Najcięższe słowo na świecie. Żegnaj.

Dzisiaj odszedł nasz przyjaciel, nasz ukochany pies. Nasz obrońca domu. Nasz członek rodziny.

Rak. Przerzuty. Miesiąc czasu i po robocie.

Pozostaje żal. Pozostaje dziura. Jak zawsze zresztą.

W swoim krótkim życiu pożegnałam już wiele istot. Ludzi, koni, kotów, królika…. I tylko w przypadku koni mogłam się uczciwie pożegnać. Zwłaszcza w jednym przypadku, kiesy walczyliśmy 1,5 roku i przegraliśmy. Musiałam podjąć decyzję o uśpieniu.

Z ludźmi było inaczej. Wyszłam do pracy. Kilka minut po tym, jak zamknęły się za mną drzwi, rozegrał się dramat. A gdybym nie wyszła na czas? Gdybym została? Może wszystko potoczyłoby się inaczej.

Ból. Wnętrzności pochodzące do gardła. Nieukojony żal zżera Cię od środka.

Potem przychodzi cisza. Chwilowy spokój, ale daleki od ukojenia straty.

Wędrujesz do krainy kamiennych łez, które nie lecą. Przestajesz płakać.

W moim przypadku na bardzo długo.

Pojawia się spokój.

Trwa on do następnej śmierci, która przypomina co straciłeś i wszystko wraca.

I proces rozpoczyna się od nowa, ale trwa krócej.

Uczysz się żegnać.

 

Patrzysz na nowe posłanie z wyhaftowanym imieniem, które miało służyć przez długi czas.

 

 

Zawieszone w powietrzu „kocham Cię”, bo przecież będzie jeszcze wiele okazji.