Moje ostatnie minuty życia

Opis ostatnich 37 minut mojego życia

 

Piątek, 21 Grudnia 2012 rok

 Godzina 17:18 - pokój w domu studenckim w dużym mieście.

    Siedząc z kolegami w pokoju, oglądamy jakiś durnowaty program rozrywkowy, który jest tylko pretekstem do zejścia się i rozmów na tysiące tematów. Od piłki nożnej do polityki poprzez religie i życiowe prawdy, z ciągłym przewijaniem się wdzięcznego tematu kobiet. Nagle telewizor zamilkł. Czarny obraz. Ktoś rzuca tekst, że nie zapłaciliśmy abonamentu to nam telewizję wyłączyli. Nikt się nie śmieje. Nagle z szybkością prawie świetlną pojawia się nasz prezydent Janusz Palikot. Ze stoickim spokojem, ale i nieukrywanym smutkiem ogłasza, że właśnie dostał potwierdzenie z NASA, że kometa Gamma-SX01 przetnie trajektorie Ziemi, a do kolizji i prawdopodobnie do końca naszej cywilizacji pozostało niecałe 40 minut. Godzina zero to 17:54 czasu polskiego. Słowa, że NASA już od dziesięciu lat pracowała bezskutecznie nad ewentualnym planem ocalenia, choć części populacji - nie zrobiły na nikim wrażenia.

 "Do zobaczenia w innym, mam nadzieję lepszym życiu" to ostatnie słowa, jakie zdało się słyszeć, po czym ekran znowu stał się czarny.

    Zdziwienie i przerażenie to jedyne, co dało się zauważyć. Panowie, co robimy ??- rzekł znajomy głos. Mamy za mało czasu żeby dotrzeć do domu, do dziewczyn, w ogóle tego czasu nie starczy właściwie na nic konkretnego.

    Życie trzeba skończyć w sposób nadzwyczaj efektowny - wrzasnął najwyższy z nas. Wszyscy nieśmiało przytaknęliśmy.

    Idziemy na miasto - rzekł najchudszy. Ale to już, bo przez nasze gadanie ubyło nam sporo czasu.

Spojrzałem na zegarek.

 17:25

    Panowie patrzcie, co się dzieje !!!! –rzucił ten, co się zawsze uśmiechał. Wszyscy dobiegliśmy do okna. Zdawało się, że stado ludzi pierwotnych wybiegło na ulicę, niszcząc wszystko, co akurat stawało na drodze. W tłumie nie było dziewczyn. Dziwne.

  Patrzcie tego - odrzekł najwyższy. Facet w skórzanej kurtce i jeansach zaczął rzucać się na bezbronny znak „ustąp pierwszeństwa”. Robił to z taką furią i z takim zaangażowaniem, jakiego nigdy nie widziałem. 

    Co z tego, że jest niebezpiecznie - odrzekłem - przecież chyba wcześniej nas nie zabiją. Nikt się nie śmiał. Właściwie to nawet nie miało być śmiesznie.

 Znowu spojrzałem na zegarek

 17:31

    Najmądrzejszy z nas podszedł ze spokojem do lodówki.

  Kur** - wrzasnął z furią - nawet piwa nie ma. Nikt nie negował jego pomysłu, właściwie w tej sytuacji każdy pomysł by przeszedł.

 Nagle jakbym się ocknął i wyciągnąłem telefon. Nie ma sygnału. Logika wypierała myśl że do końca świata sieć będzie już na tyle przeciążona, że aż niedostępna.

Rozwaliłem telefon o podłogę. To było głupie - usłyszałem - a jak by Ci się jednak udało połączyć??

 Nic nie odpowiedziałem, ale spojrzałem na zegarek

 17:34

 Chodźmy panowie - rzekł najmądrzejszy - nie chce zginąć w takim miejscu. W tym momencie zdecydowanym ruchem wstał i pomalutku kierował się do drzwi.  Wszyscy jak owce za baranem podążali niemrawo w tym samym kierunku.

Windy nie działają. Właściwie nie wiadomo, dlaczego, ale nikt nie zadawał takich pytań. Idziemy schodami. Po drodze mijamy jakieś kółko modlitewne. Większość z nas przeżegnała się.

 Stoimy przed wejściem. Wszystko dookoła zniszczone. Zauważyłem, chyba, jako jedyny, że zniknął telewizor. No, co komu teraz telewizor - zastanowiłem się w myślach.

 17: 36

 Nie mogłem się powstrzymać nie patrzeć na zegarek. Ręce mi drżały. Nie tylko mi zresztą. Ktoś z potwornym krzykiem wybiegł i niczym struś pędziwiatr udał się w bliżej nieokreślonym kierunku.

 Szliśmy przed siebie. Ulica wyglądała pozornie na opuszczona. Co chwila słychać było jakieś krzyki, śmiechy, oraz bliżej nieokreślone odgłosy.

 12 minut nam zostało - ktoś z przodu krzyknął

 Spojrzałem na zegarek

 17:39

 Nieprawda bo kwadrans - odpowiedziałem bez namysłu.

 Gdzie my właściwie idziemy?? - ten zwrot padał coraz częściej i coraz bardziej nas irytował.

 W stronę najbliższego kościoła - odpowiedział najmądrzejszy. Chyba wszyscy tam idą...

 Patrzcie !!!!!! - znowu ten glos na zatrzymał. Patrzcie w niebo - to właściwie nie był głos, to krzyk jakby zwierzęcia.

  lecacy-meteoryt_small.jpg

Podniosłem oczy ku niebu i wpadłem już w autentyczna i nieukrywaną panikę. Dlaczego dopiero teraz widać tak olbrzymia kule. Przeogromną. Z mojej perspektywy jakiś 2 razy większą od księżyca. Błękitno-fioletowy odcień nadawał jej sympatycznego wyrazu. Na tyle sympatycznego, że gdyby nie fakt, że ta kula zniszczy całą planetę, chętnie popatrzyłbym z balkonu, z piwkiem w ręku na to cudowne zjawisko.

 

 Idziemy, bo nie zdążymy - najmądrzejszy nas ponaglił

 Jednak nie wszystkim kościół był po drodze, także część z naszej grupy usiadła na najbliższej zaśnieżonej ławce i ze spokojem patrzyła w niebo.

 17:45

 Znowu to zrobiłem. A obiecałem sobie, że już nie spojrzę.

 Już chciałem zostać i patrzeć się w niebo, kiedy wrzask najmądrzejszego przeszył ciszę - Dawaj szybko, bo nie zdążymy!!

 Po chwili podbiegłem i ruszyłem z już mało liczną częścią grupy w stronę kościoła. Nie pamiętam już, pod jakim wezwaniem, chociaż ta nazwa pojawiała się nad wyraz często.

 17:51

 Wypalił najwyższy. Dopiero teraz zobaczyłem, że także dołączył do nas.

 Nie szkodzi - najmądrzejszy z biegiem czasu, wydawał się naszym przywódcą – już jesteśmy.

 Stanęliśmy równo za klęczącym tłumem. Na moje oko było ok. 2 tysięcy osób. Do kościoła było jakieś 40 metrów, ale bliżej nie dało się podejść.

 17:53

 minuta do końca, a wszystko normalnie funkcjonuje - rzekłem bez zastanowienia.

 Potężny wstrząs i hałas nie pozwolił mi usłyszeć odpowiedzi.

 Stojąc ciągle rozglądałem się dookoła.

 

"Ojcze nasz któryś jest w niebie - powtarzałem za pozostałymi, ciągle się rozglądając - Święć się imię Twoje - coś wielkiego zadało się zauważyć na horyzoncie - przyjdź królestwo Twoje - 17:55mimowolnie zerknąłem na zegarek – bądź wola Twoja....................................