Portale społecznościowe...

polityczne dyskonty dla ubogich, czy piąta władza na miarę Naszych czasów?

 

 

„Nie kupię tego produktu”- pomyślało milion osób. Wycofano go z rynku, podjęto decyzję o zaprzestaniu jego produkcji. „Nie idę na wybory, mój jeden głos się nie liczy”- pomyślały dwa miliony Polaków. Dziwią się Państwo, że nic po wyborach się nie zmieniło? Chcą Państwo zgłosić reklamację? Tak bez podstaw? Nie ma paragonu, nie ma reklamacji! Z jakiej racji, jeżeli w dniu wyborów nikt nie widział Was przy kasie! To co kupujemy, jak głosujemy naprawdę ma znaczenie.

Obecnie wpływ portali społecznościowych na politykę można porównać do funkcji, jaką odgrywają dyskonty w handlu. Poruszanie się po polityce, jest jak jazda wózkiem po supermarkecie. Ludzie w sklepie szukają ulotki informującej o najnowszych wyprzedażach. Wyborcy za przewodnika wybrali portale społecznościowe. Prawa wolnego rynku, są równie bezlitosne, jak reguły politycznej gry. Sami chcieliśmy tego politycznego kapitalizmu.

 Teraz social media robią ratingi!

 To dyskonty dyktują zasady gry na rynku handlowym. Manipulując cenami produktów pozostawiają procentowy udział w kształtowaniu popytu i podaży na wytwarzane dobra, usługi. To inne, większe sieci muszą śledzić, co dzieje się u konkurencji, tańczyć, tak jak dyskonty im zagrają. Taką samą rolę w grze politycznej obecnie odgrywają social media. Tak jak to, co nabywają kupujący, świadczy o nastrojach konsumentów, tak samo, to co piszą ludzie na portalach społecznościowych dotyczącego polityki świadczy o nastrojach społecznych! Ponieważ tam obecnie wystawiony jest wszelki polityczny towar. Tylko, że najzwyczajniej w świecie kasujemy go raz na kilka lat. Dlatego bardzo dokładnie sprawdzajmy datę przydatności do sprawowania władzy. Na scenie politycznej kolejne frakcje bacznie śledzą każdy ruch przeciwnika. Markety stosują różne triki, aby zwabić klientów. Partie również w czasie kampanii wyborczej ogłaszają różne promocje. Kolejne komitety wyborcze prześcigają się w składaniu obietnic wyborczych bez pokrycia. Dlatego mówmy jasno, głośno, wyraźnie: SPRAWDZAM! Ponieważ to, co na pierwszy rzut oka wydaję się być kiełbasą, nie zawsze nią jest. Uważajmy na produkty kiełbasopodobne. Nie wszystko kiełbasa, co we flaku.

Tak samo, jak konsumenci mogą pójść na wojnę z koncernem handlowym poprzez bojkotowanie konkretnej sieci, marki, tak samo wyborcy mogą powiedzieć veto partii politycznej, nie oddać już na nią głosu, przejść do konkurencji tuż za rogiem. Łaska zarówno konsumentów, jak i wyborców na pstrym koniu jeździ. Autorytet marki budowanej latami może runąć jak domek z kart, tak jak w gruzach może legnąć kariera polityczna. Wyborcy spragnieni chleba, igrzysk, w szczególności rozlewu krwi, świeżej krwi mogą zażyczyć sobie wymiany, na nowy, lepszy model. Gdyby wybory odbywały by się na stronach, na których miliony Polaków loguje się co najmniej raz dziennie moglibyśmy w końcu przestać wstydzić się frekwencji wyborczej.

Najlepszy dowód na to, że media społecznościowe zmieniają politykę otrzymaliśmy na początku tego roku. Wtedy to toczyła się kolejna bitwa podczas trwającej do dziś wojny polsko-polskiej, bitwa o ACTA. Demonstrujący przeciw podpisaniu tej umowy pokazali, że niezadowolony konsument Internetu, może być gorszy niż głodny, zły wyborca. Rząd chciał urządzić wielką wyprz, zaproponować Nam najnowszy towar zza granicy. Jednak wyprzedaż odróżnia od działań rządu w kwestii ACTA, to że klienci wiedzą o akcji! Natomiast Nam chciano zgotować wielkie wietrzenie magazynów za plecami. Zapomniano o jednej zasadzie: albo jesteś za użytkownikami portali, albo przeciw Nim. Nic o zmianach w Internecie, bez tych którzy z niego korzystają. ACTA, czyli te świeże mięcho, które ciemny lud miał kupić, niczym kota w worku okazało się przeterminowane. W związku z powyższym rząd musiał te mięso przemielić i zjeść sam. Popić piwem, które naważył. To odbiło się czkawką. W sondażach. Przepraszam, ratingu, który agencja ratingowa Polscy Wyborcy obniżyła. Platformie. Przeforsowanie porozumienia miało dla rządu być sufitem. Natomiast wstrzymanie jego ratyfikacji dla internautów okazało się jedynie podłogą. I ja się pytam: kto tu okazał się obywatelski?

Z drugiej strony nie ma lepszego czasu na popełnianie błędów politycznych, niż początek kadencji. Od wyborów do wyborów mija polityczna era. Rząd zawsze może liczyć na amnezję wyborców. Czy spowodowaną amnestią? Tego nie wiem. Raczej tym, że mało kto uważnie przegląda faktury polityczne sprzed kilku lat. To, że przekroczyło się limit i zrobiło się debet na karcie kredytowej, nie oznacza tego, że społeczeństwo wypowie władzy umowę na jej prowadzenie. Tkwimy po uszy w swojego rodzaju programie lojalnonościowym. Skleroza nie boli.

 Prawda komputerowego ekranu, czyli wpis na portalu też przyjmie wszystko.

 Odkąd w polityce pojawiły się media, nic już nie pozostanie takie samo. Rola, jaką odgrywają serwisy społecznościowe w polityce tylko i aż umocniła ogromny wpływ mass mediów. Pojawianie się serwisów społecznościowych, jest tak przysłowiową kropką nad i. Pokolenie ludzi urodzonych po 1989 roku miało doświadczyć lepszej, wolnej, suwerennej Polski. Ci młodzi ludzie mieli być wyborcami autonomicznymi i niezależnymi. Jednak, na młodą rozwijającą się demokrację, czyha wiele zagrożeń.

W Polsce po 1989 roku takim zagrożeniem stała się mediatyzacja polityki. Ponoć media społecznościowe mają przybliżać Nas do danego kandydata, zmniejszać dystans miedzy osobami publicznymi a zwykłymi obywatelami. Możemy skomentować zamieszczone wpisy, poczynania, wyrazić opinię. Tylko, że za wpisami na takie portale może stać narada całego sztabu ludzi, doradców, a nieprzychylne komentarze można usunąć. Przecież media społecznościowe, to ogromne pole do popisu dla przedstawicieli władzy, miejsce do kreowania wizerunku, czy manipulacji, Nami, jako potencjalnymi wyborcami. Bo co z tego, jeżeli poprzemy danego polityka tylko dlatego, że jest obecny w mediach i popularny. Dochodzi do niecodziennych sytuacji, że wiemy, co na swoim koncie wypisuje polityk. Jednak mało kto sprawdzi, czym taka osoba zajmuje się w Sejmie, czy jest dobrym mówcą, czy potrafi sprostać zadaniu, jakim jest przygotowywanie projektów ustaw. Czasami, to co polityk napisze w poście staje się newsem dnia. Czy wobec tego zostaniemy niewolnikami wolności, nowego systemu i ładu?

Takiego przeciwnika politycznego ekipy chcące zdobyć i utrzymać władze jeszcze nie miały. Dlatego lepiej okazać respekt ponieważ, portalu społecznościowego nie można oskarżyć o ukrytą niemieckość, nie może być podejrzany o to, że jego dziadek służył w Wehrmachcie. To kontrkandydat, który nie obiecuje, że uczyni z Naszego kraju zieloną wyspę ,nie planuje budować Budapesztu. Wiele firm w swojej ofercie proponuje abonament internetowy tańszy od koszyczka Kaczyńskiego.

 Konto na portalu, jako najlepsza lokata polityczna na lata.

 Jeżeli kiedykolwiek natkniecie się na newsa pod tytułem „ Wybrano pierwszego Amerykańskiego prezydenta, którego nie można lajkować ani tweetnąć” ,bądźcie bardziej, niż pewni, że obudziliście się pierwszego kwietnia i to jest żart roku. Prezydent bez fan page’u to wyrażenia sprzeczne. Zaprzeczają one nie tylko sobie. Także i amerykańskim wymogom bycia ucieleśnieniem american dream. Taki osobnik w stadzie zostałby odtrącony, zginąłby śmiercią naturalną. Wyborcy są w stanie wybaczyć wiele. Jednak nie to, że nie istnienie się w sieci. Szczególnie, jeżeli zostaje się osobą publiczną. Obecny prezydent USA ma ponad dwadzieścia sześć milionów fanów na Facebooku! Wolę nawet nie przeliczać, ile musiałby wyłożyć pieniędzy na reklamę podczas kampanii, aby dotrzeć do tylu osób. Profil na tego typu stronach jest najlepszą inwestycją. Idealnie amortyzuje ona koszty uzyskania reelekcji.

Skoro wyborcy, których się reprezentuje masowo korzystają z możliwości, jakie daje Internet, trzeba się z Nimi solidaryzować.

Gdyby środki masowego przekazu były bardziej rozwinięte, ludzie dowiedzieliby się o rzeczach ukrywanych przed Nimi, o tym, że Roosevelt jeździł na wózku. Także większy problem miałby John Fitzgerald Kennedy, ponieważ światło dzienne ujrzałoby nie tylko to, że w piątek zdarzyło mu się jeść bekon, mimo, iż był pierwszym katolickim prezydentem w Białym Domu.

W dobie masowego dostępu do sieci rodzi się pytanie o sens ciszy wyborczej. Szczególnie portale społecznościowe, to ogromne pole do manipulacji w tym zakresie. Użytkownicy takich stron mogą bez problemu tą ciszę pominąć. Choćby w prywatnych wiadomościach, gdzie jako adresatów można wskazać wiele osób.

Ta rola wpływania na politykę jeszcze się nie skończyła. Wręcz przeciwnie! Rozpędziła się i będzie postępować. Tak, jak coraz bardziej postępowe będzie społeczeństwo posiadające swoje konta na tych portalach. Już za kilka lat nadejdzie fala kulminacyjna zmian z polityce spowodowanych przez serwisy społecznościowe. Walka się zaostrzy, ponieważ głosować w wyborach będą mogli Ci, którym zmniejszono liczbę godzin historii z szkołach. Czyli, w praktyce pójdzie do urny generacja, która, jeżeli cokolwiek sprawdzi, to w sieci. Na Naszych oczach przyjdzie na świat nowy typ wyborcy: wyborca społecznościowy!

Przed portalami społecznościowymi jeszcze jedno ważne zadanie. Chciałabym być świadkiem tego, jak zmieniają one postrzeganie kobiety-polityka. Tylko przez serwisy społecznościowe istnienie możliwość dotarcia do na tyle licznej grupy osób, aby w polityce pojawiło się więcej kobiet na znaczących stanowiskach. Abyśmy mogli doczekać wyboru Naszej Polskiej Margaret Thatcher czy Hillary Clinton. I zerwać raz na zawsze z stereotypem płci w polityce. Przecież polityka na obcasach także może być robiona z klasą.

Portale społecznościowe wyrosły wobec powyższego na piątą władzę. Ta czwarta, może już czuć się zagrożona. Portale społecznościowe, są obecnie jedynym zagrożeniem dla polityków, oni się ich boją.