Ostatni spacer.

Skąd ta płowa sarna wie? Skąd ona wie, że mój pies już za nią nie pogoni? Na psiej łące- pixiełące, której każde wystające źdźbło zostało już oznaczone, której wszystkie zapachy wchłonięte przez psi nos, każde kretowisko szturchnięte? Gromadka sarenek bezczelnie przebiega przed nami i oboje udajemy, że tak ma być, przeleciały to przeleciały… I co? Jeszcze niedawno nie do pomyślenia, ale ostatnio jesteśmy zaprzyjaźnieni, jesteśmy pogodzeni i tak mądrzy i przewidujący.

- Niech sobie brykają…-pobłażliwie mówią do mnie psie, przymrużone, od niedawna bardzo stare i pogodzone z losem oczy.

Słońce zachodzi i nasze cienie jeszcze bardziej wychudzają stare psie kości. Stawiam krok za krokiem i nie muszę już rozglądać się za nim, wrzeszczeć i szukać, gdzieś na horyzoncie- jest obok, tuż za mną i szturcha mnie w łydki. Nadal pilnuje i broni, choć pewnie odniosę go do domu na rękach. Gdzie te wszystkie szaleńcze gonitwy za wiatrem? Gdzie te dumne odszczekiwania echu pod lasem? Co  się stało z tą energią stu słońc w tym czarnym futrze pędzącą bez wytchnienia, chłonącą czas i przestrzeń?

            - Już nie mogę, wiesz?

            - Wiem.

            - Już nie mam siły. Dzieje się coś złego, wiesz?

            - Wiem, piesku, wiem.

            - Nie możesz czegoś z tym zrobić?

I ja- bóg mojego psa, nie mam nic do powiedzenia. Z jego perspektywy ja żyję wiecznie i jestem panem życia i śmierci. Ufa mi bezgranicznie. Długo to trwało, ale przekonałam go wreszcie. Teraz pozwala mi na wszystko, weterynarz może mu nawet wsadzić głowę do pyska i termometr pod ogon, jeśli ja tak zadecyduję. On mi już wierzy, bezmiernie. I po co?… Smutny i rozdzierający serce mój psioboski los.

Głaszczę go za uszami i tylko tyle. A on jest przecież taki grzeczny teraz… Nie będzie nagrody?

Ja – bezsilny i ułomny bóg mojego psa- nie mogę nic. Cóż, sama rzadko słucham swojego Boga…