Myć się czy się nie myć?

Rzecz o skarpetkach, pachach i wyziewach ustnych

 

Polacy nie należą chyba do najczystszych narodów świata. Łatwo można przekonać się o tym jadąc rano autobusem do pracy, bądź wybierając się w podróż dalekobieżnym pociągiem, najlepiej nocnym. 
W szkołach generalnie bardzo mało miejsca poświęca się na praktyczną naukę o higienie osobistej, czy kulturze w ogóle. Prawdopodobnie dzieje się tak, ponieważ nauczyciele obawiają się poruszania tak krępujących tematów. Kiedy młody człowiek przekracza magiczną barierę trzynastego roku życia, to przecież nie wypada pouczać go o pewnych rzeczach. Czy rzeczywiście? W szkole średniej, a tym bardziej na studiach, nie porusza się tych zagadnień. Zakłada się, że każdy powinien o tak "delikatnych" sprawach dowiedzieć się w młodzieńczych latach od swoich rodziców, a w najgorszym wypadku od szkolnej higienistki w podstawówce. Rzeczywistość jednak często bywa odmienna. 
Kilka ładnych lat temu fascynował mnie Witkacy. Bardzo lubiłem jego malarstwo, a przede wszystkim ceniłem go sobie jako pisarza. Oprócz dramatów, napisał kilka powieści i jeden bardzo praktyczny poradnik pt.: "Niemyte dusze". Jest to bardzo ciekawa książka o ... życiu i nie tylko. Witkacy w swoim poradniku umieścił m.in. rozdział "O myciu, goleniu, arystokratomanii, hemoroidach i tym podobnych rzeczach". Jest to niesamowicie zabawny fragment książki. Nie myślmy, że Witkiewicz wyolbrzymia problem, świetnie przy tym się bawiąc. Z praktyki wiem, że jest to najbezpieczniejszy sposób przekazania ważnych treści. A więc cytuję (a będzie to cytat dosyć obszerny): 
 
"Ale ponieważ piszę tę książkę absolutnie dla wszystkich, więc nie mogę brać pod uwagę tego, że pewni ludzie, lub nawet ugrupowania społeczne, nie znajdą w niej nic nowego. Chcę podzielić się z ogółem pewnymi doświadczeniami własnymi, a nawet wiadomościami, które mam od innych ludzi, a których ci nie mogli dla różnych przyczyn uczynić własnością publiczną. Jestem prawie pewny, że w pewnych kołach durniów i draniów książka ta będzie przyczyną jeszcze gorszego psucia mojej i tak już przez wymienione P.T. czynniki popsutej opinii. Trudno. Przeciw zorganizowanej głupocie i świństwu jeden człowiek walczyć nie może. Muszę zbierać teraz owoce całego życia poprzedniego, w których starałem się zawsze mówić to, co myślałem naprawdę, bez względu na osobiste dla mnie skutki.

1. O  brudzie
 Osobista czystość fizyczna nie jest wcale rzeczą tak drogą, jak to się niektórym wydaje. Nie mówię o czystości publicznej (domów, ulic, placów itp.) - nie będę też wdawał się w kwestie czystości mieszkań, jakkolwiek sądzę, że też za psie pieniądze po prostu jest ona osiągalna. Mimo to często widzi się mieszkania, w których wiszą na ścianach drogocenne obrazy, wszystko jest udywanione i wypoduszkowane, a jednak panuje w nich brud, a nawet smród, często subtelny, ale jakościowo bardzo jadowity. (...) Trzeba zacząć od siebie, a z czasem wszystko powoli się wyczyści, bo czysty człowiek nie potrafi żyć w otaczającym go brudzie. Lenistwo i nieświadomość co do tego, jakimi środkami zdobyć czystość, zdają mi się być przyczynami tego stanu rzeczy, który chce opisać i podać przeciw niemu środki zaradcze. Czemu większość ludzi, którzy bezwzględnie śmierdzieć nie powinni, jednak śmierdzi? Mówię tu o tak zwanej inteligencji, półinteligencji i warstwach poniżej leżących. Nie będę się tu wdawał w analizę smrodologiczną arystokracji niższej i wyższej, ponieważ zbyt mało znam tę sferę. Ale na podstawie pewnych nikłych danych mam wrażenie, że i tu dałoby się coś na ten temat powiedzieć. Poza kwestią mycia się występuje tu problem zmiany bielizny i ubrania. (Ostrzegam z góry, że będę mówił rzeczy przykre - kto nie chce ich słyszeć, niech nie czyta.) Ale jakikolwiek są stosunki bieliznowo-ubraniowe danego człowieka, będą one bezwzględnie lepsze, o ile człowiek ten będzie się myć porządnie. Oczywiście ideałem byłaby codzienna zmiana całej bielizny i jak najczęstsze zmienianie ubrań. Ale jeśli ktoś na to nie ma, może przedłużyć czas zmiany za cenę pewnej pracy nad czystością ciała.
Są narody czyste i są brudne. Powiedzmy sobie otwarcie, że należymy do tych ostatnich i starajmy się temu zaradzić. (...) Okropne rzeczy, ale raz trzeba powiedzieć je otwarcie. Człowiek jest, wziąwszy go cieleśnie, dość paskudnym stworzeniem. Pewien h r a b i a (!) raniony w rękę nie odwijał jej długi czas i trzymał ją pod gumowym bandażem. Ręka zaczęła śmierdzieć. Pokazywał ją innym krzycząc z n a m i e n n i e: "Żadna noga tak nie śmierdzi jak moja ręka. Niech pani powącha". I pchał obecnym pod nosy swoją wspaniałą, rasową, hrabiowską rękę, która rzeczywiście wydzielała subtelną, ale skondensowaną woń przepojonego kulturą dziesięciu wieków ciała. (...) Przyczyną przykrych zapachów ludzkości są ubrania. (...) Człowiek jest, ogólnie biorąc, szczególniej w parażach klimatu średniego i zimnego, najbrudniejszym bydlęciem świata, i to głównie z powodu konieczności noszenia ubrań. Ogólnie wiadomo, że na ogół ręce m n i e j śmierdzą niż nogi - a czemuż? Bo nie są zamknięte (exemplum ów hrabia i jego rączka) i są oczywiście częściej myte. Chodzić gołym nie można, ale wszystko można nadrobić myciem się (...). Koszta są minimalne, a czas również bardzo niedługi daje się z łatwością wydrzeć zachłannemu snowi przy minimalnym wysiłku woli. A więc do dzieła brudasy, a za kilka lat ludzie w mieszkaniach swych i gmachach publicznych: kinach, teatrach, poczekalniach itp. instytucjach, nie będą potrzebowali wdychać potwornego niepachu wydzielin niedomytej trzody ludzkiej, z czego wyniknie daleko większa wzajemna życzliwość i pogoda w odniesieniu do tzw. "innych", której tak brak w naszych stosunkach społecznych. Przecież w porównaniu do innych narodów Polacy są pod tym względem wprost straszni. Ile energii idzie choćby na okazanie sobie wzajemnej pogardy na ulicy. Nigdzie indziej tego nie ma, przynajmniej w tym stopniu. (...)
Niestety każdy niedomyjec nie zdaje sobie sprawy, że sam jest elementem ogólnego niepachu, że dla innych jego smrodki, które u siebie toleruje, wcale nie są znów tak przyjemne, jak dla niego samego, a może i dla najbliższych.
Otóż moja ogólna teoria smrodu ludzkiego jest następująca i prosta, jak teoria równań różniczkowych czy tensorów: niedokładne mycie całego ciała, a dokładne mycie pewnych jego części: twarzy, szyi, pach itp., jest powodem, że wszystkie świństwa, które muszą się wydzielić z organizmu przez skórę, wydzielają się tylko przez te części, których pory skóry są odetkane. Znałem pewnego eleganckiego pana, który narzekał ciągle, że mu śmierdzą nogi. Mył je po trzy razy dziennie i im dokładniej to czynił, tym było gorzej. Po prostu nie mył się cały dokładnie i wszystko, co miał w sobie najpaskudniejszego, wychodziło mu z ciała przez nogi. (...)
Oczywiście są ludzie, którzy nawet nie bardzo się myjąc, mało stosunkowo śmierdzą. Tym lepiej dla nich i dla innych. Ale to nie uwalnia ich od mycia się ze względu na ich własne zdrowie. Naturalnie że zwiększająca się ilość mieszkań z łazienkami i łazienek publicznych (książka została napisana w latach trzydziestych - przyp. T.S.) przyczynia się znakomicie do wzrostu czystości ogólnej. Ale łazienki też trzeba umieć używać. Znałem ludzi należących do "najlepszego towarzystwa", którzy poprzestawali w ciągu tygodnia na zimnym prysznicu bez mydła (używali je tylko do części zasadniczych, i to nie bardzo) i następnie wycierali się włochatym ręcznikiem. Codzienna długa ciepła kąpiel jest niezdrowa, szczególniej dla osób nie mających nadmiaru energii. Ale wymycie się mydłem w całości ciepłą, a potem zimną lub choćby tylko zimną wodą jest absolutnym obowiązkiem każdego. (...)
To właśnie spowodowało napisanie tych słów, co nie było dla mnie wcale zabawnym ani przyjemnym. Myślę, że może niejeden(na) zaczerwieni się czytając je i będzie mu (jej) wstyd i przykro - ale może za to doprowadzą go (ją) do opamiętania. A przecież nie chodzi o tu tylko o względy estetyczne, ale i o zdrowie, bo skóra jest bądź co bądź zasadniczym narządem wydzielania. Wiadomo, że człowiek ze zniszczoną nagle w dwóch trzecich skórą umiera, ale powoli można się przyzwyczaić do każdego zatrucia, a więc i do nie funkcjonowania własnej skóry. Chłopi nasi, którzy się prawie nie myją, nie giną od tego i nie śmierdzą tak znów bardzo jak inne warstwy społeczne. Ale to nie jest dowód: nie śmierdzą, bo nic już przez zatkane pory nie wydzielają, a nie giną z zatrucia, bo się przyzwyczaili przez długą praktyką - wytwarzając widać jakieś antytoksyny. A jacy by byli, gdyby się myli, tego nie wie nikt".

Cieszę się, że Witkacy podjął się napisania o tym problemie, na dodatek zrobił to tak dosadnie i precyzyjnie.
Jeśli kiedykolwiek czytelnik miał okazję mieszkać w internacie, akademiku czy w podobnym miejscu, to na pewno wie jak wygląda sprawa higieny osobistej młodzieży. W czasie studiów zetknąłem się z tym problemem osobiście. Pamiętam, że w akademiku w którym mieszkałem, była grupa studentów, która nie za bardzo lubiła wodę i mydło. Zupełnie wystarczało im wzięcie jednej kąpieli pod prysznicem na tydzień. Problem ten mieli nie tylko Polacy. Pamiętam jednego Anglika, którego współlokator narzekał na problemy ze nieświeżymi skarpetkami wyspiarza, zalegającymi szafkę pod zlewem. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. 
Tak było w akademika, ale podejrzewam, że w wojsku żołnierze mają jeszcze większe problemy. Wśród starszego pokolenia sprawa również może wyglądać nieciekawie.
Niejednokrotnie zdarzyło mi się zetknąć z ludźmi, którzy nie dbali o higienę osobistą, nie wietrzyli swoim mieszkań, nosili brudne, przepocone ubrania. A co powiemy o biurach, w których pracownicy palą papierosy. Interesanci, po wyjściu z takiego pomieszczenia muszą albo dobrze wywietrzyć swoje ubrania, albo zaraz je zmienić. 

 

Wiele można by też napisać o osobach, które nie dbają o stan swoich zębów czy higienę jamy ustnej. Niejednokrotnie osoby takie jedzą cebulę i czosnek, i demonstracyjnie dmuchają innym prosto w twarz. (Ile wycierpiałem się w szkole od mojego kolegi z ławki, który bezustannie ściągał ode mnie na każdej klasówce z matematyki. Bezpardonowo dmuchał mi prosto w nos, nic sobie z tego nie robiąc! A tak się nieszczęśliwie składało, że mój drogi kolega cierpiał na przewlekłą nadkwaśność żołądka, a chyba wszyscy wiedzą jak wtedy "pachnie z buzi".)

Aby ukazać problem w pełnym świetle, trzeba spojrzeć na tę kwestię jeszcze z innej strony. Mam tu na myśli czystość duchową. Witkacy swoją książkę opatrzył bardzo ciekawym tytułem - "Niemyte dusze". Tak samo jak ciało, również dusza człowieka wymaga stałej pielęgnacji. Tak jak ciało musi być czyste, aby skóra mogła dobrze oddychać, podobnie ludzie powinni dbać i o tę sferę swojego życia. Możemy zadać sobie pytanie, jaki rodzaj zapachu wydziela nasze ciało. A co z duszą? Czy ona też miewa się dobrze.

Pomyślmy o higienie... Wybierzmy najlepsze środki czyszczące, piorące i kosmetyki, a wtedy będziemy po prostu pachnieć!

Tomasz Sulej

 

 

 

Stanisław Ignacy Witkiewicz, Narkotyki - Niemyte dusze, str. 171-176, PIW, Warszawa 1975

 

Tomasz jest moim dobrym przyjacielem. W życiu napisał tylko jeden artykuł. Ten właśnie.
Osobiście chciałbym go widzieć na eiobie częściej.

Maciej Strzyżewski




 

Autor: Tomasz Sulej