Nowa Matura, czyli zmiana paradygmatu weryfikacji wiedzy

Zaczyna się okres matur. Słońce, kwitnące kasztany, te rzeczy. Od siedmiu lat matura nie jest już egzaminem dojrzałości, tylko testem sprawdzającym, czy uczeń po 12 latach szkolnej edukacji potrafi przeczytać tekst ze zrozumieniem i czy umie napisać pracę składającą się z 250 słów. Żeby jeszcze dodatkowo ułatwić mu zadanie, dostaje fragment względnie fragmenty, które powinien poddać analizie i interpretacji. Maturę zdać można, i to z całkiem przyzwoitym wynikiem, nie przeczytawszy żadnej lektury. Oczywiście, jej znajomość pomaga, ale nieznajomość wcale nie szkodzi. Kryteria są tak ustawione, że maturzysta skupić się powinien na analizie fragmentów. Jeżeli swojej interpretacji tekstu nie wpisze w kontekst całego utworu, straci najwyżej dwa albo trzy punkty.

Swego czasu przeprowadziłem ze swoimi uczniami eksperyment polegający na tym, że otrzymali oni do analizy fragmenty powieści, której jeszcze nie znali. Dostali ode mnie także tekst publicystyczny z poleceniami, żeby wyniki były miarodajne. Przez 170 minut wykonywali ćwiczenia maturalne. Rezultaty eksperymenty były łatwe do odgadnięcia. Średnia 32-osobowego zespołu wyniosła niepełne 67 procent. Jeżeli uwzględnimy fakt, że aby zdać maturę z języka polskiego na poziomie podstawowym, trzeba uzyskać 30 procent, to wnioski nasuwają się same. Materiały, które otrzymali do opracowania nie były przypadkowo zestawione. Pochodziły one z arkuszy egzaminacyjnych z poprzednich lat. Jednego nie przewidziałem! Tego, że moi uczniowie już w pierwszej klasie uprzytomnili sobie skalę trudności (raczej skalę łatwości) testu maturalnego. Wytłumaczyłem im jednak, że skoro poradzili sobie już teraz, nie muszą zawracać sobie głowy egzaminem (pożal się Boże!) maturalnym, mogą natomiast skupić się na rozwijaniu własnych zainteresowań i realizacji twórczych projektów.

Matura nie jest egzaminem dojrzałości! Powtórzę to raz jeszcze. Poziom wymagań, przynajmniej z języka polskiego, jest żenujący i obraża młodych ludzi. Nie protestują, bo tak im jest wygodniej - łatwiej zdać. A przecież relacja jest w tym wypadku oczywista. Im mniejsze wymagania, tym mniejsza motywacja i niższy poziom kształcenia. Nie można za to winić młodzieży - ona dostosowała się do sytuacji. Wina za ten stan rzeczy spada na rządzących. To niekończące się majstrowanie przy oświacie spowodowało, że tracimy całe pokolenie.

Ostatnio podnoszą się lamenty z różnych stron, również pracodawców. Prezes PZU czy ZUS-u, nie pamiętam, skarży się "Gazecie Wyborczej", że nie ma kogo zatrudniać, bowiem absolwenci szkół wyższych niczego nie potrafią i niczego nie umieją - na przykład selekcjonować i analizować informacji. Te krokodyle łzy nie wzruszają mnie absolutnie. Należało myśleć o tym wcześniej, nie teraz, kiedy mleko już się rozlało. Sama diagnoza jest prawdziwa. Od lat obserwuję nasilającą się tendencję wśród uczniów, aby szybko wyszukać w Internecie potrzebne na lekcję informacje bez zadawania sobie trudu ich hierarchizowania i logicznego łączenia. Znaleźć, wydrukować i przeczytać na lekcji. Bez nabycia tych umiejętności wszystko jest równie ważne, ale też wszystko tak samo nieważne. Przecież to tylko na lekcję. Czego natomiast się uczą? Rozwiązywania zestandaryzowanych testów, ogłupiających, tępiących wrażliwość i wyobraźnię. Uczniowie powinni powinni zajmować się projektami, które uruchomią ich myślenie, nauczą pracować w zespole, zmuszą do niekonwencjonalnych rozwiązań, które nauczą ich jak się uczyć i co, w kontekście realizowanego projektu jest najważniejsze, co ważne a co nieistotne. Tylko wówczas Internet stanie się funkcjonalnym narzędziem twórczej pracy. Tylko wówczas będzie można rozpoznać, która informacja posiada wartość aplikacyjną.

Spotkałem dzisiaj (4 maja 2012) na ulicy dwie moje uczennice, które roześmiane wracały po napisaniu matury z języka polskiego. Pytam: jak poszło? Panie profesorze - odpowiedziały - test był banalnie prosty, a fragmenty z "Dziadów" -jeden, i drugi porównanie Izabeli z Joasią. I po co nam był Kartezjusz, Hegel i Nietzsche? Nie odpowiedziałem, bo i co miałem odpowiedzieć. Zrobiło mi się zwyczajnie smutno. Po chwili jednak wymyśliłem temat, który podaję pod rozwagę Centralnej Komisji Egzaminacyjnej na przyszły rok - "Jak ubrana była Zosia i co z tego wynikało dla Tadeusza?"

autor - Jan Stasica