Przeciętny

Oto i nasze prawdziwe życie przeciętnego Polaka -... takie sobie !...przeciętne życie !

 

W pięknym kraju, na skraju ruczaju, żył sobie pewien facet.
Facet był przeciętny.
Przeciętnej urody, przeciętnego wzrostu, przeciętnie zarabiał i mieszkał w przeciętnym domku.
Ożenił się z przeciętną dziewczyną, urodziło mu się dwoje przeciętnych dzieci.
Niby historia jak każda inna.
Przeciętna.

Dla podniesienia dramatyzmu dodam, że mieszka w Polsce, kraju w którym dobro obywatela jest sprawą nadrzędną i najważniejszą. Gdzie broni się płody, a każdą inność obrzuca zgniłymi jajami.

Powiem więcej, nie wymyśliłam tej historii, zdarzyła się naprawdę.

Przeciętny był dobrym mężem i ojcem. Niczym wielce się nie wyróżniał. Kochał swoją rodzinę i starał się postępować zawsze sprawiedliwie. Lata mijały, dzieci rosły. Pewnego pięknego dnia Przeciętny postanowił wraz z żoną założyć firmę. Nic wielkiego. Ona piekła wspaniałe ciasta, on miał kilka uli. W planach mieli otwarcie własnej cukiernio-kawiarni. Sprzedaż miodu i ciast szła coraz lepiej. Zdobyli stałych klientów, biznes zaczął się kręcić.

Pewnego feralnego dnia zdarzyło się, że żona Przeciętnego dostała gorączki. Przecież dla głupiej gorączki nie będzie latała do lekarza!
Wzięła pyralginę i wróciła do swoich ciast.
W ten sam dzień ogłoszono wszem i wobec początek wielkiego kryzysu. Krach na giełdzie w Nowym Jorku pociągnął za sobą inne giełdy i się zaczęło.

Miody nadal dobrze się sprzedawały. Ciasta może trochę gorzej, ale stali klienci dalej brali. Po trzech tygodniach łykania ukradkiem pyralginy gorączka nie przechodziła. Co zabawne katar ani kaszel się nie pojawiał. I całe szczęście! Tak wtedy myślała żona Przeciętnego. Po sześciu tygodniach gorączkowania przy okazji odwiezienia ciast do miejskiej cukierni, wstąpiła do przychodni. Jedno badanie, drugie, trzecie. Lekarze smętnie kiwali głowami i nic nie mówili. Wysłali do szpitala.

Po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu Przeciętny odebrał ciało swojej żony z kostnicy i pochował na parafialnym cmentarzu. To by było na tyle jeżeli chodzi o gorączkowanie.

Przeciętny kochał swoją żonę, więc jej strata była dla niego ciosem. Podobnie ciężko przeżyły stratę matki ich dzieci. Przeciętny stał się teraz dla nich matką i ojcem. Oprócz prania, sprzątania i gotowania musiał teraz sam utrzymać rodzinę. Początkowo nie było źle. Miody ładnie schodziły, ilość stałych klientów nawet się powiększyła. Długo to nie trwało.

Rok później z rzeszy klientów zostało kilku. Zielona wyspa okazała się wyspą wulkaniczną.
Przeciętny zlikwidował firmę, bo nie stać go było na podatki i ZUS, a co dopiero mówić o pieniądzach na życie.
I tak zalegał już ze składkami w ZUS-ie za pół roku. Żeby spłacić choć część kredytów zaciągniętych kiedy firemka prosperowała dobrze, sprzedał co się dało. Samochód, biżuterię, srebrną zastawę i dwa cenne obrazy po babce.

 

Zasiłek z urzędu pracy dostawał pół roku. Dobiegał już pięćdziesiątki i pracy nie mógł znaleźć.
Był za stary.
Tak powiedziano mu kilkakrotnie, bez ogródek. Po co mają zatrudniać kogoś przed emeryturą, jak mogą zatrudnić kogoś 20 letniego na śmieciowej umowie? Kogoś, kto nie choruje i nie ma dzieci, więc jest dyspozycyjny.

 

Opieka społeczna widziała jedynie, że córka ma w pokoju bałagan, a syn dredy na głowie. Przyznali zasiłek na żywność w wysokości 300 zł na miesiąc i parę złotych na rachunki.
Gaz odłączyli, bo rachunki były za wysokie i opieka społeczna odmówiła ich spłaty.
Przeciętny sam musiał przerabiać instalację grzewczą z gazowej na węglową.
Poradził sobie. Piec też sam zbudował ze śmieci na złomowisku.
Obiady dzieciom gotował na maszynce elektrycznej. Nie zawsze obiady były, bo nie zawsze były pieniądze. Czasem musiał wystarczyć suchy chleb z powidłami, które latem sam zrobił.

Kiedy przyszła sroga zima, a nie miał pieniędzy na węgiel, spalił meble, drzewka ozdobne, które żona sadziła. Rąbał świerczki i płakał, ale dzieciom nic nie powiedział. Nie chciał ich jeszcze bardziej stresować.

Opieka społeczna wpłacała jałmużnę na konto Przeciętnego piątego każdego miesiąca. Już czwartego siadali z dziećmi i robili długą listę zakupów. Starczało tylko na podstawowe produkty żywnościowe, ale cieszyli się z tego, że wreszcie się najedzą. Takie małe święto raz w miesiącu, kiedy nie trzeba liczyć ile już się zjadło kanapek.

Piątego pewnego miesiąca Przeciętny z wcześniej spisaną listą pojechał z dziećmi na zakupy. Najpierw poszli do bankomatu. Okazało się, że pieniędzy na koncie brak. Poszli zapytać do banku, czy przelew ma opóźnienie.
Nie miał. Konto zostało zablokowane przez ZUS, który w ten sposób ściąga swoje należności.

Tego dnia Przeciętny i jego dzieci szli głodni spać. ZUS może wypłacić kilkudziesięciotysięczną nagrodę dla jednego z całej rzeszy prezesów za wybitne osiągnięcia w ściąganiu należności. Albo zamówić nowe marmury do nowej siedziby.

Witamy w Polsce, krainie mlekiem i miodem płynącej!

 

 

Źródło: http://babiszon.blog.onet.pl/2013/02/21/przecietny/