O dalekiej podróży genialnego Wszystkowieda

 

O dalekiej podróży genialnego Wszystkowieda

 

Na planecie Gnozji żył kiedyś wielki uczony i konstruktor Wszystkowied. Mędrzec to był niezrównany, a wśród wielu jego wynalazków znalazł się taki, co to wszystkie inne bledły przy nim. Był to pojazd, który łamał barierę światła takim to sposobem, że nie poruszał się wcale, a samą przestrzeń przed sobą kurczył, a za sobą rozciągał; zwijał przestrzeń tak jak dywan się czasami zwija na podłodze. W zasadzie pojazd ten nie leciał, a przyciągał do siebie miejsca najodleglejsze.

Nie pozostawało nic innego jak wybrać się w podróż. Wszystkowied wysunął hipotezę następującą: jeśli wziąć1 m3 i upchać w nim atomy, to można je poukładać na niesłychaną liczbę możliwości, ale jednak skończoną. Jeśli przyjąć, że poleci wystarczająco daleko, o tyle metrów, ile kombinacji zmieści się w takiej bryle, to powinien dotrzeć w końcu do takiej, która się powtórzy – a więc tak samo może być z jego osobą, znajdzie kogoś identycznego. Wszystkowied ekscytował się myślą, że może dotrzeć do swojej kopii, do kogoś identycznego, w identycznym miejscu. Wierzył on w nieskończoność Wszechświata, a jeśli jego wiara była słuszna, to musi tam spotkać wiele rozmaitych istot, a także siebie samego. Pożegnał się z rodziną i przyjaciółmi, a tuż przed odlotem odsunął szufladę swego biurka i wyrył w środku scyzorykiem mały znaczek „x”. Potem wsiadł do swego pojazdu i ruszył w drogę, jakiej nikomu nie dane jeszcze było przemierzać. Łamał barierę światła – gdy spojrzał za siebie to widział coś, czego nikt jeszcze nie zobaczył, jak gwiazdy poczerwieniały aż wreszcie pogasły.

Na swej drodze napotkał światy najróżniejsze, dziwaczne czasem i niezrozumiałe. Pierwszym, który mu zapadł w pamięć była planeta z dwoma kontynentami, które najpewniej były pozostałością rozpadu jednego wielkiego. Odsuwały się one od siebie, a każdy z nich po milionach lat wydał inteligentne istoty. Na kontynencie wyspie mniej zasobnym, gdzie trudniej było przeżyć, powstał gatunek nieco bystrzejszy od sąsiedniego.

Żyły one w nieświadomości swego istnienia, aż wreszcie gdy ci inteligentniejsi opanowali sztukę żeglugi, wysłali statek w niepewną misję poszukiwania innych lądów. Ekspedycja dotarła na drugi kontynent, a podróżnicy zostali schwytani i zjedzeni przez bardziej prymitywnych tubylców. Jedni i drudzy na tyle różnili się wyglądem, że nie było szans na porozumienie. Ekspedycja nie wracała i na wiele lat zażegnano plany wysłania kolejnej. Twierdzono, że jeśli nic nie znajdą, to przypłyną od drugiej strony świata. Niektórzy szaleńcy obawiali się, że ocean gdzieś się kończy krawędzią, z której tamci spadli.

Wszystkowied pędził dalej, a raczej przyciągał do siebie, ciekaw, co tam dalej napotka w Kosmosie, który okazywał się większy niż przypuszczano. Dotarł do innego świata, który nazwał światem trzech. Wcale byli podobni do niego jego mieszkańcy, ale dostrzegł u nich coś niezwykłego. Na początku zwrócił jego uwagę sport, coś jakby piłka nożna, tylko, że boiska składały się z trzech ze sobą złączonych, były trzy bramki i trzy drużyny.

Dziwaczne to było, ale samo społeczeństwo także wykazywało ciekawe cechy. Zawierano tam małżeństwa składające się z trzech osób. Rozmaicie się dobierano, bo niektóre składały się z mężczyzny i dwóch kobiet, jego żon, inne z kobiety i dwóch mężczyzn, jej mężów. Wszystkowied przypuszczał, że sprawa zależna była od bogactwa osobnika: bogaty mężczyzna mógł sobie pozwolić na dwie kobiety, bogatą kobietę stać było na dwóch mężczyzn, stosunkowo mniej zamożnych (inaczej pozwoliliby sobie na dwie żony).

Uczony rozmyślał czemu ta liczba trzy tak się wszędzie przejawia, dotarł między innymi do tego, że na planecie tej były 3 kraje, a dominująca religia opiewała dzieje trzech bogów - przeciwników. Zastanawiał się, skąd u nich ten sprzeciw wobec przeciwności, tej naturalnej, dwuwartościowej: jasność – ciemność, dobro – zło, ciepło – zimno. Doszedł do wniosku, że może oni znają trzecią jakość, co było dla jego wielkiego przecież umysłu niewyobrażalne, tak jak dla zwykłego człowieka wyobrażenie sobie 4-wymiarowego przedmiotu.

Płynął na swym pojeździe przez bezmiar Kosmosu dalej i był zadowolony, że jest częścią czegoś tak wielkiego i że może wszystko tam się zmieścić. Minął kilka smutnych, przygnębiających światów, które umarły w wyniku wojen atomowych. Dotarł wreszcie do planety ogromnej. Chciał rozprostować kości, więc wylądował, żeby się na niej rozejrzeć przy okazji. Przykrą niedogodnością była silna grawitacja, która pozwoliła mieszkańcom planety osiągnąć niewielkie rozmiary; uczony spacerując po niej czuł się bardzo ociężały, jakby ważył tonę.

Z uwagi na wielkie rozmiary horyzont sięgał tam bardzo daleko. Nawet w okolicy o równej i płaskiej powierzchni jak na przykład nad morzem, nie dało się zaobserwować czy odległy obiekt kryje się za krzywizną planety czy po prostu robi się coraz mniejszy aż wreszcie znika, oko nie mogło się w tym rozeznać. Wszystkowied sądził, że nieprędko odkryją, że ich ziemia jest okrągła, więc na odlotne zrzucił im z wysokości serię zdjęć z tego jak odlatuje, ukazujących, że planeta jest kulą. Miał jednak potem pewne wątpliwości czy aby słusznie postąpił, sensacja ta mogła wprawić ich w niemałe zakłopotanie…

Podróżował dalej i dotarł do strasznego miejsca, które nazwał światem trupów. Nie znalazł tam żywej (inteligentnej) duszy, a tylko zwłoki w różnych miejscach, nie licząc tych, które znajdowały się na czymś w rodzaju cmentarzy.

Wszystkowied myślał, że jakaś wielka epidemia musiała uśmiercić całą ich cywilizację. Uznał jednak, po zbadaniu tego miejsca, że zawsze znajdował zwłoki osobników dorosłych, nigdy małych, które by mogły należeć do dzieci, wyglądało to jakby dożywali oni swojej starości, zaprzestając płodzenia dzieci. Czyżby jakiś wirus czy choroba uniemożliwiły im wszystkim rozmnażanie? Albo przyjęto jakiś restrykcyjny przepis religijny, który nakazywał wszystkim zaprzestać miłości cielesnej? Wizja ta wydawała mu się nieco groteskowa. Ruszył dalej, nie chcąc tracić czasu na jałowe spekulacje.

Myślał sobie jak wiele różnych światów już widział, ale nigdy „swojego” nie znalazł. I natknął się wreszcie na taki, do złudzenia podobny. Odwiedził dom taki jak i jego własny i spotkał siebie samego. Długo tłumaczył swemu sobowtórowi co tu robi, a gdy ten gdzieś się na chwilę oddalił, Wszystkowied wbiegł do „swojego” pokoju, sprawdził szufladę – nie było tam wyrytego znaku „x”. Uznał, że wszystko bardzo podobne, ale jednak nie identyczne. Wyruszył dalej w próżnię szukać samego siebie.

Martwił się uczony czy nie leci okrężną drogą, bo tyle światów minął, a swojej wiernej kopii nie znalazł. Upłynęło jeszcze wiele czasu i światów, aż wreszcie znalazł planetę Gnozję jak jego własna. Dom jego był zamknięty, ale że oczywiście miał klucze, to otworzył i oglądał wnętrze. Zbadał szufladę – znaczek „x” tam b y ł naprawdę. Nie znalazł jednak samego gospodarza.

Wybrał się do swych przyjaciół, a oni uradowali się bardzo na jego widok. Cieszyli się, że wrócił, a on zdziwiony wyjaśnił im jak się sprawy mają. Dowiedział się, że jego sobowtór wyruszył w Kosmos w poszukiwaniu swojego sobowtóra. Zrozumiał wszystko Wszystkowied: tak musiało być! Jeśli znalazł swoją wierną kopię, o identycznej historii, to ten ktoś ruszył w droge tak samo jak i on. To było s p o d z i e w a n e zdarzenie, którego jednak nie przewidział. Próbował rozstrzygnąć wraz z nimi czy czasem nie wrócił po prostu do domu, ale nie mogli tego dojść w żaden sposób. W końcu, z racji identyczności tego świata ze swoim rodzinnym, uznał, że już tutaj zostanie – jego sobowtór zapewne zrobił to samo.