Przyganiał kocioł garnkowi …

I Bóg powiedział: „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego” Człowiek przytaknął i nim Bóg zdążył się oddalić, już nie pamiętał jego słów.

 

           Pewnego dnia wracając z pracy do domu, byłem świadkiem dosyć, jak mi się wtedy wydawało, niecodziennej sytuacji. Wprawiła mnie ona nie tyle w odrętwienie, co w zakłopotanie. Rzecz działa się w autobusie, kursującym między miastami górnegośląska. Było lato, więc, autobus nie był zatłoczony, niemalże każdy z pasażerów miał miejsce siedzące. Było, słoneczne popołudnie, ludzie w autobusie pogodni, szczęśliwi, że udają się do swoich domów. Tuż, przed odjazdem do autobusu wsiadło dwóch młodych mężczyzn. Stali niepewnie, na pierwszy rzut oka zdawało się, że są najzwyczajniej pijani. Przyjrzawszy się im jednak uważniej, bez problemu można było stwierdzić prawdziwy powód ich odurzenia. Byli narkomanami. Nie zachowywali się jednak agresywnie czy prowokacyjnie. Słaniając się na nogach stali wtuleni w drzwi. Pozostali pasażerowie prócz zdawkowych spojrzeń, również nie zdawali się nimi zbytnio interesować. Podróż odbywała się bez jakichkolwiek sensacji. Było tak jednak do pewnego momentu. Kierowca autobusu jadąc drogą szybkiego ruchu nagle zwolnił, podjechał do prawej krawędzi jezdni, niemalże zahaczając kołami o pas zieleni następnie równie nagle otworzył drzwi, o które oparci stali dwaj nieszczęśnicy. Rezultat tego manewru był oczywisty, mężczyźni wypadli z autobusu, który wolno, bo wolno, ale wciąż jechał. Jeden z nich był na tyle odurzony narkotykami, że straciwszy oparcie w drzwiach pokoziołkował do przydrożnego rowu, drugi nieco „trzeźwiejszy” ruszył natychmiast mu na ratunek. Kierowca tymczasem z impetem zamknął drzwi dociskając jednocześnie pedał gazu. I wtedy stała się rzecz najdziwniejsza, otóż niemalże wszyscy pasażerowie zaczęli bić brawo. Kierowca w ich oczach okazał się bohaterem, ich wyzwolicielem od niechcianego towarzystwa. Ja natomiast nie mogłem wydobyć z siebie słów, po raz pierwszy w życiu oniemiałem. Gdy w końcu złapałem oddech i głośno wyraziłem swoją dezaprobatę wobec zachowania kierowcy, oczy pasażerów zwróciły się w moją stronę. Najpierw ktoś krzyknął, że bym się nie odzywał tylko wytarł sobie mleko spod nosa. Ktoś inny głośno się zaśmiał z moich uwag a jedna z kobiet wywnioskowała, że na pewno jestem jednym z nich, bo jak stwierdziła swój swego broni. Głośno dziwili się, że Bóg pozwala takim „kreaturom” jak ci dwaj chodzić po ziemi. A mi radzono bym zamiast wtrącać nos w nie swoje sprawy lepiej poszedł do kościoła to może Bóg ulituje się nade mną i wyleczy mnie z „narkomaństwa”. Nie mogłem uwierzyć w to, co się stało. Nie wiem jak rozegrałaby się dalsza akcja w autobusie z moim udziałem, może i mnie wypchnięto by z niego. Nie dałem im tej szansy gdyż wysiadłem na pierwszym przystanku.

                Potem długo stałem oparty o wiatę przystanku i zastanawiałem się, co takie w życiu tych ludzi się wydarzyło, że tak bardzo nieczuli byli na los innych ludzi. Chociaż pewnie w ich oczach ci dwaj mężczyźni nic nie mieli wspólnego z człowieczeństwem. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Jestem jednak przekonany, że gdyby zapytać ich o wiarę, chórem odpowiedzieliby, że są osobami wierzącymi i co niedziela uczęszczają na msze święte. Zastanawiałem się tylko, po co oni tam chodzą, bo na pewno nie po to by zgłębiać swoją wiarę.

                No właśnie, jesteśmy ponoć krajem katolickim, chlubimy się Papieżem Polakiem, zawzięcie bronimy symbolu Krzyża. Ale chyba nie na tym polega nauka Chrystusa? Na lekcjach religii uczono, mnie, że Jezus nakazał nam byśmy go naśladowali. A wiara to przecież nic innego jak wypełnianie słowa Jezusa. Zatem albo ja jestem nienormalny albo czytałem niewłaściwe Pismo Święte, bo tam nic nie było o kopaniu leżącego, o szydzeniu z innych ludzi i stawaniu ponad nimi. A tak właśnie zachowuje się przeciętny katolik w tym kraju. Opluwa słabszych, niewierzących, innych. Polski katolik uważa się za osobę dominująca, której należą się stosowne przywileje. A ja pytam gdzie pokora? Owszem, nie każe nikomu rozdawać majątku i przygarniać wszystkich tych, którym w życiu nie wyszło. Bo do tego trzeba być świętym a my w większości nimi nie jesteśmy. Ale skoro nie stać nas na to by podąć rękę to przynajmniej nie kopmy. To jednak wydaje się zbyt trudne dla osób, które przed chwilą klęczały przed ołtarzem wyznając świadectwo wiary. Przecież lepiej dowalic komuś, od razu człowiek się lepiej czuje. Zatem najpierw wybacz Ojcze a potem wybacz bracie.

                Same duchowieństwo również nie jest wolne od grzechu pomówienia, braku szacunku wobec innych ludzi czy wręcz grzechu nietolerancji. Wystarczy wsłuchac się w głoszone kazania. Ile w nich nienawiści, braku zrozumienia i szyderstwa z innych ludzi a często zwykłego jadu.  A wszystko to dzieje się w imię Boga. W dzisiejszej Polsce nie brakuje nam Księzy Buisnesmanów, Księzy Polityków czy Księży Nacjonalistów. Chyba nie tak miało to wyglądac.