O tym jak wygrywałem loterie podróżując tunelem czasoprzestrzennym

Pytanie jakie może się nasunąć to: kto i kiedy spisał wyniki losowania?

 

 

O tym jak wygrywałem loterie podróżując tunelem czasoprzestrzennym w poszukiwaniu wyników losowania

 

Wybrałem się więc. Wszystko było w najlepszym porządeczku; znaleziona odpowiednia czarna dziura, wirująca wystarczająco, tak, że przecisnę się przez osobliwość, pojazd który wytrzyma przeciążenia, skrajne zakrzywienie przestrzeni i podróż przez tę grawitacyjną studnię, technikę podejścia i przedostania się…

Wreszcie nadszedł dzień próby i już pędziłem w kierunku moich wrót czasu. Widziałem już ją – o ile taką dziurę można widzieć, tylko na moich urządzeniach. Podszedłem do… lądowania? Ssie okropnie, ssie, krążyłem wokół niej, coraz silniejsza grawitacja, wreszcie zbliżyłem się do tej słynnej granicy – horyzontu zdarzeń. Znaczy się o tym przekonałem się dopiero potem, gdy mignęły mi miriady promieni światła, czyli kręcących się gdzieś na końcu grawitacyjnego łańcucha fotonów. Dalej nie pamiętam – chyba słusznie, co było w środku, bo to, co tam jest ma pozostać nieznane. Wypadłem z ogromnym pędem po drugiej stronie tunelu – przez białą dziurę.

Po długich trudach i mozołach znalazłem naszą planetę. Nie jest łatwo połapać się w kosmosie, zwłaszcza, że wylatujesz z drugiej jego strony.

No i proszę. Jestem w domu. Nie wiem czy to dobrze, wszak wziąłem sobie klucze i mogłem wejść, a tu siedzę pojutrze w domu – to znaczy siedzi on. Więc będzie niezła awantura. Mam nadzieję, że się dogadam ze sobą, abym przełączył telewizor na wyniki losowania.

 I to też się udało. Wszak chodziło mu to po głowie od dawna (i ma nawet pojazd i wszystko, tak, tak, wiem)! I cieszy się, że to zrealizowałem. Problem był w tym, czemu on nie jest milionerem i czemu właśnie nie podskakuje z radości na widok wyników losowania.

Przejąłem się tym. Jak mogę wygrać, skoro on nic o tym nie wie? Nie wygrał. Czyli ja nie wygram czyżby? Ależ gdzie tam. Zapisał sobie wyniki i mi ich nie da!

- Nie dostaniesz wyników! Dopóki nie dostanę kasy!

- Wariacie, chyba to na odwrót – to ja mogę wygrać i to mnie są potrzebne wyniki, bo przecież tu u Ciebie już na to za późno!

- Musimy się podzielić wygraną.

- Do diabła, nie rozumiesz, że jeśli ja wygram, to Ty będziesz bogaty. Bo ja jestem Tobą a Ty mną!

- Dobra, to zabierzesz mnie ze sobą.

- Wykluczone! Nie mogę zabrać Cię w przeszłość – ona jest zamknięta. Znaczy nie możemy być tam we dwóch – tak nigdy nie było. Zresztą – nie zrobimy tego, bo przecież to stało się inaczej – to ja odwiedziłem Ciebie właśnie!

- Chyba masz rację. Tak, głupstwa gadam. Ale nie wygrałem. Zabierz mnie ze sobą, podzielisz się chyba ze swoją kopią. Ja mam numery…

- Powrót z Tobą odpada, jak już mówiłem. Nie wiem zresztą…

Wybiegłem z domu, zostawiając swojego odpowiednika z przyszłości w zaskoczeniu.

To nie może tak być, wszak nic nie wskóram! Uświadomiłem sobie bezsens całej jałowej dyskusji. Nie wygrałem, bo on nie wygrał, nic nie zmienię. Wsiadłem w swój pojazd zmartwiony. A może poszukać sobie przyszłości, w której wygrałem? Przecież to może się zdarzyć, że trafię. Nic nie może być przesądzone. Ale jak to ma się stać? Mogę sobie wpadać w alternatywne historie, ale jakie jest prawdopodobieństwo, że trafię do tej w której wygrywam?

Zbudziłem się. Tak, planuję to, myślę o tym non stop. W końcu śnię nawet. Już niedługo, już niedługo – potem znowu zasnąłem.

 

Odwiedził mnie dziś on, mój sobowtór z przyszłości. Powiedział:

- Tu masz kartkę z numerami. Puść taki los na loterii.

- Skąd to masz? To zwycięskie liczby? Co Ci się stało w oko? – miał jakby podbite.

- Nie. Nieważne. Puść los.

- Ale jeśli nie wygrałeś, to znaczy… sam nie wiem. Skąd masz liczby?

- Spróbuj, może się udać. Numery… powinny być dobre.

- Wiem, ale…

Wybiegł z mojego domu, zapominając kartki. Wziąłem ją i pomyślałem – zaznaczę te liczby.

Udałem się do najbliższej kolektury, po drodze ktoś mnie napadł – to był on.

- Co Ty wyprawiasz? – mówię.

- Oddaj kartkę – rzekł szybko. Nie zamierzałem oddać. Śpieszyło mu się gdzieś?

Uderzył mnie w twarz, odebrał mi kartkę i pobiegł do swojej maszyny stojącej w pobliżu. Gdy stanął przy niej wydało mi się, że się zawahał chwilę. Potem wsiadł i odleciał.

Poszedłem w tym kierunku i zauważyłem właśnie tę kartkę leżącą na ziemi, a właściwie wirującą jeszcze w podmuchu jaki zostawił za sobą jego odlot. Zapomniał? Wypadła mu? – zastanowiłem się.

Miałem jednak liczby i nie zamierzałem zwlekać.

Wsiadłem do swojej maszyny by wyruszyć w odwiedziny dawniejszego siebie. Kierunek – czarna dziura, tunel czasoprzestrzenny, przeszłość.

 

Oczywiście miałem klucze do domu. Wszedłem do środka i po paru słowach wstępu dałem mu tę kartkę. Spytał:

- Skąd to masz? To zwycięskie liczby? Co Ci się stało w oko?

- Nie. Nieważne. Puść los.

Zaczął się wahać – było mi to znajome. Nie przekonawszy go wybiegłem zirytowany tą sytuacją. Zastanawiałem się, co zrobić. Gdybym się pośpieszył, ruszył znowu by wlecieć w dziurę, miałbym lepszy czas i wylądowałbym nie tutaj, a trochę wcześniej. Odwiedzę siebie wcześniej. Dam radę.

Wtedy zorientowałem się, że nie mam kartki z numerami. – Do diabła! Zdesperowany pobiegłem w kierunku naszego, jak by nie patrzeć, domu i zauważyłem go jak gdzieś idzie. Skoczyłem na niego, był zaskoczony.

- Oddaj kartkę – rzekłem. On nie reagował, a ja nie miałem czasu na cackanie się. W przypływie złości uderzyłem go w twarz, zabrałem mu kartkę i pobiegłem.

Co ja w ogóle robię?? – pomyślałem wnet. – Dokładnie to samo! To się nie uda.

- Nie bawię się w to dłużej – powiedziałem do siebie, wsiadając do maszyny i… wypuściłem kartkę z ręki.

Odlatując widziałem go w dole, jak schyla się by ją podnieść.

- To bez sensu. Lepiej po prostu puścić los – przeszło mi przez myśl - … Gdy wybierasz się jutro w podróż w czasie by odwiedzić siebie wczoraj, to bądź dziś gotowy na spotkanie z sobą z przyszłości – i zacząłem się śmiać.