Oblężenie Kowla i Boża ochrona

Bóg potrafi być obecny nawet w piekle. Krótki fragment osobistych dramatycznych doświadczeń wojennych głęboko wierzącego człowieka z Kresów Wschodnich.

 

W czasie wojny, gdy wiara jednych słabnie, u innych się wzmacnia. Obiecałem panu Szymonowi Bachirowi z Eioba podzielić się z nim wspomnieniami ludzi jak on — z Kresów, którzy widzieli jej okropności, ale jednocześnie przeżyli wiele cudów i pozostali ludźmi wiary, nawet głębszej po niż przed wojną. Jednego z nich, pastora Tadeusza Przychodzkiego, poznałem osobiście dziewięć lat temu w Australii. W czasie wojny był nastolatkiem. Swoje doświadczenia z tego czasu spisał w książce "Pod ochroną Wszechmocnego. Historia prawdziwa". Przysłał mi ją tuż przed swoją śmiercią, która nastąpiła w grudniu ubiegłego roku, z prośbą o publikację w Polsce. Myślę, że to niedługo nastąpi. Dziś mały przedsmak.

Andrzej Siciński

* * *

Kilka dni przed nadejściem wojsk sowieckich przewoziłem walizki niemieckim żołnierzom z jednej stacji kolejowej na drugą. Dwa lub trzy dni przed oblężeniem miasta szedłem z domu na stację kolejową, pchając przed sobą wózek, gdy nagle podeszło do mnie trzech niemieckich kolejarzy w wojskowych mundurach, lecz bez broni. Wzięli mój wózek i kazali iść za sobą. Byłem pewny, że zarekwirowali moje narzędzie pracy, ale po przejściu około stu metrów podeszli do beczki karbidu, włożyli ją na wózek i zawieźli do krytego towarowego wagonu. Potem oddali mi wózek i zapytali, czy mam rodzinę. Odpowiedziałem, że mam matkę, dwóch braci i dwie siostry; że troje z nich to jeszcze malcy, a jeden brat jest starszy ode mnie; że matka nie jest zdrowa, a co jest z ojcem, tego nie wiem (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ojciec nie żyje). Gdy to wszystko powiedziałem, jeden z kolejarzy, który mówił po polsku, kazał mi zaczekać i po chwili przyniósł bardzo duże bochenki wojskowego chleba, które mogły mieć około kilograma wagi każdy. Niósł je na ręku jak polana drzew. Włożył mi do wózka około trzydziestu bochenków, dołożył kilkanaście puszek żółtego sera w konserwach i powiedział:

— Daj to twojej matce, to się wam przyda.

Nie wiedziałem, dlaczego zostałem tak szczodrze obdarowany, ale on wiedział, że nadejdzie ciężki czas dla ludności cywilnej i będziemy w wielkiej potrzebie. W pierwszych dniach walki o miasto Rosjanie zniszczyli wszystkie komunalne urządzenia łącznie z elektrownią i wodociągami. Wiele domów legło w gruzach. Ludzie nieustannie ginęli od kul, pocisków armatnich i bomb lotniczych. Na ulicach leżały ludzkie ciała porozrywane na drobne kawałki i porozrzucane na wszystkie strony. Kto tego nie widział, nie jest w stanie pojąć, jakie spustoszenia takie obrazy poczyniły w umysłach świadków tych wydarzeń.

Początkowo mieliśmy nadzieję, że po krótkim czasie walk wszystko się uspokoi, że front pójdzie dalej, a my wrócimy do Maniewicz. Stało się jednak inaczej. Walki się przedłużały. Ludzie chowali się, gdzie kto mógł, ale tak naprawdę to nigdzie nie było bezpiecznie. W pobliżu naszego miejsca zamieszkania był tylko jeden betonowy schron przeciwlotniczy, w którym mogło pomieścić się około czterystu osób. Kto zdążył zająć miejsce w tym schronie, ten czuł się bezpieczniej. Żołnierze niemieccy nie mieli prawa schodzić do schronu, oni musieli walczyć i tylko dlatego pozwalali ukrywać się w nim cywilom.

Do schronu nikt nikomu żywności nie dostarczał. Trzeba było wychodzić i szukać pożywienia, a wszędzie trwały zacięte walki. Wielu z tych, którzy wyszli, nigdy nie wróciło; zginęli od kul, a ich miejsce zajęli inni. Chociaż schron był tylko około stu pięćdziesięciu metrów od naszego domu, to w pierwszych dniach oblężenia nie korzystaliśmy z niego. Ufaliśmy w Bożą ochronę i wierzyliśmy, że aniołowie Boży zmienią kierunek kul i armatnich pocisków, tak by nas ominęły. Pod tą osłoną czuliśmy się bezpieczniej niż w schronie.

Jednak po trzech tygodniach ktoś nas namówił, abyśmy przenieśli się z drewnianego domu do parterowego murowanego budynku, odpornego nawet na pociski armatnie. W mieście nieustannie grzmiały armaty i wybuchały bomby. Cała ziemia trzęsła się i przerażenie ogarnęło moje młodsze rodzeństwo. Ze względu na Helę, Bolka i Danusię usłuchaliśmy rady. Był czwartek po południu, kiedy wzięliśmy sienniki i koce i przenieśliśmy się. W tym murowanym domu chroniło się już około trzydziestu osób i było bardzo ciasno. Ludzie, którzy tam byli, zrobili nam trochę miejsca w kącie, w którym ściśnięci mogliśmy spać.

Następnego dnia rano, a był to piątek, pewna kobieta w średnim wieku podawała każdemu żelazny krucyfiks do pocałowania. Gdy podeszła do nas, oświadczyliśmy, że zgodnie z drugim przykazaniem Bożym nie uznajemy obrazów i figur i nie kłaniamy się tym rzeczom ani też ich nie całujemy, a modlimy się bezpośrednio do Boga, który jest w niebie.

Gdy ona to usłyszała, zaczęła krzyczeć:

— Pośród nas są heretycy, bezbożni, odmówili pocałowania świętej figury Pana Jezusa i przez nich może nas spotkać nieszczęście, możemy wszyscy zginąć! Trzeba ich natychmiast wyrzucić na ulicę i niech ich pociski rozszarpią!

Na krótką chwilę zapadła całkowita cisza, po czym niektórzy „chrześcijanie” podeszli do nas z groźnymi minami, aby nas wyrzucić, lecz nasza matka wstała i ze stoickim spokojem powiedziała:

— Proszę się uspokoić, nie trzeba nas wyrzucać, sami pójdziemy.

Zabraliśmy swoje sienniki z pościelą i wróciliśmy do naszego małego drewnianego domku.

Zgodnie z czwartym przykazaniem Bożym świętujemy sobotę, na którą przygotowujemy się już w piątek i o zachodzie słońca rozpoczynamy to święto przez odśpiewanie pieśni, czytanie Biblii i modlitwę. Noc była względnie spokojna, tylko gdzieś w oddali słychać było pojedyncze wybuchy armatnich pocisków lub wystrzały z karabinów. W sobotę rano po śniadaniu zrobiliśmy nabożeństwo domowe, podobnie jak w kościele na społecznym zgromadzeniu, łącznie ze studiowaniem lekcji szkoły sobotniej*. Nabożeństwo w kościele było niemożliwe w oblężonym mieście.

Na zewnątrz wciąż było względnie spokojnie. Nagle około godziny pierwszej po południu usłyszeliśmy straszliwy huk i ryk nie do opisania, ziemia się zatrzęsła i chwilę potem nastąpiła straszna eksplozja, tak silna, że jej podmuch wyrzucił mnie i mojego brata Józefa z mieszkania na zewnątrz, reszta rodziny nic się nie stało tylko dlatego, że byli w drugim pomieszczeniu. Po kilku minutach zrobiło się całkowicie ciemno, jak w najczarniejszą noc, ale potworny huk i trzęsienie ziemi wciąż trwało. Wydawało się, że wszystko się rozlatuje w drobne kawałki, rzucało nami na wszystkie strony, nie wiedzieliśmy, co się dzieje — byliśmy przekonani, że to już koniec.

Ten potworny koszmar trwał mniej więcej czterdzieści minut i raptem, tak nagle jak wszystko się zaczęło, tak wszystko ucichło, i tylko w uszach wciąż dzwoniło. Tę ciszę odczuliśmy bardzo przykro i boleśnie. Nigdy wcześniej nie przyszło mi na myśl, że cisza może boleć. Po jakimś czasie rozpoczęły się pojedyncze, sporadyczne wystrzały i tak było aż do rana. Był to atak wojsk rosyjskich na wszystkie pozycje niemieckie w oblężonym mieście, a ostrzeliwano i bombardowano całe miasto. Całą noc nie zmrużyliśmy oka, a gdy się rozwidniło i stwierdziliśmy, że wszyscy żyjemy, łzy radości potoczyły się po naszych policzkach. Jedynie Helena miała lekkie niegroźne zadrapanie na czole.

Wczesnym rankiem, gdy wyszliśmy z mieszkania, wydawało nam się, że znaleźliśmy się w zupełnie innym miejscu, wokoło wszystko się zmieniło. Niektóre domy zniknęły, nawet ślad po nich nie pozostał, inne zamieniły się w kupy gruzów, na innych zniknęły kominy, powyrywało drzwi i okna, ściany popękały. Murowany dom, w którym byliśmy poprzedniego dnia, ten sam, z którego chcieli nas wyrzucić, niestety także zamienił się w kupę gruzu. Wszyscy, którzy tam się schronili zginęli. „Święty” krzyż, który całowali i do którego się modlili, nie pomógł. Drewniany dom, w którym mieszkaliśmy, pozostał w całości, jedynie mała szyba wyleciała z jednego okna. Pozostał też komin na dachu, co było wielkim dobrodziejstwem, ponieważ mogliśmy dalej palić w piecu i przygotowywać posiłki.

Po chwili zauważyliśmy zbliżających się ludzi. Gdy zobaczyli nasz nienaruszony dom z kominem i szybami w oknach, przystawali zdumieni i pytali właściciela domu, dziadka Jawdokimowa:

— Jak się to stało, że twój dom pozostał cały, nie uszkodzony?

Dziadek spokojnie odpowiedział:

— To dlatego, że u mnie mieszkają sobotniki. Bóg ich osłania, a przy nich także mnie i mój dom.

Dziadek Jawdokimow widział nasze nabożeństwa i słyszał nasze modlitwy zanoszone do Boga. Zrozumiał również, że świętujemy prawdziwie święty sobotni dzień, według Bożych przykazań, i że uznajemy tylko nauki biblijne, i wierzył, że to Wszechmogący Bóg osłania nas w tym strasznym czasie.

Tadeusz Przychodzki

 

* Szkoła sobotnia to określenie pierwszej części nabożeństwa w Kościele Adwentystów Dnia Siódmego, to czas wspólnego studiowania i dyskutowania fragmentów Biblii. W odróżnieniu od części pierwszej, druga część to czas słuchania kazania Słowa Bożego.

 

Autor: Tadeusz Przychodzki