Niefortunna pierwsza randka - humoreska

W gimnazjum nie przypominałam wogóle siebie. Byłam (jakby to ująć)... puszysta. Ale jak to mówią: każda zmora spotka swego adoratora.

 

     Spotkałam go również ja. Żyjemy w dobie telefonii komórkowej i internetu więc mój nieśmiały i trochę tajemniczy wielbiciel skontaktował się ze mną po raz pierwszy wirtualnie. Jako niezbyt popularna w szkole osoba bardzo się ucieszyłam, że ktoś w końcu się mną zainteresował. Już wyobrażałam sobie klęczącego przede mną przystojniaka z kwiatami. Zamarzyło mi się, że będzie to wysoki, szczupły, wysportowany brunet o niebieskich - takich prawie modrych - oczach, skłonnych do marzeń.Wyobrażałam sobie jego różowe wargi, nad którym sypie się już puszek pierwszego wąsika. Czułam, że będzie to przystojny licealista, który swoim głębokim, czułym i miękkim głosem będzie mi recytował wiersze romantyków... Po niezbyt długim czasie sms-owania postanowiliśmy się spotkać.

     Tuż przed tą randką, bądź co bądź moją pierwszą, przeżywałam istny koszmar. W szafie pełnej ubrań nie widziałam nic co mogłabym założyć tego pięknego dnia. Przymierzałam po kolei kilkanaście ciuchów i ciuszków, z których tworzyłam coraz to nowe kombinacje. Nic nie było odpowiednie. Zrozpaczona sięgnęłam po kobiecą prasę. Po lekturze tuzina kolorowych pisemek postawiłam na jasne jeansy i błękitną bluzeczkę. Aby dodać sobię parę centymatrów i kilka wiosenek założyłam buty na najwyższej szpilce jaki miałam w domu (szczegół, że "pożyczyłam" od mamy). Tak wyszykowana ruszyłam w drogę moim... rowerem.

     Lekko zadyszana dotarłam do swej Niebiańskiej Krainy. Z daleka widziałam spokojne brzegi jeziora (w rzeczywistości punktu czerpania wody dla straży pożarnej). Słońce wychodziło zza chmur, rzucając świetliste promienie, odbijające się od tafli wody. Przyroda zapowiadała cudowny, cichy, majowy wieczór. Po kilku deszczowych dniach zrobiło się ciepło i miło... Tak to będzie naprawdę romantyczna randka. Wokoło żywej duszy... Nie, jakiś chłopiec siedzi na ławce. Co on tu robi? Chyba kojarzę go ze szkoły... Po co on tu wogóle przyszedł. Niech sobie już idzie. Peszy mnie... Przecież za chwilę pojawi się tu ON. O! Jak dobrze, chyba się zbiera... Wstaje z ławki. To dobrze. Będzie miłe spotkanko sam na sam, w cztery oczy. Tylko gdzie on jest? Gdzież podział się mój tajemniczy adorator? Rozglądam się na wszystkie strony, spoglądam na zegarek, na komórkę... Już zaczęłam się niepokoić i polanowałam odjechać, gdy...ten chłopiec z ławki nagle pojawił się obok i cały czerwony wcisnął mi w rękę bukiecik goździków (jak się potem okazało urwanych z ogródka jego babci). Z trudem rozpoznałam w nim mojego telefonicznego wielbiciela, a właściwie domyśliłam się, że to on.

     Stanowiliśmy dosyć niezwykły duet, bo nawet bez moich niebotycznych obcasów byłam od niego o głowę wyższa. Ponadto był to typ chłopca-szczypiorka, bardzo szczupłego (nawet chudego), co powodowało, że prezentował się przy mnie (tęgiej dziewczynie na obcasach) dość mizernie. Twarz miał prawie dziecinną, pełną piegów, oblaną największym rumieńcem jaki kiedykolwiek widziałam.

     Nieco zaskoczona, ale nie zrażona, mając wciąż w umyśle wyobrażenie romantycznej miłości, pokonującej niezwykłą siłą uczucia wszelkie przeszkody, zwłaszcza te... fizyczne, nawiązałam rozmowę. Mój wielbiciel miał na imię Jurek. Przyznał, że jest ode mnie... o rok młodszy. Przy każdym słowie - z powodu tremy i mutacji, którą właśnie przechodził - głos wiązł mu w gardle i biedak piszczał nieprawdopodobnie. Dzielnie jednak pokonał swoją słabość i, drżąc cały, zaproponował spacer brzegiem niby-jeziora. Chwilęsię wahałam, sama nie widziałam co mam począć. Zbierało mi się na płacz... Z każdą minutą gdzieś nad spokojne wody jeziora odpływały moje marzenia. Opanowałam się jednak i zgodziłam w końcu. Przecież w spacerze nie ma nic złego.

     Byłam pewna, że umiem chodzić na wysokich obcasach. Przecież ćwiczyłam cały dzień przed tą randką. Niestety! Nie przewidziałam, że obcasy tak bardzo utykają w ziemię dodatkowo rozmiękłą przecież po tych deszczowych dzniach. P kilku krokach runęłam jak długa w wielką kałużę! Tego było za wiele! Moja śliczna, błękitna bluzeczka i nowe, jasne jeansy były w opłakanym stanie. Uznałam to za ewidentny znak, że z tego związku jednak nic nie będzie. Porzuciłam swoje romantyczne złudzenia w brudnej kałuży i jak najszybciej, całkiem przemoczona wróciłam do domu.

     Niedawno widziałam swojego wielbiciela sprzed lat. Ma metr osiemdziesiąt wzrostu, atletyczną, wyrzeźbioną na siłowni sylwetkę. Włosy mu pociemniały, piegi prawie znikły... I ten głos... jak z mojego marzenia. Ale nie można wchodzić dwa razy do tej samej kałuży.