Postprzemyślenia prealkoholika

Muszę przestać pić. Albo chociaż pić mniej.

Ale czy można pić mniej? Przecież zawsze trzeba wypić przynajmniej to jedno piwo. A przecież jedno piwo to zawsze pierwsze piwo. A pierwsze bo nigdy nie ostatnie.

Nie, nie mogę pić wcale.
Tylko jaki wtedy będę mieć pretekst dla siebie żeby gdzieś wyjść i jaki pretekst dla innych żeby ich wywabić i nasycić swój towarzyski głód?
Czy wszystko  co jest u mnie związane z odpoczynkiem i towarzyskością musi mieć chmielowy posmak czy mi się już tak tylko wydaje od tego nadmiaru jakim spływa każda kolejna butelka do mojego gardła? 
Pewnie nie, choć jak dotąd tak bywało. 

Muszę sobie znaleźć jakieś angażujące zajęcie. Coś co by mnie pochłonęło, zaciekawiło na tyle, że nie miałbym ochoty myśleć o piwie, bo miałbym lepsze rzeczy do roboty. Tylko co ja sobie wymyślę, skoro przez tyle czasu piwo było najlepszym sposobem spędzania czasu? Właściwie to piwo jest najlepszym sposobem spędzania czasu od czasu otwarcia pierwszego do skończenia ostatniego, a potem się już tylko żałuje. Pozorne jest dobro piwa.
Ale za to ta lekkość jaką ono daje.. A wszystko inne jakoś podejrzanie pachnie mi obowiązkiem, a obowiązki są zawsze ciężkie, bo mają w sobie coś z przymusu, a nikt nie lubi gdy go do czegoś przymuszać.
Muszę znaleźć sobie coś co daje lekkość, choć trochę porównywalną z tą jaką daje piwo. Coś co pozwoli mi wywołać w sobie przynajmniej subtelne odurzenie i uzależnić mnie..