Recenzja hitu wydawniczego - Zmierzchu.

Czy to naprawdę całkowita porażka, czy też absolutny hit i geniusz młodej Amerykanki?

 

 

Tytuł: Zmierzch (Twilight)

Autor: Stephanie Meyer

Tłumaczenie: Joanna Urban

Autor okładki: Gail Doobinin

Wydawca: Wydawnictwo Dolnośląskie

Data wydania: marzec 2007

Liczba stron: 416

 

Główną bohaterką powieści jest niczym nie wyróżniająca się, siedemnastoletnia Bella Swan.

Po przeprowadzce do Forks szybko okazuje się w jakim była błędzie uważając się za przeciętną – jako nowa uczennica o rzadko spotykanej urodzie wywołuje sensację w miejscowym zespole szkół. Jej fenomen dosiągł również szkolnych odmieńców – grupie pięciu niezwykle bladych i pięknych nastolatków. Szczególnie jeden z nich zwrócił uwagę na Nową i – po wielu perturbacjach – banalna historia zmienia się w zgrabne love story, okraszone nutką tajemnicy i tego czegoś, co powoduje delikatne drżenie kobiecego [zazwyczaj] serca. I właśnie wtedy okazuje się, że to dopiero początek...

 

Opisywana powieść z pewnością pozostawi ślad w dzisiejszej (pop) kulturze. Debiut młodej Amerykanki pewnie na nikim nie zrobiłby wrażenia, gdyby nie to, że „stworzyła” nowy gatunek literacki – horror romantyczny. Skusiłam się na taką nadinterpretację, ponieważ jedynym elementem horroru jest fakt, iż Edward jest wampirem, co samo w sobie nie jest jeszcze takie straszne.. Z kolei głównym wątkiem jest Uczucie [przez wielkie „U”!], które łączy tą nietypową parę, skłania raczej do tego, że mamy do czynienia z klasycznym romansem.

 

Książka jest bardzo przystępna w odbiorze – pisana stylem młodej dziewczyny, przypadła do gustu zwłaszcza rówieśniczkom Belli. Również idealizacja bohaterów wywołuje początkową sympatię – niezdarna, bezradna marzycielka, do tego obdarzona wielką wrażliwością i łagodność – taki obrazek zmiękcza wiele serc. Jednak część z nich potem faworyzuje Edzia – pięknego, również wrażliwego, ale też odważnego, dzielnego i na wskroś dobrego „wegetarianina”  o silnym charakterze. Osobiście zaliczam się do drugiej grupy, bowiem bezbarwność Belli szybko zaczęła mi przeszkadzać, a jej postawa do życia z cyklu „przepraszam, że żyję” wcale nie pomagała w obronie.

 

Watro polecić ją wszystkim, fanom romansu, bądź idealistycznej miłości – jakby nie patrzeć – to piękna bajka: dwa samotne serduszka, liczne przeciwności, walka z nimi i w końcu happy end – aż do „Księżyca w nowiu”, czyli drugiej części „Zmierzchu” .

 

Mimo wielu niedociągnięć – sama napisałabym tą książkę o wiele inaczej – podobało mi się.

Myślę,że pomysł na tak subtelny romans był trafiony, podczas gdy w dzisiejszym świecie wyznacznikiem „fajności” jest ciętość naszych ripost i/ lub popularna już „fura, skóra i komóra”, a w takim świecie nie ma miejsca na refleksję, fantazję i miłość w „pełnowymiarową”, a nie tylko tą cielesną, którą ocieka współczesny świat, chociażby zwykłej reklamy...