O samochodach słów kilka – TYLKO dla fanatyków czterech kółek…

Samochód jest dzisiaj tak oczywistym dobrem, że traktujemy go jak każde inne urządzenie ułatwiające nam życie…

 

Jest wielu zapaleńców, dla których cztery kółka to niemal świętość, są i tacy, dla których samochód ma po prostu spełnić jedno zadanie – dowieźć z punktu A do punktu B i po drodze się nie zepsuć, a do tego jak najmniej spalić. Tekst ten nie jest jednak czymś, co mogło by zainteresować tego pokroju ludzi, więc jeżeli jesteś jednym z Nich, odpuść sobie dalsze czytanie…

    Moja przygoda z motoryzacją zaczęła się w 2001, gdy dostałem prawo jazdy… Od tego czasu coraz bardziej interesowała mnie problematyka czterech kółek.

   Jaka jest kultura na naszych drogach, wiedzą wszyscy kierowcy. Na porządku dziennym są wymuszenia pierwszeństwa, brak wyobraźni przy wykonywaniu niebezpiecznych manewrów, ogólne chamstwo i często spotykane wieśniactwo… Oczywiście nie chcę generalizować – często spotkać można naprawdę kulturalnych kierowców, którzy swoim zachowaniem powodują, że szczęka z wrażenia opada. Jednak są oni w zdecydowanej mniejszości…

    Choć moja przygoda z samochodami rozpoczęła się, jak już wcześniej napisałem, w 2001 roku, to dane mi było przejść taką samą drogę jak niemal wszystkim tym, którzy za kółkiem zasiadali 20 lat wcześniej ode mnie. Mianowicie pierwszy był poczciwy Fiat 126p. Choć obecnie jest to auto nieco już kultowe, wtedy nie był to obiekt niczyjego pożądania, a coraz częściej stawał się ów pojazd obiektem kpin i wzbudzał uśmiech politowania…

    Z czasem poszerzał się wachlarz samochodów, z którymi nie tylko miałem styczność, ale nieraz ,,skazany” byłem na nie przez dłuższy czas. Jako świeży kierowca marzyłem o aucie nowoczesnym, dobrze wyposażonym, mało palącym i szybko jeżdżącym. Wszelkie elektroniczne dobrodziejstwa i systemy, nowoczesny, mocny turbo diesel – te rzeczy śniły mi się po nocach… Chyba każdy facet ma swoje spełnione lub nie, marzenia motoryzacyjne…

Po ,,maluchu”, Golfie II nastał czas Corolli z 2001 roku. Następnie Audi A6 C4 z 1994 roku. I tu po raz pierwszy coś zaczęło się zmieniać w moim myśleniu o autach – oprócz systemu ABS i Climatronic`a nie było w tym aucie żadnych elektronicznych fajerwerków (elektryczne szyby i lusterka). Tutaj już się czuło, że to pojazd z trochę innej epoki, aczkolwiek nigdy nie myślałem o tym aucie w kategoriach klasyka, gdyż do takowego mu daleko…

    Rok 2008 przyniósł Peugeota 307 SW z 2002 roku, z 2 litrowym silnikiem HDI. Po ,,chipie” moc wzrosła do 150 KM i autem jeździło się bardzo dobrze. Pełne wyposażenie, 6 airbagów, ABS, ASR, ESP, czujnik parkowania, deszczu, zmierzchu, climatronic, podgrzewane fotele itd. Itp. Naprawdę poczułem wówczas ogromny skok technologiczny w stosunku do dziadka spod znaku Audi. Wydawało mi się, że to jest samochód, którym będę jeździł lata – bo niby czego chcieć więcej…

    Gdy emocje już opadły, zacząłem bardziej na trzeźwo przyglądać się samochodowi… Palił sporo mniej niż Audi, był lepiej wyposażony, sprawiał wrażenie większego w środku, miał masę ,,bajerów”, które sprawiały, że poczciwe Audi wypadało nieco blado przy moim czarnym lwiątku…

    Pewnego dnia coś pękło – musiałem to przyznać przed samym sobą – Audi było jak czołg, niezniszczalne, ogromne, rewelacyjnie wykonane, z dbałością o każdy szczegół, cały pojazd wypełniony smaczkami z minionej epoki (np. sensor podczerwieni do pilota na środkowym słupku) Wykończenie wnętrza starej A6 biło na głowę ,,francuza”, spasowanie elementów, jakość plastików. Pewnego dnia otworzyłem maskę 307. Leciutka, cienka blacha. Przypomniała mi się ciężka, toporna blacha z A6… ,,Strzał ze sprzęgła” w Peugeocie kończył się włączeniem ESP i przyhamowaniem kół (nijak nie szło tego wyłączyć!!), Audi pozbawione takich bajerów, bardziej ,,surowe”, sprawiało, że bardziej się pojazd czuło, było się jakby… bliżej ulicy… Takich porównań było coraz więcej… Oczywiście dobrze mi się jeździło lwem, ale powoli zacząłem rozumieć znaczenie słowa ,,dusza” w odniesieniu do samochodu… Z coraz większym zainteresowaniem zacząłem spoglądać na auta pochodzące z tej samej dekady, co ja… Zacząłem rozumieć tą diametralną zmianę, jaka dokonała się w motoryzacji na przestrzeni ostatnich 30 lat… Oprócz skoku technologicznego dokonał się skok na kierowcę – samochód coraz bardziej wyręczać zaczął człowieka w pewnych czynnościach, coraz częściej pojawiające się przyciski zastępowały toporne niegdyś wajchy, a elektroniczne systemy bezpieczeństwa powodowały, że pojazd wybaczał coraz więcej błędów za kierownicą…

    Na początku grudnia 2009 kupiłem Mercedesa W123 2,4 D z 1980 roku. W tym aucie wszystko jest kultowe – klasyczna linia nadwozia, nieco ascetyczne, a jednak w jakimś stopniu szlachetne wnętrze, klekot legendarnego diesla, docierający do kabiny przy każdych prędkościach, no i oczywiście chromy, dopełniające dzieła. Nie sposób pominąć takie ,,cuda” jak wskazówka ciśnienia oleju, mercedesowski patent w postaci tylko jednej wajchy przy kierownicy czy ,,ręcznego” hamulca w postaci pedału po lewej stronie… Do tego bezcenne spojrzenia na ulicy przechodniów, którzy coraz częściej są w takim wieku, że nie pamiętają czasów, kiedy tego pokroju pojazdy stały np. tłumnie na postoju taxi…

   Zauroczenie starą beczką ,,zżarło” mnie doszczętnie… Peugeot został sprzedany, a zastąpił go kultowy już jak na dzisiejsze czasy Mercedes W126 300 SE z 1986 roku. Pierwszorzędna jakość wykonania, dbałość o każdy szczegół, idealne spasowanie poszczególnych elementów ,,kanapowe” wręcz siedziska, bogate jak na tamte czasy wyposażenie, 5 metrowa karoseria, po prostu piękno i elegancja w każdym calu. Jazda tym autem nie pozostawia złudzeń – jedziesz luksusem rodem z lat 70 i 80 (premiera na rynku tego modelu to rok 1979) ze wszystkimi tego konsekwencjami… Okleina drewniana, która współcześnie ze względów ekonomicznych zastąpiona została plastikową imitacją, dodatkowo montowaną w autach takiej klasy, do której nijak to nie pasuje, aby dodać im szlachetności, suwaki i przełączniki, klasyczny, 4 biegowy automat, i prosty silnik generujący żywe, nie turbodoładowane konie mechaniczne, wszystko to z klasycznym napędem na tył… Żadnych monitorów, wyświetlaczy, klasyka od a do z. Komfort jazdy nie porównywalny z niczym, co dzisiaj kosztuje mniej niż 100000 zł… Słowo ,,awaryjność” nie dotyczy tych samochodów (oczywiście pewne elementy się zużywają i wymiana jest niezbędna), gdyż wykonane są bardzo starannie z materiałów takiej jakości i żywotności, że nawet po 24 latach użytkowania są one w lepszej kondycji niż nie jeden kilkuletni samochód…

    Klasyczny Mercedes to nie tylko auto marki Mercedes – Benz. To cała filozofia jazdy, traktowania auta i poruszania się nim po drogach. Nie ma tu miejsca na start z piskiem opon spod świateł, nie ma miejsca na wchodzenie w zakręt bokiem, co stało się domeną właścicieli aut pokroju ,,Golf III 1,4 z wielką rurą wydechową”. Nie przystoi klasykiem wyprzedzać na trzeciego, wymuszać pierwszeństwa czy nie zatrzymać się przed pasami dla pieszych. Jeżdżąc tym autem nieraz spotkałem się z życzliwością ze strony innych kierowców, którzy stawali przepuszczając mnie, prawdopodobnie tylko po to, żeby zobaczyć auto, które kiedyś, dawno temu, było wyznacznikiem luksusu z najwyższej półki, a dzisiaj, jako już (prawie) youngtimer, stanowi dość egzotyczną ciekawostkę na drogach…

    Patrząc dzisiaj na mojego Peugeota, którego sprzedałem mojemu ojcu, widzę księgowych koncernu PSA, którzy mieli olbrzymi wpływ na kształt i jakość tego pojazdu. To samo tyczy się wszystkich niemal współczesnych aut – okres produkcji jednego modelu wynosi średnio 4-6 lat, gdy np. takiego W126 produkowano lat niemal 13… Opracowanie takiego Fiata Bravo zajęło około 8 miesięcy, W126 – 7 lat.

    Te wszystkie elementy powodują, że dzisiaj akcje serwisowe i wezwanie do usunięcia usterek  nieraz milionów aut, nie budzi niczyjego zdziwienia (via ostatnia ,,wpadka” Toyoty i wezwanie do serwisu ponad 1,8 mln aut). Współczesne auta z założenia nie mogą być tak trwałe jak te kiedyś…

   Nie chcę tekstem tym ubóstwiać starych aut, szczególnie Mercedesów, nie chcę też krytykować aut nowych jako bezwartościowych. Nie jestem też snobem szukającym luksusu i łechtania ego za pomocą samochodu… Nie mam nic przeciwko nowoczesnym rozwiązaniom i postępowi, jaki dokonuje się w branży motoryzacyjnej.  Jestem jednak zdania, że w pogoni za techniką gdzieś auta straciły ten pierwiastek… ludzkiego serca wkładanego w poszczególne modele. Nie szedł on zawsze w parze z kalkulacjami księgowych…

    Wielu moich znajomych, dowiedziawszy się, jak stare auto kupiłem, wielce się zdziwiło. No bo kto zamienia dwulitrowego diesla z 2002 roku na trzylitrową benzynę z roku 1986 ???? Gdy przyjrzeli się mu bliżej, przejechali się, byli w stanie zrozumieć – bo jest większe, wygodniejsze i dobrze utrzymane…

- No dobrze, a ile to pali?? – padało pytanie.

- Takie auta nie mogą palić mało – odpowiadałem, nie licząc jednak na zrozumienie…