Problemy samotnego. Etap 4.

Kuchnia

 

   Kuchnię, tak jak wszystko w tym domu sam zaprojektowałem, tak że lubię w niej być, mimo że o tej porze to raczej nigdzie nie lubię być. Ale oto jestem już po ćwiczeniach, oblucjach i temu podobnych torturach porannych i szykuję sobie śniadanie. Oczy już zdecydowanie otwarte, bo w ręku nóż, uszy też, bo radio nadaje najświeższe wiadomości polityczne (czyt.: kabaretowe).

   Ja z gastronomicznego punktu widzenia wróciłem wstecz o parę szczebli rozwoju biologicznego człowieka, gdzieś w okolice małpy nadrzewnej, która wprawdzie jeszcze nie miała inteligencji australopiteka, a może właśnie dlatego - nie jadła mięsa, a jadła jedynie zieleninę. Ja też nie jem mięsa, więc jej wzorem jem dużo zielska, trochę serów najchętniej z żurawiną i piję zieloną  herbatę. Zresztą mam kilka zestawów w śniadaniowym menu, które zmieniam okresowo. W okresie „mlecznym” na przykład jem zalane mlekiem (mimo ze pisze się tu i ówdzie że mleko jest be) i posłodzone miodem kilka rodzajów płatków, zarodków, pestek, orzechów, rodzynek, siemienia i co tam jeszcze...

   Małpa nadrzewna zapewne jadła w kucki i choć tu poszedłem w rozwoju dalej, jednak w tej materii doszedłem jedynie do epoki starożytnego Rzymu, bo jem... leżąc. Przenoszę mianowicie na tacy wszystkie przygotowane wiktuały do mojego gabinetu, stawiam na stoliku obok leżanki, rozciągam się na niej i oddaję rozkoszy pałaszowania. Nie znaczy to, że jestem żarłokiem, któremu jedzenie stanowi wyszukaną rozkosz. Jem, bo jem, bo czyż zielsko i rozgniecione zboże może stanowić wyrafinowaną przyjemność dla podniebienia?

   I tak jak często matka karmiąc swoje pacholę mówi o jakichś ptaszkach, które rzekomo latają pod sufitem, żeby odwrócić uwagę malca od jedzenia i w tym czasie jak najwięcej kaszki wcisnąć mu do buzi, tak ja wtykam nos w telewizor, a ręka mechanicznie pokonuje drogę od talerza do ust.

   Zmywanie, które jak się należy spodziewać też nie należy do moich najbardziej ulubionych zajęć, kończy ten etap poranka.