Państwo - dom nasz publiczny (cz. II)

Państwo w swoich imperialistycznych zapędach przeciwko obywatelom może powstrzymać wyłącznie społeczeństwo republikańskie. Warunkiem sine qua non istnienia takiego społeczeństwa jest poczucie odpowiedzialności. Jeżeli ja jestem częścią takiej zbiorowości, biorę odpowiedzialność nie tylko za swoje sprawy, ale wszystkich, którzy wokół mnie żyją. Źle funkcjonuje szkoła na moim osiedlu, kręcą się na jej terenie dealerzy narkotyków, nie czekamy na interwencję odpowiednich instytucji, ale my sami, czyli rodzice, przywracamy porządek. Grasuje na naszym terenie łobuz wypuszczony z więzienia, z którym policja nie umie sobie poradzić, łamiemy delikwentowi nogi. Społeczeństwo obywatelskie powstaje, rodzi się, w wyniku jego samoorganizacji. Dynamika działania zmierzająca do rozwoju zbiorowości i zapewnienia interesów tworzy zdumiewający efekt synergiczny. Wszyscy nagle zaczynają dostrzegać, jakie ogromne korzyści daje praca dla innych. Praca na rzecz zbiorowości daje korzyści mnie. To paradoks socjologiczny wielokrotnie opisywany w literaturze przedmiotu (Locke'a, Poppera), który jest właśnie generatorem tej synergii. Działanie zmierzające do zapewnienia interesów określonej grupie ludzkiej powoduje, że zatomizowana zbiorowość przeistacza się we wspólnotę, a powszechna aktywność w sferze publicznej sprawia, iż społeczeństwo zamknięte (używając terminologii Poppera) staje się społeczeństwem otwartym, czyli republikańskim.

Zdaję sobie sprawę, że to oczywistości i nie ma w tym żadnej odkrywczej myśli. Sądzę jednak, że niektóre oczywistości należy sobie przypominać, od czasu do czasu.

Czy zatem my, mieszkańcy tego kraju, jesteśmy społeczeństwem republikańskim? Czy jesteśmy, choć w minimalnym stopniu, spadkobiercami pięknej tradycji rzeczypospolitej szlacheckiej? To są pytania retoryczne. Nie! Nie jesteśmy! Postawię tezę kontrowersyjną, która pewnie niejednego czytelnika zdziwi albo nawet oburzy. Za stan państwa, które jest naszym domem publicznym jesteśmy odpowiedzialni my wszyscy. Nie rząd, nie parlament, nie prezydent czy sędziowie, którzy ostatnio zasłynęli z wydawania skandalicznych wyroków! Żadna z tych instytucji nie funkcjonuje normalnie, ponieważ my się na to godzimy; ponieważ sprawy, które mają dla naszego społecznego funkcjonowania fundamentalne znaczenie, pozostawiamy ignorantom, łobuzom i karierowiczom. Najbardziej spektakularną oznaką stanu naszych umysłów i naszego ducha jest odpowiedź na pytanie, jak można to zmienić: " a co ja mogę, nic przecież ode mnie nie zależy". I to rzeczywiście prawda - od jednostki nie zależy nic, ale od wspólnoty zależy wszystko.

Przypominam sobie pewien przykład, który ktoś kiedyś podał ilustrując różnice w podejściu do spraw publicznych pomiędzy Polakami a Węgrami. My jeździmy po naszych dziurawych drogach coraz lepszymi i droższymi samochodami, Węgrzy natomiast jeżdżą gorszymi, ale po lepszych drogach. Nas interesuje trawa we własnym ogródku, żeby była pięknie i równo przystrzyżona. Za płotem mogą rosnąć dwumetrowe pokrzywy. Co mnie to obchodzi? Przykład ten dobrze oddaje, jakie mamy priorytety.

Innym przykładem dobrze ilustrującym nasz stosunek do kwestii publicznych jest afera hazardowa. W społeczeństwie republikańskim rząd natychmiast podałby się do dymisji. Byłaby to reakcja automatyczna. Jednak w zatomizowanym tłumie, który tylko z nazwy jest społeczeństwem, wystarczy wykonać kilka pozorowanych ruchów, złożyć kilka wyjaśnień, przeprowadzić parę konferencji prasowych i wszystko zostaje po staremu. Niestety, to co poza naszym ogródkiem, jest czystą abstrakcją. Nie dociera do nas w całej jaskrawości prawda, że politycy ramię w ramię z mafiosami od hazardu bezczelnie nas okradają, a w związku z tym i nasz ogródek będzie uboższy i mniej zadbany.

W tej jakże smutnej rzeczywistości pojawia się światełko nadziei. To młodzi ludzie, którzy w sytuacji jawnego naruszenia swobód obywatelskich potrafią się zorganizować i o nie walczyć. Przykładem jest ustawa o ACTA, która została storpedowana w wyniku licznych demonstracji ulicznych. Tusk się przestraszył, chociaż wcześniej mówił, że ulica nie może decydować o procesach legislacyjnych. Jednak to właśnie "ulica" zadecydowała, że szkodliwa dla życia społeczeństwa obywatelskiego ustawa nie została uchwalona.