Przed wigilijną wieczerzą

Wraz z zapaleniem pierwszej świeczki na choince pojawiał się w domu świąteczny nastrój, przed najważniejszym rodzinnym misterium, przed wigilijną wieczerzą.

Wraz z zapaleniem pierwszej świeczki na choince pojawiał się w domu świąteczny nastrój, przed najważniejszym rodzinnym misterium, przed wigilijną wieczerzą.

 

                   Wieczorem dnia poprzedzającego wigilię zapachniało w domu głębią Wolskiego Lasu, wilgotnym aromatem mchów i paproci, wonią opadłego igliwia, liści zaplątanych w gęstwinie wrzosów, drobnych krzewinek borówek i jagód oraz tajemniczym, mdłym zapachem wszechobecnej, niewidzialnej dla oka grzybni. Cała ta feeria zapachów wsparta żywicznym tchnieniem okazałego świerka zwiastowała prawdziwy początek Bożego Narodzenia. Dziadek Wojciech obsadził drzewko jak zawsze w otworze drewnianego klocka, przybitego dwoma gwoździami do wypastowanej w kolorze egzotycznego podłogi, obok okna wychodzącego na podwórko. Miejsca wysokiej do sufitu choince ustąpił drewniany kwietnik, przeniesiony tymczasowo w zupełnie inne miejsce.  Solidnie zamocowany świerk gotów był wytrzymać napór strojącej go dzieciarni Ubieranie choinki nie było czynnością wykonywaną w ramach demokracji, która mogłaby zamienić ten świąteczny symbol w wieszak na rupieciarnię. Niekwestionowanym szefem operacji choinka była mama ku zadowoleniu ojca, który dekorowanie zaliczał do zajęć przeznaczonych dla kobiet, jako prawdziwy mężczyzna nie chciał mieć z tym zajęciem nic wspólnego, po części też dlatego, żeby nie narazić się na kpiny wuja Marcina, słynącego z ciętego języka.

 

               Dzieciom przypadała rola pomocników. Mamusia miała swój przez lata dopracowany projekt wystroju drzewka. Samo strojenie nie było dla niej uciążliwe, raczej przyjemne. Gorzej było z kierowaniem brygadą pomocniczą wykazującą aktywność daleko większą od pożądanej. Najwięcej uwagi musiała poświęcić na powstrzymywanie trojga zafascynowanych, napierających z całą siłą na cacka stroicieli. Było to zadanie tym trudniejsze, że każde dziecko z osobna miało własną, różną od pozostałych wizję twórczą i usiłowało za wszelką cenę nadać jej kształt materialny. A jeszcze trudniej było powstrzymywać Wojtusia, który nie godził się na żadne rygory i zachowywał się według znanego porzekadła: Hulaj dusza, piekła nie ma. Nieudane próby nad jego nieokiełznaną swawolą zakończyły się uwięzieniem go w dziecinnym łóżeczku, mimo zdecydowanych protestów ze strony malca. Mama była jednak nieugięta, a Wojtuś czując bezskuteczność swoich wrzasków i biadolenia uspokoił się po pewnym czasie. Niewątpliwie w osiągnięciu równowagi duchowej, po bolesnym wyeliminowaniu z zespołu dekorującego, pomógł mu długi, choinkowy cukierek, zbyt duży, żeby mógł się nim zakrztusić, lub zrobić sobie jakąś inną krzywdę.

 

                Ubieranie choinki było wzruszającym i podniosłym aktem kończącym wszechobecny, przedświąteczny bałagan.W domu pachniało czystością będącą efektem długich i żmudnych przygotowań. Główne animatorki tej przemiany: mama i babcia przywróciły już gołym oknom rolety i firany. Na stoły powróciły dawne obrusy, ale bielsze niż kiedykolwiek wcześniej. Nakrochmalona bielizna pościelowa delikatnie chrzęściła w dotyku. Co miało być wyprane zostało wyprane, wykrochmalone, wysuszone na strychu, wymaglowane u Lasoty na Bałutach, albo dokładnie wyprasowane żelazkiem. W całym domu pachniało świeżym wypiekiem. Leżały obok siebie duże bochny chleba, drożdżowe placki przybrane kruszonką i zawijane makowce, Silniejsza jednak od zapachu pieczywa była woń wędzonki, przyprawiająca o ssanie w dołku, po czterech tygodniach ściśle przestrzeganego postu. Ubieranie świątecznego drzewka dopełniało cały cykl działań, których celem ostatecznym było umieszczenie domu w orbicie świąt, nasycenie niepowtarzalną atmosferą Bożego Narodzenia. Powieszenie na gałązce drzewka ostatniej bombki było równoznaczne z zakończeniem przygotowań, a zapalenie pierwszej świeczki wprowadzało do domu świąteczny nastrój, przed najważniejszym, najbardziej rodzinnym świątecznym misterium, przed wigilijną wieczerzą.

Z książki "Odłamki czasu"