Religia na maturze

Starania o wprowadzenie egzaminu maturalnego z religii zaczęły się w roku 2006. „Znaki Czasu” opublikowały wtedy artykuł, który ciągle pozostaje aktualny.

 

Przy okazji studniówek w mediach pojawiła się informacja o pomyśle wprowadzenia nowego przedmiotu maturalnego. Biskup Stanisław Wielgus, przewodniczący Rady Naukowej Konferencji Episkopatu Polski, zaproponował wprowadzenie egzaminu maturalnego z religii. Miałby to być oczywiście przedmiot nieobowiązkowy. Pomysł budzi wiele kontrowersji, zwłaszcza że MEN właśnie odchudziło zestaw przedmiotów maturalnych. Oto najczęściej pojawiające się argumenty zwolenników i przeciwników tego projektu.

Za

  • Skoro można było zdawać egzamin maturalny z wiedzy o tańcu, to dlaczego nie z religii? Brak tego przedmiotu jest niedowartościowaniem, spychaniem na margines określonej wiedzy.
  • Ludzie, którzy  nie uczyli się religii, nie rozumieją właściwie kultury europejskiej. ­ Kto nie zna Biblii, nie rozumie malarstwa i literatury, która jest pełna odniesień biblijnych. Biblia i religia uczą wrażliwości.
  • Skoro nie miałby to być przedmiot obowiązkowy, to w czym problem? Kto czuje się dobry z religii jako określonej dziedziny wiedzy, powinien mieć możliwość zdawania egzaminu z tego przedmiotu — tak jak ci, którzy czują się dobrzy np. z geografii.
  • Nawet jeśli uczelnie wyższe nie będą zainteresowane oceną maturalną z religii, to nadal pozostawać to będzie wyborem ucznia, czy — mimo to — chce zdawać taki przedmiot na maturze, czy nie. Poza tym nie wszyscy muszą czy chcą kontynuować naukę.
  • Matura z religii jako wiedzy biblijnej to nawet dobry pomysł. Jest tylko jeden warunek — powinien to być egzamin oceniający tę wiedzę z szerszej niż tylko rzymskokatolickiej perspektywy. Na Biblię jako źródło objawienia Boga powołują się również prawosławni, protestanci i żydzi. Biblia to największy skarb ludzkości, dlatego żaden Kościół nie może rościć sobie pretensji do jedynej nieomylnej interpretacji.

Przeciw

  • Egzamin maturalny z religii trudno sobie nawet wyobrazić w praktyce. Kto miałby egzaminować z tego przedmiotu? Katecheci? Katecheci jednego wyznania czy wszystkich nauczanych w danej szkole? Czy członkowie komisji egzaminacyjnej, którzy nie są katechetami, mieliby prawo zadawać pytania lub oceniać odpowiedzi? A jeśli byłyby to testy, to kto miałby je opracować? MEN, Kościół rzymskokatolicki czy wszystkie Kościoły i związki wyznaniowe zarejestrowane w Polsce? A gdyby taki egzamin chciał zdać na przykład świadek Jehowy lub wyznawca Kryszny?
  • Wprowadzanie religii jako przedmiotu maturalnego po to, by upowszechniać wiedzę biblijną jest niepotrzebne, gdyż Biblia i tak jest już szeroko, w porównaniu do przeszłości, uwzględniana w programach nauczania w szkołach. Uczniowie zajmują się nią nie tylko na religii, ale również na zajęciach z języka polskiego.
  • Zgodnie z „Zasadami oceniania uczniów na katechezie”, opracowanymi przez Komisję Episkopatu ds. Wychowania, poza wiedzą i wiadomościami na temat religii oceniana jest również postawa ucznia oraz jego aktywność w życiu Kościoła (np. udział w oazowych spotkaniach, rekolekcjach itp.). Ciekawe, czy miałoby to zastosowanie również na maturze?
  • Tu nie chodzi o maturę, tylko o władzę nad społeczeństwem. Matura z religii to tylko kolejny etap zwiększania kontroli i poszerzania obszarów wpływu jednego tylko Kościoła nad całym społeczeństwem. Można sobie wyobrazić, że taki egzamin będzie wymagał przeprowadzenia odpowiednich szkoleń dla członków komisji egzaminacyjnych, którzy nie są katechetami — a przecież nie wszyscy są ludźmi wierzącymi. Mimo to i oni będą musieli dokształcić się z religii, skoro będą z niej egzaminowali. Nie trzeba być prorokiem, by przewidzieć, jakiej religii będą uczeni i przez kogo. Kolejne etapy to zamknięcie w niedzielę supermarketów, obowiązkowe niedzielne msze, a może nawet podatek kościelny.
  • Niech nas nie zwiedzie planowana nieobowiązkowość tego przedmiotu. To może być tylko zasłona dymna. Kiedyś lekcje religii były prowadzone tylko w salach przykościelnych. Potem religia weszła do szkół. Na początku katecheci mieli być na garnuszku Kościołów, z czasem jednak przeszli na utrzymanie państwa (samorządów). Zajęcia z religii miały rozpoczynać lub kończyć plan lekcji, by osoby niebiorące w nich udziału nie traciły czasu i mogły albo później przyjść do szkoły, albo wcześniej wyjść. Teraz nikt na to nie zwraca uwagi, a przedmiot ten z reguły jest umieszczany w środku planu lekcyjnego na dany dzień. Ocena z religii nie miała być uwzględniana przy obliczaniu średniej ocen uczniów, tymczasem dziś wiele szkół to stosuje, a są plany, by uczynić z tego zasadę dla wszystkich placówek. Tak samo będzie z religią jako dowolnym przedmiotem na maturze — ani się spostrzeżemy, jak zacznie obowiązywać!
  • Jak to możliwe, by w państwie deklarującym w konstytucji swoją bezstronność w sprawach religijnych i światopoglądowych, organizować państwowy egzamin z religii?

Olgierd Danielewicz


[Artykuł pochodzi ze „Znaków Czasu” 3/2006].

 

Autor: Olgierd Danielewicz