Odszkodowanie za własną winę

Rodzice w ogóle nie muszą wychowywać swoich pociech.

 

Bezstresowe wychowanie dzieci bardzo podoba się dzisiejszym rodzicom. Moim skromnym zdaniem powód jest jeden: rodzice w ogóle nie muszą wychowywać swoich pociech. Przecież nie można krzyczeć na dziecko, bo przeżyje stres. Nie można dać dziecku klapsa, bo to znęcanie się. Nic nie można, więc…, wychowanie pozostawia się paniom przedszkolankom, nauczycielkom i nauczycielom.

Rok temu głośna stała się sprawa dziecka, które połknęło w supermarkecie żrący środek do przetykania rur. I dzisiaj rodzice domagają się od producenta „Kreta” odszkodowania. 100 tys., a może być jeszcze wyższe, jak spodziewa się pełnomocnik rodziców, dwu i pół letniego wówczas dziecka. Zarzucali bowiem, wystawianie niebezpiecznych artykułów w łatwo dostępnym miejscu. I tutaj dostrzegam wywrócenie całej sprawy do góry nogami, albo, jak kto woli, odwrócenie kota ogonem. Supermarket, kiedy sprawa ujrzała światło dzienne w mediach, stał się kozłem ofiarnym, na którym suche nitki nie zostawiała opinia publiczna i wszelkiego rodzaju dziennikarza, a nawet fachowcy. Razem z supermarketem atakowano producenta.

Wszyscy zgodnie twierdzili, że takie niebezpieczne artykuły chemiczne, substancje żrące np., powinny być wystawione w trudno dostępnych miejscach, najlepiej na najwyższych półkach. Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie. Takie artykuły powinny być wystawiane jak najniżej, najlepiej na posadzce, a to z bardzo prostego powodu. Jeśli jakiś roztargniony, albo z innego powodu nieuważny klient, ściągając ów żrący środek z górnej półki, spowoduje spadnięcie więcej niż by sobie życzył opakowań, może to przynieść opłakane skutki. Mogą te opakowania spadać na głowę innych klientów, a nawet dzieci. O tym, jaki to może mieć wpływ na zdrowie klientów, na ich odzież, inne produkty w koszach, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Dlatego uważam, ze takie artykuły powinny być ustawiane na ziemi, w celu zminimalizowania ewentualnych, spowodowanych nieprzewidzianymi okolicznościami, zdarzeń, typu nieszczelne zamknięcie, lub przewrócenie się jakiegoś opakowania. Przewrócenie się, niczym nie skutkuje, spadnięcie z dwóch metrów… trudno przewidzieć.

Rodzice więc, chłopczyka, który nałykał się jakiegoś przetykacza rur, żądają zadośćuczynienia, bo leczenie wciąż trwa. 100. tys. złotych, albo więcej. Nikt, bo to nie wypada, nie zapyta jednak tych rodziców, gdzie oni byli, kiedy dziecko „piło” ten napój. Taki mały dzieciaczek potrzebuje trochę czasu, aby taką plastikową butelkę wyciągnąć, odkręcić zakrętkę i wreszcie się napić. Co wtedy robili rodzice? Pochłonięci byli zakupami. Akurat dziecko w tym momencie „nie istniało”, bo coś fajnego trzeba dotknąć, sprawdzić, przejrzeć, potrzymać w ręku i stoczyć walkę: „kupić, nie kupić”. Rodzice bardzo szybko „kupili” metodę bezstresowego wychowania dziecka. I okazuje się, ze wychowywać ma nie tylko przedszkole i szkoła, ale również supermarket, a nawet producent. Jako że od sklepu jednak nic nie wskórają, przyczepili się producenta.

Ponieważ rodzice poprzegrywali procesy, zarówno ze sklepem, jak i z producentem, wytoczyli proces cywilny. Nie można wykluczyć, ze jakiś klient, godzinę wcześniej, albo dwie, chciał się przekonać jak ten środek pachnie, albo wygląda. Odkręcił więc być może, obydwie (bo są dwie) zakrętki i niestarannie zamknął. Taka możliwość istnieje. I trudno za to obwiniać producenta. Sam, wielokrotnie się przekonałem (nawet wczoraj wieczorem), ile towarów w supermarkecie jest pootwieranych, uszkodzonych, czy wręcz zniszczonych przez klientów, którzy „dla niepoznaki” odkładają towar na półkę.

Jestem daleki od propagowania bicia dzieci – swoje przeżyłem i znam ten ból. Jednak nie wyobrażam sobie, aby wychowywać dziecko bez respektu dla rodziców, innych osób starszych, czy bez respektu dla pewnych zachowań. Dziecko musi odczuwać groźbę kary (nie cielesnej, ale w ogóle kary), za niesubordynację, łamanie zakazów, brak szacunku. Dziecko musi być nieustannie pod okiem rodziców, szczególnie w miejscach publicznych, takich jak sklepy właśnie, ulica, czy trotuar.

Rodzice zatrutego chłopczyka tymczasem, nie mają sobie nic do zarzucenia: przyszli na zakupy – reszta to sprawa supermarketu i producentów towarów. Niech więc supermarket, ewentualnie producent płaci.

Gdyby to ode mnie zależało, ci rodzice nie tylko nie dostaliby odszkodowania, ale nie zobaczyliby więcej swojego synka na oczy. Choć jestem zdecydowanym przeciwnikiem odbierania rodzicom dzieci, w tym akurat przypadku butę rodziców przydałoby się ukarać. Zamiast bowiem siedzieć cicho, żeby ich „ignorancja wychowawcza” nie ujrzała światła dziennego, jeszcze bezczelnie wyciągają rękę po pieniądze, za swoją własną głupotę, za swoją własną nieumiejętność posiadania dzieci.