Obieranie mandarynki…

Będąc dzieckiem, wydawało mi się, że życie jest w miarę proste.

 

Nie widziałem wielu spraw zarezerwowanych dla dorosłych, wydawało mi się, że w wielu miejscach przesadzają, przejmując się i zamartwiając pewnymi rzeczami, które dla mnie były albo mało istotne, albo nie istniały w ogóle…

    Z czasem rzeczywistość zaczęła weryfikować moje patrzenie – pojawiły się pierwsze ,,schody”. Najpierw w szkole – walka o lepsze oceny, zmaganie się ze sprawdzianami i klasówkami, potem ogromny stres przed maturą… Do tego dochodziła oczywiście batalia w sferze miłosnej, którą przez długi czas przegrywałem… Pierwsze oznaki zmęczenia tym ciągłym zmaganiem się z całym otaczającym mnie światem przyszły dość szybko, bo w wieku zaledwie dwudziestu jeden lat. Zacząłem wówczas zastanawiać się nad sensem całego życia (któż tego nie robił…?:)) w kontekście ciągłej walki, nerwów, niepewności, nowych wyzwań, ponownej walki itd. itp. etc…

   Nie umiałem zrozumieć, jak człowiek mógł stworzyć sobie taką rzeczywistość, cywilizację, w której tzw. święty spokój jest tak trudno osiągalny. Ciągle jesteśmy do czegoś zmuszani, gonieni, czymś przytłaczani, obarczani, a krótkie chwile szczęścia i szczerej radości rozmywają się w morzu trosk i powinności… Nie jesteśmy w stanie osiągnąć szczęścia na dłużej, bo nie mamy czasu, żeby się nad nim zatrzymać i się nim rozkoszować, nie dojdziemy nigdy do celu, bo gdy wydaje nam się, że docierając do wyznaczonego celu złapaliśmy owe spełnienie ,,za rogi”, nagle budzimy się i okazuje się, że jest ono już w innym miejscu… I tak w kółko…

   Usiadłem pewnego razu w bujanym fotelu moich dziadków, a że była zima, czyli czas na mandarynki, na które miałem ogromną ochotę, wziąłem się za obieranie jednej… Ściągałem skórkę z owoca, a oczami wyobraźni rozkoszowałem się już jego wnętrzem. Im bliżej byłem samej mandarynki, z tym większą satysfakcją i niecierpliwością zdzierałem kolejne płaty skórki… Aż w końcu mogłem dobrać się do sedna sprawy… Mandarynka była dobra, jednak muszę przyznać, że nie aż tak wspaniała, jak sobie myślałem… Trzymając w ręku skórki po zjedzonej mandarynce, chcąc zabrać się za następną, zdałem sobie naglę sprawę, że najlepsze w tej całej mandarynce było samo obieranie – dawało więcej satysfakcji niż jedzenie, można powiedzieć, że dawało więcej ,,smaku” niż samo jedzenie… Wyczekiwanie na upragniony owoc, wyobrażenia o tym,  jaki będzie dobry i spoglądanie na wydobywający się spod skórki smakołyk było lepsze, niż on sam! Samoistnie przełożyłem ,,przygodę” z mandarynką na moją rzeczywistość. O ile nie od dziś wiadomo, że nasze marzenia i dążenia są dla nas motorem napędowym, to odkrywcze, a zarazem zaskakujące było dla mnie co innego…

    Nagle zdałem sobie sprawę, i trochę mnie to przeraziło, że często sama droga do upragnionego celu jest lepsza, niż nagroda, jaka czeka na końcu… Samo dążenie do czegoś, marzenie o tym, idealizowanie czegoś, daje więcej niż rozkoszowanie się już osiągniętym celem. Pewien ,,zawód”, jaki często sprawiały mi osiągnięte cele, gdy nie okazywały się być tak wspaniałe, jak zakładałem, jest dla mnie motywacją do osiągania kolejnych…

    Zacząłem się trochę obawiać tego, że teraz wszystko będzie mi sprawiać zawód, że nawet gdy się zakocham, to mój chodzący ideał, gdy już go ,,zdobędę” okaże się o wiele mniej niezwykły i fascynujący niż zakładałem (myślę, że wielu to spotkało… dlatego zweryfikowałem moje pojęcie ideału…), że jakiekolwiek marzenie, które się zrealizuje, okaże się tylko niedoskonałą kopią moich wyobrażeń. Bałem się, że nie będę umiał cieszyć się niczym, tylko dążeniami, które nieraz dają tyle satysfakcji…

    Z czasem zapomniałem o wstrząsającej dla mnie sprawie obierania mandarynki i przeszedłem nad nią do porządku dziennego.  Od tego czasu minęło parę lat. Przez te parę lat w moim życiu zrealizowało się naprawdę wiele marzeń, nieraz tych, które tkwiły mi w sercu od bardzo dawna. I choć może nieraz rzeczywiście samo wyczekiwanie na osiągnięcie czegoś, na zrealizowanie jakiegoś zamiaru dawało więcej niż potem czerpanie z osiągniętego celu, to suma summarum… czymże była by sama skórka, bez mandarynki…?