częściej w naszym katolickim kraju dzieje się tak, że ludzie odwracają się od wiary. Czynią to na różne sposoby i z różnych powodów. Jedni po prostu przestają praktykować, nie wdając się w żadne dyskusje, ani tak naprawdę niczego nie negując (tzw. wierzący niepraktykujący), inni z kolei jawnie odrzucają religię i wiarę, powołując się bądź na argumenty naukowe, bądź też... na samą religię.
Spotkałem się ostatnio z ludźmi o mentalności głęboko zanurzonej w tradycyjnym, polskim katolicyźmie. Przez lata ,,trwania w wierze" zostali nauczeni, że są grzesznikami, że są słabi, upadli, niemocni, ułomni. Zostało im wpojone, że tylko poprzez uczestnictwo w obrzędach, spowiedź, słuchanie księżowskich zakazów, nakazów i rozkazów, mogą liczyć na coś więcej niż wieczny ogień piekielny. Jak ciężko takim ludziom wytłumaczyć, że w oczach chrześcijańskiego Boga (nie katolickiego), nie są potępieni, nie są skazani, że nie muszą chodzić w poczuciu winy...
Zaczałem się zastanawiać nad całą machiną katolicyzmu. Temat katolickiego odstępstwa od nauk biblijnych przerabiałem już dość dogłębnie dawno temu, skutki tego odstępstwa widać na codzień w coraz to nowych aferach seksualnych wychodzących na światło dzienne. Pewne socjotechniczne sztuczki stosowane w katolicyźmie też dane mi już było poznać. Teraz jednak zaczął mnie zastanawiać inny fenomen owej religii...
Przychodzimy na świat jako grzesznicy. Grzech pierworodny można zmyć tylko chrztem. Oczywiście tylko w Kościele. Już od narodzin pokazuje się ludziom, gdzie ich miejsce - jesteście od początku źli, i tylko my możemy wam pomóc. Potem komunia - dopiero teraz jesteście godni, żeby przyjść bliżej Boga, ALE nie tak prędko - nadal jesteście grzeszni i źli - won do spowiedzi! Bierzmowanie czyli przyjęcie Ducha św. - z tego wynika, że wcześniej owieczki Go nie miały... Każda msza to publiczne przyznawanie się do swojej grzeszności, utwierdzanie się w przekonaniu o niezbędności Kościoła w naszym życiu. Nie ma w tych wszystkich obrzędach zbyt wielu akcentów radosnych - średniowieczny klimat, wystrój, sztuczny patos... Powtarzanie różańca, które w całym swoim bezsensie (sens tego rytuału pochodzenia indyjskiego można wytłumaczyć tylko pokrętną teologią) jest przedsięwzięciem dalece dołującym i przygnębiającym... ,,Gorzkie żale" i inne obrzędy, które już z samej nazwy są czymś, co zmusza do samobiczowania. Następnie zakaz przyjmowania komunii przez osoby żyjące w niesakramentalnym związku - swego rodzaju napiętnowanie, przekonywanie takiej osoby o jej grzeszności i niesprostaniu wymaganiom bożym, naznaczenie i postawienie w świetle wierzących drugiej kategorii. Dołująca ,,droga krzyżowa" - postawienie większego akcentu na samą mękę Jezusa, chłosty, poniżenia, upadki, niż na fakt zmartwychwstania i zwycięstwa nad grzechem. Ponadto dołujące pieśni, monotonne modlitwy powtarzane niczym mantra, przygnębiający sposób mówienia księży, często spotykane w kościołach figury o specyficznych wyrazach twarzy - wygięte w grymasie bólu, przerażenia... Często spotykany przygniatający przepych mówiący: ,, jesteś malutkim, nic nie znaczącym człowieczkiem wobec potęgi, która cię otacza"... Wszędobylski kult zmarłych, modlitwy za zmarłych, wstawiennictwo zmarłych, ,,dusze w czyśćcu cierpiące", niepewność co do życia po życiu (niebo, piekło, czyścieć ?), ciągłe wykupywanie się i swoich win mszami, odpustami...
Podobnych przykładów można by mnożyć jeszcze wiele. Zapewne wielu z Was, czy to wierzących, czy ateistów, którzy mieli styczność z katolicyzmem, najlepiej wie, co najbardziej przygnębiało, dołowało, wzbudzało niepokój. Nie chodzi mi o przeprowadzenie ataku na katolicyzm. Widzę wokół siebie różnych ludzi. Większość tych, którzy naprawdę oddali się duchowi katolicyzmu, sprawia wrażenie przygnębionych, smutnych, często żyją w poczuciu winy, żywiąc jakby, czasem tylko wyczuwalny, wstręt do samych siebie... Nieraz już sami nie wiedząc po co, uczestniczą w procesjach, mszach, odpustach, jakby w poczuciu swojego beznadziejnego położenia, nie widzieli lepszej drogi niż bezemocjonalne pogrążenie się w ascetycznych praktykach...
Tym bardziej zastanawiające jest - dlaczego tak wielu ludzi lgnie do tych praktyk? Czy to już efekt religijnego urobienia, czy wewnętrzna potrzeba bycia umartwionym? Akurat fakt, że nie ma to nic wspólnego z Jezusem Chrystusem i Jego posłannictwem, niewiele tu znaczy. Poznałem na własnej skórze prawdziwe oblicze katolicyzmu, poznałem też smak biblijnego chrześcijaństwa. Pomijając wszelkie kwestie dogmatyczne i teologiczne, to nawet czysty ładunek emocjonalny obu wyznań nie ma ze sobą nic wspólnego. O ile w chrześcijaństwie jest miejsce zarówno na chwile smutku  (nad własnym grzechem, przy pokucie...), to jest też silnie akcentowana radość (z przebaczenia, ze zbawienia...), jest entuzjazm płynący z dzielenia się z innymi prawdą Ewangelii... Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że nie ma podobieńśtw pomiędzy biblijną wersją chrześcijaństwa a katolicyzmem. Inne są prawdy, inne jest przesłanie, inna jest rola człowieka, inny jest obraz człowieka, inny jest Bóg. Po co to piszę? Na pewno nie po to, żeby rozpętać kolejną jałową dyskusję z cyklu ,,jesteś głupkiem z założenia, bo wierzysz, a ja jestem mądry, bo nie wierzę". Myślę, że w tym wszędobylskim katolickim przygnębieniu możemy doszukiwać się wytłumaczenia wielu patologicznych zjawisk społecznych. Obecna w niemal każdym polskim bloku mieszkalnym tzw. znieczulica społeczna, brak jakiejkolwiek więzi ludzi jako parafian (wyłączając pewne przykościelne środowiska, które nieraz zasługują na miano fanatyków...), słynna polska życzliwość, chora zazdrość i chęć wykorzystania drugiego człowieka do granic możlwości, gdy tylko nadarzy się okazja (np. relacje pracodawca - pracownik). I ta lista również może być długa. Jestem przekonany, że wiele postaw społecznych które urosły nieraz już do miana cech naszego narodu, zawdzięczamy innej cesze naszego narodu - zabobonnej, dołującej  religijności...